Profesor Radosław Zenderowski tłumaczy, dlaczego Ewa Kopacz to „niemądra niewiasta z Radomia”, „Donka jako uchodźcę mamy obowiązek przyjąć na Rakowieckiej”, a „data 7 maja jest zupełnie z d...”. I dlaczego naukowiec może sobie pozwolić na takie komentarze
Nie, po prostu używam innego języka i innego kanału komunikacji. Uznając, że w ten sposób lepiej dotrę do odbiorcy.
Na pewno nie tylko posiadać tytuł naukowy. Nie jest tak, że jesteśmy wyłącznie wykładowcami lub badaczami pewnych obszarów rzeczywistości. To oczywiste, że w przypadku profesorów mówimy także o pewnej misji. Chodzi o kształtowanie człowieka i społeczeństwa według wartości, które uważamy za dobre czy społecznie użyteczne. Swoich studentów chciałbym na przykład uczyć troski o wspólnotę, postawy partycypacji w świecie społecznym, otwartego umysłu, odwagi i niezgody na konformizm.
Jasne, że tak być powinno. W praktyce bywa różnie. Kiedyś to było oczywiste, choćby dlatego że profesorów było po prostu mniej. Każdy profesor czuł więc tę misję do spełnienia. Dzisiaj mam wrażenie, że wszyscy chcą mówić, ale nikt nie chce już słuchać. I dotyczy to też profesorów, którzy często nie słuchają siebie nawzajem, nawet na konferencjach naukowych.
Oczywiście, że nie. Warto słuchać tylko tych, którzy są kompetentni w dziedzinie, w której się wypowiadają.
Wiadomo, że kiedy poruszamy się w sieci społecznościowej, takiej jak Facebook, trafiamy do konkretnego odbiorcy, a nasz język się do niego dostosowuje. Poza tym nie uważam, żeby te słowa były obraźliwe. One mają po prostu swoją plastykę, swój wyraz i mają prowokować do dyskusji. Ale takich słów na pewno nie użyłbym nigdy na sali wykładowej.
Dlatego że są miejsca, w których nie tyle nie wypada tego powiedzieć, ile nie są one do tego przeznaczone. Natomiast w sieciach społecznościowych jest inaczej, choć rzeczywiście zawsze jest ryzyko, że przekracza się pewną granicę. Siłą rzeczy balansujemy tu na tej granicy i zdarza się, że ją przekraczamy. Niestety, to chyba nieuchronne.
Pytanie, czy możliwy jest powrót do takiej debaty publicznej, jaką chciałbym widzieć. Takiej, w której posługujemy się językiem akademickim czy językiem wysokiej kultury i przede wszystkim ze sobą rozmawiamy. Bo to przecież rozmowa jest istotą debaty. Tymczasem mam wrażenie, że debata publiczna praktycznie już nie istnieje i nie ma do niej powrotu w tak spolaryzowanym świecie, w którym wyraźnie widać konflikt dwóch plemion.
Zgoda. Mógłbym stwierdzić w tym miejscu, że moje wypowiedzi, które pan wcześniej przytoczył, zostały wyrwane z kontekstu. Ale tak nie powiem, choć wielu często się w ten sposób tłumaczy. Natomiast warto zapytać, czemu te internetowe wpisy mają służyć. Jeżeli udaje się nimi wywołać normalną, rzeczową dyskusję, a to się zdarza, to wydaje mi się, że w tym ostrym języku nie ma nic złego.
Tak, uważam KOD za sektę. Choć można to pewnie nazwać inaczej...
Jakich?
Tak można to odebrać. Ale nie gardzę KOD-em. Nigdy nie gardzę ludźmi.
Bo uważam, że w przypadku Komitetu Obrony Demokracji dominuje myślenie typowe dla myślenia sekciarskiego. Trudno mi to oddać innymi słowami. Nie powiem, że „sekta” to pojęcie neutralne, ale nie jest też szczególnie obraźliwe.
Powtórzę – nie sięgnąłbym po taki język na uniwersytecie.
Musielibyśmy rozmawiać o jakiejś konkretnej mojej wypowiedzi. Bo to dość abstrakcyjne pytanie...
Oczywiście nie jest to język politologiczny. Co do tego pełna zgoda. To jest kwestia konwencji – na poły satyrycznej, i tak należy ją odczytywać. Takie przynajmniej były moje intencje, ale nie zawsze intencje są właściwie odczytywane. Na pewno nie chodziło mi tu o rodzaj jakiegoś apelu politycznego. Rozumiem, że powinienem powiedzieć tak: Uważam, że prezydenci, których wybraliśmy w wolnych i demokratycznych wyborach, nie sprostali wyzwaniom, przed którymi stała nasza Ojczyzna, i tak dalej...
Można, tylko nikt tego nie będzie czytał, nikt nie będzie tego komentował i z nikim na ten temat nie podyskutuję... Rzeczywiście, czasami moje dyskusje w internecie zaczynają się od ostrych stwierdzeń, które mają na celu przyciągnięcie uwagi czy pokazanie jakiegoś problemu. Później niejednokrotnie ton daje się bardzo szybko złagodzić, nie pojawiają się żadne inwektywy, rozmawiam z internautami i dochodzimy do wniosku, że choć nie zgadzamy się ze sobą, to przynajmniej musimy szanować swoje poglądy. To już dużo, jeśli w debacie dzięki racjonalnym argumentom dojdzie do pokojowego ustalenia protokołu rozbieżności i nazwania po imieniu tego, co nas dzieli. Z tym jest dziś chyba podstawowy problem.
Facebook ma swoją naturę, która determinuje też język. I chyba się temu nolens volens ulega, zaczyna się wchodzić w pewien rytm dyskusji, wpisuje się w określoną konwencję i daje się ponieść emocjom. I stąd pewnie tego typu wpisy. Ale staram się nie przekraczać granicy wulgarności, bo to jest dla mnie podstawowe kryterium.
Nie sądzę. I nie ukrywam, że wielu swoich wpisów żałuję i uważam za zbyt mocne. Można było czasem użyć innych słów.
Mimo wszystko mam wrażenie, że łagodnieję. A te wpisy są mi potrzebne nie po to, by siebie promować, bo nie jestem celebrytą, ale raczej żeby lepiej zrozumieć innych i pojąć naturę dyskusji, która toczy się w internecie. To jest w pewnym sensie ciągłe testowanie tego, gdzie są jej granice. Bo o ile w świecie akademickim reguły są bardzo jasno zdefiniowane, o tyle w przestrzeni sieciowej wciąż są bardzo dyskusyjne i podlegają dookreślaniu.
Rzeczywiście. Mam wrażenie, że zdarzają takie sytuacje i są one bardzo ryzykowne, bo z jednej strony można tym jednym wpisem przekonać kogoś do pewnych idei, które uważamy za obiektywnie ważne dla społeczeństwa, rozwoju ludzkości i dla debaty intelektualnej, ale to działa też w drugą stronę. Równie dobrze tym jednym wpisem można wszystko zaprzepaścić.
Nie, nigdy ich nie doświadczyłem. Natomiast są na Facebooku inni profesorowie, z którymi czasem wchodzę w polemikę. Są też tacy, którzy śledzą moje wpisy, dzielą się swoimi wątpliwościami i zwracają mi uwagę. Przekonują mnie, że język, którego używam, jest zbyt ostry. Ale nie jestem w sieci jedynym profesorem, który ma dość wyraziste poglądy i stara się je w wyrazisty sposób przekazywać. Tu zawsze pojawia się problem, kogo się reprezentuje, zabierając głos w internecie – czy tylko siebie, czy też profesję, czy instytucję, w której się pracuje. Pytanie, czy można się wyabstrahować z którejś z tych ról.
Zakładam, że tak. Nie dopuszczam do siebie myśli, że jestem całkowicie przypisany do pełnionej funkcji i wszystko to, co mówię, jest uznawane za wypowiedź profesorską.
Wypowiadam się jako obywatel. Choć oczywiście nie powiem, że musi to być jednoznacznie odbierane. Mam świadomość, że część czytających i tak będzie we mnie widzieć profesora.
To jest słuszne wrażenie. Mam swój światopogląd i nie chciałbym go ukrywać, bo jako obywatel mam prawo do tego, żeby wyrażać swoje poglądy na temat społeczeństwa i państwa.
Po pierwsze nie mam wrażenia, żeby politolodzy byli wysłuchiwani przez polityków. Te dwa światy funkcjonują obok siebie. Polska jest krajem, w którym – w odróżnieniu od demokracji zachodnich – politolodzy żyją swoim życiem, a politycy swoim. Choć oczywiście znane są przypadki wykorzystywania naukowców w świecie polityki.
Nie byłbym w stanie się zaangażować w działalność tej czy innej partii politycznej. To nie jest mój żywioł. Opisywanie polityki – tak, ale bycie podmiotem działającym aktywnie politycznie – nie.
To samo można by powiedzieć na przykład o krytykach literackich – niech się wezmą za pisanie książek! Politolodzy są od tego, żeby krytycznie oceniać rzeczywistość, a politycy od tego, żeby wyciągać z tego wnioski.
Rzeczywiście, w jakimś sensie to jest apel także do mnie. Nie będę twierdził, że moje wpisy internetowe nie naruszają pewnych zasad. Ale to „obrzucanie zgniłym ziemniakiem” w moim wykonaniu jest bardzo często reakcją na konkretną dyskusję, w której nie zawsze jesteśmy w stanie zapanować nad emocjami. Choć – będąc uczciwym – nie można bronić rzeczy złej. Przyznaję się do tego, że część wpisów mogłaby wyglądać inaczej.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.