Choć propozycja przymusowego rozdziału uchodźców pomiędzy kraje członkowskie jest martwa, premier uważa, że referendum w tej sprawie wciąż ma sens. A on więcej na tym zyska, niż straci.
W niedzielę mieszkańcy Węgier wypowiedzą się w referendum, czy zgadzają się na forsowaną do niedawna przez Komisję Europejską propozycję przymusowego rozdziału uchodźców pomiędzy państwami członkowskimi UE. To, że zdecydowana większość Węgrów opowie się przeciw takiemu rozwiązaniu, nie ulega wątpliwości, ale to, czy inicjator plebiscytu, premier Viktor Orbán więcej na tym zyska, czy straci, pozostaje sprawą otwartą.
Według wrześniowych sondaży na pytanie „Czy chcesz, aby Unia Europejska miała mandat do przesiedlania niewęgierskich obywateli na Węgry nawet bez zgody Zgromadzenia Narodowego?” twierdząco zamierza odpowiedzieć 3–6 proc. pytanych. Przeciwnych temu jest od 61 do 78 proc., więc o żadnej niespodziance nie może być mowy. Wygląda także na to, że frekwencja powinna przekroczyć wymagane 50 proc., choć to już nie jest takie pewne. Zgodnie z węgierskim prawem referenda są wiążące wtedy, gdy głos odda w nich więcej niż połowa obywateli. Z tym jest jednak taki kłopot, że polityka migracyjna UE należy do kompetencji Brukseli, a nie państw członkowskich, zatem niedzielne referendum i tak ma raczej charakter konsultacyjny, bo prawnie nie zmienia sytuacji. Tym niemniej, gdyby się okazało, że do urn pójdzie mniej niż połowa uprawnionych, Orbán znalazłby się w niewygodnej sytuacji.