Ilekroć mam dość naszych traum i kłopotów z pamięcią historyczną, rozglądam się, żeby sprawdzić, czy innym jest tak samo źle jak nam – nie chodzi nawet o Schadenfreude, lecz o uspokajające przekonanie, że problemy, które wydają się Polakom unikatowe, w istocie są powszechne. W Europie człowiek co i rusz potyka się o niezaleczone spory i animozje: granice biegną nie tak, jak trzeba, zbrodnie pozostają nieukarane, przeprosiny nie brzmią szczerze i przekonująco, opowieści o dawnych i niedawnych dziejach objawiają się w wersjach z gruntu sprzecznych. Dla historyka przyglądanie się tym walczącym ze sobą wyobrażeniom jest równie ciekawe jak badanie faktów.
Dla dziennikarza też – Brytyjczyk Michael Booth ma spore doświadczenie w rozplątywaniu węzłów pamięci i tożsamości, i to w konfrontacji z trudnym materiałem: jego książka „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych” (przeł. Barbara Gutowska-Nowak, Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego 2015) udanie wnikała pod powierzchnię pozornie homogenicznej społecznej utopii, za jaką uchodzą (albo chciałyby uchodzić) kraje skandynawskiej Północy. Następną wyprawę dziennikarz przedsięwziął w znacznie dalsze rejony: do wschodniej Azji. Booth zna tę część świata, ma na koncie parę interesujących publikacji na temat kulturowych i cywilizacyjnych kontekstów tamtejszej kuchni: to m.in. „Jedz, módl się, jedz” (PWN 2012), „Sushi i cała reszta” (Carta Blanca 2013) oraz „Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia” (PWN 2018) – wszystkie w przekładach Magdaleny Rabsztyn. Ale w reportażu „Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie” o kuchni mówi się niewiele – dużo natomiast o wzajemnej niechęci i rachunku krzywd.