Hanna Gronkiewicz-Waltz: Do 2008 r. w ogóle nie sprawdzano, czy zagraniczni spadkobiercy stołecznych działek otrzymywali odszkodowania na mocy układów odszkodowawczych. Mowa nawet o kilku tysiącach zwróconych nieruchomości.
Postawiła sobie pani za punkt honoru wyjaśnienie do końca spraw związanych z reprywatyzacją. A co jeśli warszawiacy wcale nie chcą, by to właśnie pani się tym zajmowała? Może komisarz lepiej by sobie z tym poradził?
Po zarządzie komisarycznym PiS w Warszawie sprzed kilku lat odziedziczyłam chociażby urzędnika, który podpisał decyzję o zwrocie Chmielnej 70. Dlatego nie uważam, by ewentualne wprowadzenie do ratusza nowego zarządu komisarycznego było remedium na całe zło. Złudnie uważałam, że nieprawidłowości zostały wyeliminowane przez Lecha Kaczyńskiego i potem kolejnych komisarzy. Stąd unikałam politycznych nominacji i do dziś pracują dyrektorzy, którzy pamiętają czasy Lecha Kaczyńskiego w stolicy. Tak zarządzałam w NBP czy EBOiR. Jesteśmy teraz pod lupą organów śledczych i mediów, w moim najlepiej pojętym interesie jest, by wyjaśnić to do końca i ujawniać ewentualne nieprawidłowości. Mój błąd polegał na tym, że wierzyłam urzędnikom, którzy tu pracowali długie lata i, wydawałoby się, mają wszystko w małym palcu. I mieli, ale wykorzystywali to do swoich celów, co trzeba będzie osądzić.