Podczas gdy ajatollah Ali Chamenei przekonuje, że kontrakty nie przynoszą efektów, to minister ds. ropy zachęca do inwestycji samych Amerykanów
Kolejne wizyty zagranicznych przedsiębiorców w Iranie (nasza delegacja była tam w ubiegłym tygodniu) i podpisywane przez nich kontrakty budzą nadzieję na boom gospodarczy tego kraju. Ale reintegracja Teheranu z gospodarką światową wcale nie będzie prosta, bo rywalizacja między reformatorami a konserwatystami o wizję rozwoju nie jest jeszcze rozstrzygnięta.
Reklama
O tym, że obie strony zupełnie inaczej ją widzą, najlepiej świadczą dwie wypowiedzi z końca zeszłego tygodnia. – Nie widzimy żadnych konkretów w związku z tymi delegacjami odwiedzającymi Iran. Oczekujemy, że zobaczymy jakiś realny postęp. Obietnice na papierze nie mają żadnej wartości – ostrzegł w czwartek najwyższy przywódca duchowy, ajatollah Ali Chamenei. Trzy dni później minister ds. ropy naftowej Bijan Namdar Zangeneh zachęcał do inwestycji w sektor naftowy Amerykanów. – Generalnie nie mamy problemu z obecnością amerykańskich firm w Iranie. To amerykański rząd je ogranicza na tym polu – oświadczył, informując przy okazji, że jego resort prowadzi rozmowy z koncernem General Electric.

Reklama
Zniesienie w połowie stycznia międzynarodowych sankcji nałożonych na Iran w związku z jego programem nuklearnym wzbudziło ogromne zainteresowanie zagranicznych firm. Iran z racji dużego potencjału gospodarczego i ludnościowego jest postrzegany jako największa od ćwierćwiecza okazja inwestycyjna na świecie. Ale podczas gdy Europejczycy już tam jeżdżą i podpisują umowy, Stany Zjednoczone ciągle się wstrzymują. Nadal w mocy są wcześniejsze sankcje amerykańskie nałożone na Teheran w związku z jego programem rakiet balistycznych oraz oskarżeniami o wspieranie terroryzmu. Efekt: firmy z USA muszą najpierw uzyskać zgodę Departamentu Stanu i dlatego to one są obecnie największymi przegranymi.
Słowa Chameneiego nie do końca są prawdziwe, bo efekty tych wizyt albo już są widoczne, albo będą lada chwila. Podpisanie kontraktu z Airbusem na zakup 114 samolotów w realny sposób przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa, a dodatkowo możliwi irańskim liniom stanie się ważnym regionalnym przewoźnikiem. Koncern motoryzacyjny PSA Peugeot-Citroen zapowiedział zainwestowanie w ciągu najbliższych pięciu lat 400 mln euro. Do powrotu do Iranu szykują się też Renault i Fiat-Chrysler. A ponieważ sektor motoryzacyjny wytwarza ok. 10 proc. irańskiego PKB, te inwestycje przyczynią się do poprawy sytuacji gospodarczej.
Kilka zachodnioeuropejskich krajów, m.in. Francja, Włochy i Grecja, podpisały już kontrakty na zakup irańskiej ropy, zaś francuski Total przymierza się do inwestycji na miejscu. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że irański PKB wzrośnie w przyszłym roku o 5 proc., co będzie najlepszym wynikiem w całym regionie. I to mimo niskich cen ropy naftowej, która jest najważniejszym towarem eksportowym.
Problem w tym, że nie wszystkich ten potencjalny napływ inwestycji cieszy. Reformatorzy skupieni wokół prezydenta Hassana Rouhaniego chcą jak najbardziej stawiać na te sektory, które wymagają wiedzy oraz innowacyjności, i rozwój gospodarczy Iranu widzą w rosnącej współzależności z gospodarką światową. Konserwatyści wprawdzie też chcą, aby ograniczyć zależność gospodarki od eksportu ropy naftowej, ale obawiając się, że otwarcie gospodarcze będzie prowadzić do reform politycznych, dążą do możliwie największej samowystarczalności Iranu. Właśnie tym należy tłumaczyć sceptycyzm najwyższego przywódcy duchowego wobec efektów dotychczasowych wizyt handlowych.
Na razie górą są jednak ci pierwsi. Przeprowadzona pod koniec lutego, czyli niespełna półtora miesiąca po zniesieniu sankcji, pierwsza tura wyborów parlamentarnych zakończyła się sukcesem bloku reformatorów. Na razie jednak tylko połowicznym. Reformatorzy i umiarkowani odnieśli zdecydowane zwycięstwo w dużych miastach i na razie mają niewielką przewagę w parlamencie – co biorąc pod uwagę, że większość ich kandydatów nie została dopuszczona do startu – już jest sporym osiągnięciem. Niemniej o ostatecznym układzie sił zdecyduje druga tura, która odbędzie się w kwietniu. Do obsadzenia została jeszcze jedna czwarta miejsc i wiele może się wydarzyć. Zresztą nawet jeśli parlament byłby zdominowany przez reformatorów, to i tak wszystkie jego działania może zablokować konserwatywna Rada Strażników Rewolucji.