To dziwne, że bywają publicyści i historycy drwiący z pojęcia, a także zjawiska żołnierzy wyklętych. Podejrzewam, że za ich słowami stoją po prostu emocje antypisowskie. Faktycznie PiS – w obawie, że zostanie przegoniony z prawej strony przez środowiska bardziej narodowe działające wśród młodzieży – wzmocnił wyklętą nutę w swoim własnym koncercie historycznym. Jednak spór o sens stawiania na narodowym podium ludzi, dla których Poczdam nie oznaczał końca wojny, daleko jest ważniejszy od antypisowskich fochów.
Konspiratorzy z lat 1944–1948 (sporadycznie bywało, że i później) walczyli o niepodległość kraju zajętego przez obce wojska. Nie zauważyli (pisze o tym w sposób przejmujący Piotr Semka w swojej ostatniej książce „My, reakcja”), kiedy prosty podział Polacy – okupanci, tak zrozumiały w czasie II wojny, zaczął się rozmywać. Coraz więcej Polaków godziło się z tym, że niepokonana obca przemoc ze Wschodu nie jest tak antypolska, jak przemoc niemiecka, że powstają polskie szkoły i uniwersytety, a na urzędach błyszczą biel i czerwień. W rezultacie wojna o niepodległość kraju z wolna osuwała się w wojnę domową – a oceny takiej wojny nigdy nie są moralnie jednoznaczne.
Oczywiste jest natomiast, że uczestnicy walk powojennych nie odrobili lekcji Powstania Warszawskiego. Co bowiem ono pokazało? Że walki nad Wisłą nie wpływają na zachowania mocarstw, a przez to nie mają wpływu na los Polski. Jest rozumne, aby zarówno powstańcom i państwu podziemnemu, jak i żołnierzom konspiracji powojennej – wprawdzie sprzeciwiającym się ostatniemu rozkazowi AK – oddawać hołd.