W styczniu i lutym 2020 r. liczba sztucznych poronień przeprowadzonych w ramach publicznej służby zdrowia wynosiła 255, po wyroku TK w pierwszych dwóch miesiącach tego roku spadła do 112. Spadek będzie jeszcze większy, czego zapowiedzią są dane z lutego. To pierwszy miesiąc, kiedy w pełni zaczęły działać nowe przepisy – wyrok trybunału opublikowano pod koniec stycznia. W porównaniu z zeszłym rokiem liczba indukcji poronień (to oficjalna nazwa zabiegu) spadła w lutym ponad czterokrotnie: z 130 do 30.
Statystyki pokazują też zmiany, jeżeli chodzi o badania prenatalne. W pierwszych dwóch miesiącach wykonało je ok. 4 tys. pacjentek mniej niż rok wcześniej (26,6 tys. do 30,4 tys.). Wpływ na to może mieć fakt, że nastąpił też spadek liczby ciąż. Ale lekarze twierdzą, że wyrok miał znaczenie. – Mamy mniej pacjentek, zmienia się też ich podejście. Zdarza się, że rezygnują z badania, bo wiedzą, że nie mają potem wyboru – opowiada jedna z lekarek wykonujących badania genetyczne. I dodaje, że badanie warto robić, czasem jest możliwość pomocy jeszcze w ciąży. Jeden z ginekologów z Łodzi dodaje, że wciąż profil badań jest taki sam: ultrasonograf i test PAPP-A, które są wykonywane w ramach programu badań profilaktycznych. Kiedy okazuje się, że jest ciężka wada płodu, część kobiet szuka pomocy u psychologa czy psychiatry, licząc, że może ich wskazania pomogą w uzyskaniu legalnej aborcji. Jak słyszymy, są już pierwsze przypadki, kiedy lekarze uznali wskazania od specjalistów, w tym od psychiatry, że brak aborcji może przyczynić się do utraty zdrowia lub życia matki. – Słyszałem o dwóch takich przypadkach u mnie w mieście – mówi jeden z ginekologów.
Nasi rozmówcy wskazują, że kobiety najczęściej korzystają z możliwości aborcji za granicą. Od 22 października 2020 r. 597 osób skorzystało ze wsparcia inicjatywy Aborcja Bez Granic. 163 kobiety potwierdziły, że przyczyną były wady płodu (aborcja w Holandii i Anglii jest dostępna na życzenie, więc nie ma potrzeby podawania jej powodu). Niemal 200 osób w drugim trymestrze ciąży przyjęło tabletki aborcyjne w domu ze wsparciem osób należących do Aborcji Bez Granic.
Reklama
Problem w tym, że nawet te kobiety, które mają prawo do legalnej aborcji, mają kłopoty z jej uzyskaniem. Lekarka z warszawskiego szpitala (prosi o anonimowość) opisuje sytuację 38-latki z małopolskiej wsi. To była jej piąta ciąża. Miała za sobą dramatyczne przejścia, m.in. samoistne poronienia, dwa cięcia cesarskie, a jej pierwsze dziecko urodziło się z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) i niedługo po porodzie zmarło. Po kolejnych porodach zakończonych cięciem rozwinęło się u niej zakrzepowe zapalenie żył. Gdy pod koniec roku okazało się, że jest w kolejnej ciąży, doszło do ciężkiego nawrotu zakrzepicy. Do tego doszła zatorowość płucna będąca zagrożeniem dla życia. Założono jej stent, wprowadzono leczenie heparyną i lekami przeciwpłytkowymi, co chroniło przed zakrzepami, ale dawało większe ryzyko krwawienia i powikłań podczas cesarki (w jej przypadku byłaby konieczna). Ponieważ jedno z jej dzieci zmarło z powodu SMA, zwróciła się do zakładu genetyki. Okazało się, że płód też ma tę wadę. – Razem z anestezjologiem i kardiologiem przeanalizowaliśmy jej przypadek. Naszym zdaniem jej stan kwalifikował ją do aborcji ze względu na zagrożenie życia i zdrowia – mówi lekarka. Jednak kierownik kliniki szpitala zakwestionował możliwość przeprowadzenia zabiegu w warszawskim szpitalu. Uważał, że skoro pacjentka trafiła do Warszawy z Krakowa, to trzeba ją tam odesłać. Z pełną dokumentacją i opinią warszawskich lekarzy trafiła do szpitala w Małopolsce, gdzie wykonywano jej przez tydzień kolejne badania, by odesłać do domu. Ostatecznie, z pomocą organizacji kobiecych, udało się przeprowadzić aborcję na Pomorzu.
Kamila Ferenc, prawniczka z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, opowiada, że w ostatnich tygodniach zgłosiło się kilka kobiet, którym mimo posiadanej dokumentacji medycznej szpitale utrudniały dostęp do aborcji. Wśród zgłaszających się były osoby z zatorowością płucną, zakrzepicą, poważnymi chorobami serca, nawrotem choroby nowotworowej. Pewna kobieta była w ciąży bliźniaczej, z dziećmi zrośniętymi znaczną powierzchnią ciała. Dalsze trwanie tej ciąży mogło doprowadzić do pęknięcia macicy i krwotoku, co stanowi bezpośrednie zagrożenie życia. A gdyby przeżyła, to nie mogłaby mieć więcej dzieci. Ta pacjentka też miała olbrzymie problemy z wykonaniem zabiegu. – Wszystkie kobiety, które się do nas zgłosiły, ostatecznie miały aborcje – mówi Ferenc. Zanim jednak do nich doszło, były odsyłane od szpitala do szpitala. Zjeździły setki kilometrów.
Doktor n. med. Grzegorz Pietras, specjalista ginekologii i położnictwa, pracownik Uniwersytetu Medycznego w Lublinie i wiceprezes Lubelskiej Izby Lekarskiej, zauważa kilka skrajnych trendów. Pojawiła się grupa kobiet chcących otrzymać jak najpełniejszą diagnostykę prenatalną. Ale widzi też w środowisku lekarskim grupę osób unikających wykonywania tych badań. – Jedni odsyłają pacjentki do innej placówki, co jest jeszcze akceptowalne. Trafiają one potem m.in. do mnie, stąd znam ich losy. Ale są i tacy, którzy nie przekazują pełnej informacji o złym wyniku badania – mówi. Natomiast, co podkreśla, mimo zmiany przepisów nie spadło w cudowny sposób ryzyko pojawienia się ciąży uszkodzonej. – Pytania są więc oczywiste: gdzie się podziały te pacjentki? A także, ile w kolejnych miesiącach będzie rodziło się dzieci obarczonych ciężkimi, letalnymi wadami?
Jego zdaniem kontynuowanie ciąży w przypadku ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia dziecka może być dla matki torturą prowadzącą do poważnych zaburzeń psychicznych. – Owszem, są świadomi tego faktu psychiatrzy, którzy wypisują takie zaświadczenia, ale znów nie od jednego medyka zależy przyszłość kobiety – dodaje. ©℗
Spada liczba badań prenatalnych, bo kobiety nie widzą sensu, by je robić