Zestawienie nazistów, sowietów i komunistów oraz MKiDN może wydawać się nie tyle krzywdzące i niesprawiedliwe, co wręcz absurdalne. Ale nic podobnego. Otóż Ministerstwo Kultury zachowuje się niczym paser, przetrzymując w podległych mu instytucjach dobra kultury pochodzące z przestępstw. Z jakich przestępstw? Z grabieży dokonywanych w różnym czasie przez nazistów (druga wojna światowa), sowietów (druga wojna światowa i okres późniejszy) oraz komunistów (PRL). A w całej sprawie chodzi przecież o przywrócenie sprawiedliwości i naprawienie krzywd wyrządzonych przez nazistowskie Niemcy, sowiecką Rosję oraz komunistyczne władze Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Oczywiście w takim stopniu, w jakim jest to jeszcze dziś możliwe.
Polityki wobec zagrabionego-odzyskanego mienia nie zmienili ministrowie z PO, PiS, SLD...
Zanim przejdę do opisania nierozwiązanego od przeszło 35 lat problemu rozliczenia z nazizmem i komunizmem w zakresie własności dóbr kultury, zabytków, dzieł sztuki etc., muszę poczynić trzy istotne zastrzeżenia. Po pierwsze, nie chodzi mi o Ministerstwo Kultury w trakcie konkretnych rządów, bowiem zawsze było tak samo, niezależnie od tego, czy minister był w rządzie PO, PiS, SLD czy jakiejkolwiek innej partii. Przez całe ostatnie 35 lat prawie nic się w tej mierze nie zmieniało. Po drugie, w żadnym razie nie neguję ważnej pracy restytucyjnej wykonywanej w ramach ministerstwa, począwszy od czasów wojny, pierwszych chwil po jej zakończeniu, aż po najnowsze sukcesy restytucyjne. Co do tego wysiłku, wkładu pracy i realnych osiągnięć nie ma wątpliwości. Po trzecie, na potrzeby niniejszego artykułu pozwalam sobie na generalizację, bowiem opisuję zjawisko, od którego są wszak pozytywne wyjątki. Jednak te całkiem nieliczne exemplum in contrarium nie zmieniają faktu, że systemowych rozwiązań nie ma, a postawa prezentowana przez MKiDN była i jest nie do zaakceptowania. Przede wszystkim dlatego, że utrzymuje w mocy działania okupantów i sankcjonuje niesprawiedliwość dziejową, a właściciel zostaje bezprawnie pozbawiony przedmiotu swej własności.
Jest oczywiste, że Polska była ofiarą wojen i grabieży, które objęły w szczególności dobra kultury. Plądrowanie, niszczenie, grabież (zorganizowana i spontaniczna) dzieł sztuki oraz zabytków to element bodaj każdego konfliktu zbrojnego. Polskę w tym zakresie szczególnie dotknął potop szwedzki, następnie czasy zaborów, później pierwsza i druga wojna światowa, a wreszcie, niestety, także czasy rządów komunistycznych – szeroko to opisywał Jan Pruszyński w książce „Dziedzictwo kultury Polski. Jego straty i ochrona prawna”. Wydawało się więc, że po przywróceniu w Polsce demokracji ważnym elementem odbudowywania praworządności będzie rozliczenie z przeszłością w zakresie zwrotu dawnym właścicielom własności i posiadania należących niegdyś do nich dóbr kultury. Jednak od 1989 roku do dziś żadnego systemowego rozwiązania w tym zakresie nie wprowadzono, zupełnie inaczej niż w innych państwach Europy Centralnej i Wschodniej. Z żalem należy więc stwierdzić, że w konsekwencji tego zaniedbania najbliżej nam do modelu znanego z Białorusi.
Brak rozwiązań systemowych nie znaczy, że poszczególne dzieła sztuki i zabytki nie wracały do swoich dawnych właścicieli lub ich spadkobierców. Tak się niekiedy zdarzało. Jednak najczęściej było tak, że to, co zrabowali naziści, sowieci lub komuniści, a co zostało w różnym czasie odzyskane, nie wracało do dawnych właścicieli. Państwo – a w omawianym tu konkretnie przypadku Ministerstwo Kultury – uznawało dane dobro kultury za własne (tzw. dobro całego narodu, inaczej dobro narodowe) i przekazywało do podległych mu instytucji kultury, w szczególności do muzeów. A przecież pokrzywdzonymi przez nazistów, sowietów i komunistów było nie tylko państwo i jego zbiory publiczne, lecz ofiarami były także osoby prywatne, przedsiębiorcy, różnego rodzaju towarzystwa, stowarzyszenia, fundacje, podmioty dziś określane mianem organizacji trzeciego sektora, także samorządy, w końcu zaś kościoły i związki wyznaniowe, z Kościołem Katolickim na czele.
Przykład zabytkowych ołtarzy z Bazyliki Mariackiej w Gdańsku
Zgodnie z powszechnie uznawaną formułą sprawiedliwości powtarzamy za Ulpianem, że sprawiedliwość jest stałą i niezmienną wolą oddawania każdemu tego, co mu się prawnie należy (iustitia est constans et perpetua voluntas ius suum cuique tribuendi). A równocześnie nikt nie może przekazać więcej praw niż sam posiada (nemo plus iuris in alium transferre potest, quam ipse habet). Czyli MKiDN, nie będąc właścicielem, nie może decydować o własności zrabowanego prywatnemu podmiotowi zabytku lub dzieła sztuki. Rodzi się więc pytanie: dlaczego państwo, a konkretnie ministerstwo, nie chce uczynić zadość sprawiedliwości i zwrócić przynajmniej tych dóbr kultury, co do których nie ma wątpliwości, że zostały zrabowane, a uczynili to naziści, sowieci lub komuniści, i istnieją podmioty, którym ten zwrot prawnie się należy. Niestety, Ministerstwo Kultury od przeszło 35 lat działa jak paser, który przetrzymuje rzeczy skradzione prawowitym właścicielom. A przecież pokrzywdzeni mają często coraz mniej czasu i coraz słabsze szanse na dochodzenie swych praw – co dotyczy w równej mierze oddania temu, komu je zagrabiono, dóbr odzyskanych np. w efekcie restytucji z zagranicy, zwrotu „znacjonalizowanych” przez komunistów zbiorów prywatnych, które znajdują się dziś w muzeach, jak i zwrotu ołtarzy z muzeów do kościołów.
Aby nie być gołosłownym, chciałem przedstawić dwa konkretne przykłady. Bazylika Mariacka w Gdańsku jest „kiwana” przez każdego kolejnego ministra kultury. Nawet w czasach rządów PiS, który podobno tak bardzo wspiera Kościół Katolicki, wiceminister odpowiedzialny za zabytki i muzea nie tylko nie chciał zwrócić do tej świątyni ołtarzy i rzeźb, które stamtąd pochodzą, lecz zamiast tego groził, że odbierze te, które zostały już wcześniej do Kościoła Mariackiego przekazane (nota bene jeszcze w czasach PRL).
W drugiej sprawie czytamy w jednym z pism Ministerstwa Kultury, dotyczącym odzyskanego za granicą obiektu, który także został Kościołowi zrabowany, że: „jako obiekt utracony w wyniku drugiej wojny światowej posiada szczególny status i z mocy prawa stanowi własność Skarbu Państwa Rzeczypospolitej Polskiej”. Czyli sam fakt odzyskania straty wojennej czyni z niej własność Skarbu Państwa? Nie znam takiego przepisu, a nawet gdyby taki istniał, to byłby on w sposób oczywisty sprzeczny z Konstytucją RP, stanowiąc swoistą formę neonacjonalizacji. Czy to jest dopuszczalne we współczesnym demokratycznym państwie prawa? A może to tylko przejęzyczenie urzędnika: „z mocy prawa własność Skarbu Państwa”? Szukając analogii, można spytać, czy w sytuacji, gdy adwokat wygra sprawę windykacyjną, to zachowuje dla siebie odzyskany przedmiot z tego tytułu, że to on sprawę zakończył sukcesem?
Długo zajmuję się tematyką restytucji dóbr kultury, ale muszę przyznać, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wciąż potrafi mnie zadziwiać. Mimo wszystko mam jednak nadzieję, że może któryś rząd i minister kultury zorientują się wreszcie, że konsekwentnie, od przeszło 35 lat, są niejako kontynuatorami nazistowskiej, sowieckiej i komunistycznej grabieży dóbr kultury w Polsce. W tym sensie, że nie oddają tego, co zostało bezprawnie odebrane właścicielom.