Nie chodzi o kasę. Kilkadziesiąt miliardów, które ewentualnie mają wpłacić państwa, w skali przedsięwzięcia starczy na waciki. Nie chodzi o apetyt Trumpa na Nagrodę Nobla. Tu akurat Rada raczej Trumpowi zaszkodzi, bo obnaża jego narcystyczne, dyktatorskie i przemocowe zapędy. Co to za przedsięwzięcie? Cesarstwo! Ale jakie?

Ameryka – nowy Rzym

20 lat temu niemiecki historyk Peter Bender wydał głośny esej „Ameryka – nowy Rzym” (wydawnictwo Sic!, 2004). Był to rodzaj historii równoległej dwóch wielkich imperiów: dawno upadłego Rzymu i Ameryki będącej wówczas u szczytu potęgi. Jak każda analogia, i ta ma liczne słabości, ale też oświetla prawidłowości. Na przykład proces przekształcania się słabnącej republiki w zalegalizowaną despotię.

Tak za Oktawiana Augusta (27 r. p.n.e. – 14 r. n.e.), adoptowanego spadkobiercy Cezara, w Rzymie powstało zachowujące pozory republiki cesarstwo rządzone przez principa, czyli formalnie „pierwszego senatora i obywatela”. Princip wyznaczał senatorów, był najwyższym kapłanem i dowódcą, zarządzał prowincjami, mianował następcę, dyscyplinował władców formalnie niezależnych sojuszniczych jednostek. Taką pozycję Donald Trump próbuje zdobyć w USA i dokładnie taką rolę przypisał sobie w statucie Rady Pokoju, który tylko on może zmienić.

Wbrew przyjętej przez polityków narracji, Rada Pokoju, do której Polska została zaproszona, tylko z nazwy przypomina organizację międzynarodową, jakiej powstanie w listopadzie 2025 roku zaakceptowała Rada Bezpieczeństwa ONZ. Tamta miała przez rok organizować i koordynować finansowanie odbudowy Gazy oraz regularnie składać raporty przed ONZ. W statucie tej trumpowej, słowo Gaza nie pada. Ma się za to bezterminowo zajmować „promocją stabilności”, „odbudową legalnej władzy”, „zapewnianiem trwałego pokoju” na obszarach dotkniętych konfliktem. A raportować ma do Donalda Trumpa, także gdy ten przestanie być prezydentem lub do jego następcy, którego tylko Trump może wskazać. Trump (lub jego następca) może też samodzielnie decydować praktycznie o wszystkim, co Rada będzie kiedykolwiek robiła w jakiejkolwiek sprawie gdziekolwiek na świecie.

Donald Trump globalnym cesarzem

Gdyby wszystkie zaproszone państwa (z Chinami, Rosją, Indiami, Unią Europejską) przystąpiły do Rady, akceptując jej statut, Trump zostałby globalnym cesarzem. Jednak nie tylko kraje Unii, ale także największe państwa świata nie wezmą w niej jednak udziału z jednego prostego powodu. Nie mają interesu, by poddać się jego absolutnej władzy i życzyć sobie świata podlegającego arbitralnej władzy jego arbitralnie wskazanych następców.

Tak jawnie i radykalnie niedemokratyczna organizacja międzynarodowa jeszcze nigdy nie istniała. Nie jest przypadkiem, że żaden z pierwszych 19 sygnatariuszy Karty nie jest postrzegany jako demokrata. Nawet Watykan jest bardziej demokratyczny, bo papież jest jednak wybierany, a nie nominowany przez swego poprzednika, a jego władza jest ograniczona.

Sytuację komplikuje punkt mówiący, że żaden przepis Karty nie może być kwestionowany, a zmieniać je może tylko Trump lub wskazany przez niego następca. To wahającym się państwom zamyka drogę do negocjacji. A demokratycznej Polsce drogę do członkostwa.

Co zatem powinien zrobić prezydent Nawrocki, którego Trump osobiście do Rady Pokoju zaprosił? Może odpisać, że Trumpa podziwia, więc choć Polska nie może przystąpić do Rady, on sam (jako on) chętnie włączy się w prace jednego z ciał Rady, które Trump może dowolnie kreować. Oczywiście jeżeli nie będzie to sprzeczne z art. 132 polskiej konstytucji.