Wielu z nas od małego uczono, że zawsze trzeba mieć własne zdanie. Ale radykalna potrzeba opowiadania się po którejś ze stron wykopała w Polsce społeczną przepaść. I tak się obrzucamy błotem z różnych barykad.
Reklama
"Mój dom murem podzielony, podzielone murem schody” – śpiewał lider Kultu Kazik Staszewski. Od chwili premiery utworu „Arahja” w 1988 r. niewiele się zmieniło. Choć bezpośrednio dotyczył on podziału Berlina, pośrednio do dzisiaj dotyczy również Polski. Nasz kraj wciąż składa się bowiem z co najmniej dwóch różnych światów. Szans na zjednoczenie, inaczej niż w przypadku Niemiec, nie widać.
Tak pękniętego społeczeństwa trzeba by ze świecą szukać. Tak podzielonych opinii w niemal każdej sprawie nie ma żaden europejski naród. Tak niespójnych poglądów nie znajdziemy nigdzie poza Polską. Tak głębokich wyrw i ostrych linii, które dzielą nas we wszystkich ważnych sprawach, niemal na dwie równe części – też nie.
Jak to się stało, że jesteśmy dziś społecznymi daltonistami, których wzrok wyostrza się tylko na dwie barwy: czarną i białą? Całego spektrum szarości nie jesteśmy w stanie dostrzec, co więcej, w ogóle na ich dostrzeganiu nam już nie zależy. Znaczenie ma tylko to, co wyraziste, pełne kształtu, dojrzałe. A tym samym coraz częściej radykalne.
Mogłoby się wydawać, że 25 lat wolności wystarczy, by naród mógł okrzepnąć, by przestać czuć się zagrożonym, nie utożsamiać się i nie sytuować niemal na siłę na określonych pozycjach. Nie szukać za wszelką cenę etykiet, którymi firmujemy nasze działania, próbując nadać im sens, często zbyt głęboki i niepotrzebny. Nie opowiadać się po żadnej ze stron żadnego sporu. Ale nie – my, Polacy, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy idąc do przodu, nie oglądali się ciągle za siebie. I temu oglądaniu się nie nadawali hiperznaczenia.
W niemal wszystkich kluczowych kwestiach publicznych jesteśmy dzisiaj po dwóch różnych stronach. Połowa za, połowa przeciw. Połowa widzi szklankę w części pustą, druga w części pełną. Ten dychotomiczny model społecznego funkcjonowania tak głęboko wszedł nam już w krew, że za innym nie tęsknimy, a nawet innego właściwie już nie znamy. Jesteśmy podzieleni w ocenach przeszłości, w wizjach Polski teraźniejszej, w tym, jaka ma być za rok, dwa, 10 lat. Nie jesteśmy zgodni w wyborach, kto powinien nami rządzić, czy przyjąć euro, czy trzymać się złotego, nie wiemy nawet, czy demokracja, w której żyjemy, warta jest tego, by ją pielęgnować, bo tylko część z nas uważa ją za korzystny dla nas ustrój. Używając słów klasyka od hodowli papryki, można by dzisiaj ponownie zapytać: jak żyć, skoro niemal każdy opowiada się po jakiejś stronie, a pola na kompromis właściwie nie ma?

Świat w czerni i bieli

CBOS opublikowało niedawno sondaż, który jeden z elementów dwubiegunowej polskiej świadomości potwierdza dobitnie. Chodzi o nasz stosunek do PRL i oceny – pozytywnej bądź negatywnej tamtego państwa. Ponad dwie piąte Polaków (44 proc.) lata 1944–1989 uznaje za okres dobry – czas rzeczywistych równych szans dla każdego, karier „od zera do milionera”, oczywiście w wymiarze awansu społecznego, a nie finansowym. 46 proc. ma do PRL stosunek niezwykle krytyczny – uznaje ją za państwo złe, a okres 45 lat komunistycznej władzy za jednoznacznie stracony dla rozwoju kraju (badanie przeprowadzono w styczniu 2014 r. na liczącej 1067 osób grupie reprezentatywnej). Stosunek do PRL zależy w dużym stopniu od wieku badanych. Osoby powyżej 40. roku życia, a więc te, które w 1989 r. miały co najmniej 15 lat, zdecydowanie częściej pozytywnie oceniają ten okres historii Polski – 54 proc. Głównie dlatego jednak, że ludzie ci byli wtedy młodzi, zdrowi i szczęśliwi – brali śluby, rodziły im się dzieci, przeprowadzali się do pierwszych, małych, nie do końca własnych, ale jednak swoich mieszkań.
Opinie są również pochodną deklarowanych poglądów politycznych, poziomu wykształcenia, wielkości miejscowości zamieszkania, sytuacji zawodowej i materialnej. Zdecydowanie najbardziej krytyczni w ocenach PRL są respondenci z wyższym wykształceniem – 68 proc. ocen negatywnych, o najwyższych dochodach – 64 proc., deklarujący prawicowe poglądy polityczne – 62 proc., mieszkający w największych miastach – 59 proc. Częściej negatywnie PRL oceniają mężczyźni niż kobiety – 52 proc. wobec 40 proc., a w grupach zawodowych najbardziej krytyczne w tym względzie są kadra kierownicza i specjaliści oraz prywatni przedsiębiorcy. Z badań wynika także, że niemal co piąty Polak (19 proc.) deklaruje, że on lub ktoś z jego najbliższej rodziny albo znajomych był w PRL represjonowany. Wśród osób urodzonych przed rokiem 1975 odsetek takich deklaracji wzrasta do 23 proc.
Mimo to tylko 53 proc. ankietowanych uważa, że „dla ludzi takich jak oni obecna, wolna Polska jest krajem lepszym do życia niż ta sprzed 1989 r. – chociaż tamta była pozbawiona niepodległości i możliwości realnego samostanowienia. Czy może być lepszy dowód na polskie podziały? Przecież logicznie rzecz biorąc wydawać by się mogło, że w tej akurat sprawie powinniśmy być jednomyślni jak nigdy. Ale skoro nie jesteśmy, w innych też – zapewne nigdy – nie będziemy.
– W wielu z nas tamten PRL-owski niepokój, tamta niepewność paradoksalnie utrzymują się do dzisiaj. Stąd potrzeba utożsamiania się z określonymi ideami, zjawiskami, poglądami połączona z przekonaniem o własnej nieomylności, o prymacie własnych racji w każdej sytuacji – tłumaczy dr Tomasz Skalski, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Podświadomie czujemy potrzebę zajmowania stanowiska, widzimy świat w czarno-białych kolorach, brakuje nam wrażliwości, by czasem dojść do wniosku, że coś może być niejednoznaczne i wkładanie tego czegoś do szuflady z konkretnym napisem nie ma sensu, nie prowadzi do niczego korzystnego – dodaje dr Skalski.
Kolejna ważna sprawa i kolejne pęknięcie. 45 proc. Polaków chce, byśmy wstąpili do strefy euro, ale przeciwnych zastąpieniu złotego wspólną europejską walutą jest niemal tyle samo – 40 proc. Co więcej, aż 50 proc. z nas uważa przy tym, że przyjęcie wspólnej waluty będzie czymś złym. Jedynie co dziesiąta osoba jest zdania, że przeciwnie – zapewni Polsce rozwój, stabilizację i bezpieczeństwo ekonomiczne. Takie wnioski przynosi sondaż TNS OBOP z przełomu 2013 i 2014 r. (przeprowadzony w dniach 6–11 grudnia 2013 r. na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie 1000 mieszkańców Polski w wieku 15 i więcej lat). Informuje on również, że 26 proc. ankietowanych nie widzi w przyjęciu euro ani nic złego, ani dobrego. 12 proc. uważa, że powinniśmy dołączyć do strefy w ciągu najbliższych 5 lat, 16 proc. wskazuje przedział czasowy od 6 do 10 lat, a 17 proc. odsuwa tę perspektywę o więcej niż 10 lat.
W porównaniu do przeprowadzonych kilka tygodni wcześniej podobnych badań odsetek zwolenników przyjęcia euro spadł o 4 pkt proc. (z 49 do 45 proc.), wzrosła z kolei liczba niezdecydowanych (z 11 do 15 proc.). Udział przeciwników utrzymał się na niezmienionym poziomie (40 proc.). Ponad połowa respondentów (53 proc.) jest przekonana, że przyjęcie euro będzie miało negatywny wpływ na polską gospodarkę, przeciwnego zdania jest 18 proc. badanych. W opinii 13 proc. zmiana waluty nie będzie miała realnego wpływu na ogólne procesy ekonomiczne, które będą zachodziły nad Wisłą. Trudno o większą niejednomyślność.
Ale jeśli spojrzymy na deklaracje dotyczące własnych finansów w kontekście konwersji waluty, jest gorzej – poziom pesymizmu rośnie. O tym, że wymiana złotego na euro będzie miała negatywny wpływ na sytuację gospodarstw domowych, przekonanych jest aż 63 proc. badanych. Co dziesiąty (10 proc.) uważa, że będzie odwrotnie. 15 proc. nie przewiduje żadnych zmian.

Temperatura sporu

Nie ulega też żadnej wątpliwości, że źródłem polskich podziałów jest często przesadnie poważny stosunek do polityki, a właściwie bezwarunkowe (zupełnie nie wiadomo dlaczego) deklarowanie się jako zwolennicy lub przeciwnicy określonej partii, najczęściej najsilniejszej, czyli PO lub PiS. Na jakikolwiek sondaż by spojrzeć – szczególnie w ostatnich dniach w kontekście wyborów do europarlamentu – preferencje polityczne Polaków rozkładają się niemal po równo – ok. 30 proc. z nas jest za PO, drugie 30 proc. kibicuje PiS. Nie byłoby w tym zapewne nic złego – siłą demokracji jest przecież to, że można mówić, co się myśli, i robić, w granicach prawa, to, na co ma się ochotę, a tym samym mieć i otwarcie deklarować swoje sympatie polityczne – gdyby nie polska specyfika. Problem bowiem w tym, że liderzy dominujących partii, Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, od lat robią wszystko, aby przy każdej możliwej okazji boleśnie okładać się werbalnymi ciosami. Tusk zarzuca Kaczyńskiemu działania kompromitujące Polskę na arenie międzynarodowej i trącącą skansenem zaściankowość, Kaczyński jest w pełni przekonany, że Tusk ponosi odpowiedzialność za katastrofę smoleńską, a do tego uprawia politykę prowadzącą niemal do zaplanowanej eksterminacji Polaków – utrzymuje wysokie bezrobocie, nie inwestuje w służbę zdrowia, pozwala, by ubogim rodzinom odbierano dzieci, nie broni polskich interesów ekonomicznych, wreszcie że przekształcił nasz kraj w posłusznego wykonawcę rosyjskich i niemieckich „rozkazów”. Nie oceniając w żaden sposób rzetelności zarzutów podnoszonych przez obie strony, nie da się uniknąć jednoznacznego stwierdzenia, że ten ambicjonalno-personalny spór na tle politycznym jak w soczewce odbija polskie pęknięcie. Kiedyś w PiS nazywano je sporem między Polską liberalną – czyli wszystkim, co złe, którą miał reprezentować Tusk – i Polską solidarną reprezentowaną przez braci Kaczyńskich. Niedawno w DGP pokazaliśmy jednak, że i Tusk, i Kaczyński za czasów swojego premierostwa równo cięli wydatki socjalne w relacji do PKB, przez co obaj mogą uchodzić dziś za gorących, realnych propagatorów gospodarczego liberalizmu. Ale to chyba jedyny fundament który ich łączy, tak jak jedyną rzeczą łączącą dzisiaj ich zwolenników jest permanentna wola walki, która na pewno szybko się nie skończy.
Napięcie budowane przez obie partie wydaje się jednym z kluczowych czynników podtrzymujących polskie rozdarcie społeczne. Mimo że część z nas deklaruje brak poparcia i dla PiS, i dla PO, wybierając inną partię lub w ogóle rezygnując z zainteresowania polityką, nie zmienia to tego, że ogólna wysoka temperatura sporu, często podnoszona dodatkowo do potęgi n przez media, musi udzielać się także im. Tym samym całe społeczeństwo jest stale podtruwane przez spór dwóch osób.
– Od momentu realnego zmonopolizowania sceny politycznej przez obie największe partie, czyli mniej więcej od 2005 r. – a to już 9 lat – mamy rzeczywisty problem z utrzymywaniem dyskusji publicznej na określonym, poprawnym poziomie – ocenia dr Marcin Spławski, dyrektor pionu badań społecznych sopockiej pracowni PBS. – Spory oparte na sensownych argumentach, które wcześniej kształtowały debatę, zostały zastąpione przez często zupełnie niepotrzebnie eskalowane w nieskończoność napięcie. Niestety, prowadzona na niskim poziomie debata wpływa istotnie na postrzeganie rzeczywistości przez większość Polaków: psuje atmosferę, relacje pomiędzy ludźmi i tworzy podziały w stopniu, jakiego jeszcze dotąd nie notowaliśmy – tłumaczy ekspert PBS.
Polityczny jad, którego działaniu siłą rzeczy, jakkolwiek byśmy starali się to ograniczać, ulegamy, nie byłby jednak szczególnie groźny, gdyby nie poważne, a być może nieodwracalne konsekwencje, które może wywołać aplikowany na dłuższą metę. Pół biedy, jeśli będą one oznaczały jedynie np. rezygnację z udziału w wyborach, z czym zapewne w dużym stopniu będziemy mieli do czynienia w ten weekend. Niektóre sondaże zapowiadają skrajnie niską, 30-proc. frekwencję, co oznacza, że około 20 mln Polaków eurowybory zlekceważy, także w proteście przeciwko lekceważącym ich od lat zachowaniom polityków. Gorzej, że partyjne boksowanie odrzuca nas od demokracji par excellence. We wrześniu 2013 r. CBOS opublikował sondaż „Polacy o demokracji” (przeprowadzony metodą wywiadów bezpośrednich na liczącej 1005 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski). Ponad połowa z nas (52 proc). jest przekonana, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, czy rządy są demokratyczne, czy niedemokratyczne. Co więcej, niemal dwie piąte Polaków (37 proc.) uważa, że w niektórych sytuacjach rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż demokratyczne. A o stałej wyższości rządów autorytarnych nad demokracją przekonany jest co czwarty Polak (24 proc.).
Jedną z przyczyn sceptycyzmu jest wzrost niezadowolenia ze sposobu funkcjonowania demokracji w naszym kraju, czyli negatywna ocena działań ministrów, posłów i senatorów.
Obecnie blisko trzy piąte Polaków (58 proc., od listopada 2011 r. wzrost o 11 pkt) ocenia nasze życie publiczne negatywnie, tylko jedna trzecia zaś (35 proc., spadek o 12 pkt) jest zdania, że w polskiej demokracji dominują zalety, a nie wady.
Jedynym pocieszeniem jest wzrost polskiego krytycyzmu w stosunku do demokracji także w wydaniu światowym. W ostatnich latach bowiem nasz sceptycyzm wobec tej formy rządów w innych krajach również notuje rekordy. Blisko połowa z nas (49 proc.) sądzi, że nie należy rozwijać demokracji na całym świecie, ponieważ są kraje, do których tradycji politycznych i kultury ona się nie nadaje. Dodatkowo do jednej trzeciej (33 proc., spadek z 39 proc. w 2010 r. i 57 proc. w 2006 r.) zmniejszył się odsetek badanych uważających, że rozwój demokracji jest pożądany we wszystkich państwach, niezależnie od ich tradycji politycznych.

Argument siły zamiast siły argumentu

Zdaniem specjalistów to, że Polacy są w wielu kluczowych kwestiach podzieleni, nie powinno automatycznie być powodem do niepokoju. Wolność oznacza bowiem możliwość opowiadania się po tej stronie sporu, po której mamy ochotę, w oparciu o indywidualne przekonania albo – mówiąc kolokwialnie – o to, jak wiatr zawieje – to również dopuszczalne, jeśli ktoś sobie tego życzy, ma taki kaprys.
– Dzisiejsze podziały są relatywnie ostre, ale na szczęście trup nie ściele się gęsto. Nawet do gardeł sobie nie skaczemy – diagnozuje prof. Jacek Wasilewski z Wydziału Prawa i Nauk Społecznych Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Oczywiście w dużym stopniu odpowiadają za nie partie polityczne, które działają trochę według zasady „wyróżnij się albo zgiń”, umacniając, często na siłę, dychotomię, obudowując się radykalnymi wyznawcami, bo podtrzymywanie wyrazistej dwubiegunowości, niezasypywanie przepaści leży jednoznacznie w ich interesie. Mogłoby się bowiem okazać, że gdyby zapanował spokój, ludzie ostatecznie zrozumieliby, co w końcu i tak nastąpi, że te wielkie napięcia polityczne są wyimaginowane, a partie i cały ich entourage jest zupełnie nieistotnym folklorem, niszową konkurencją dla kilkudziesięciu osób – ocenia profesor.
Według Marcina Spławskiego z PBS różnice w poglądach Polaków są oczywistością i dopóki jesteśmy w stanie w cywilizowany sposób je artykułować i kulturalnie szermować argumentami, a nie obelgami, życie społeczne toczy się niemal modelowo. Owszem, Polska może uchodzi za kraj podzielony lub pęknięty, ale zjawisko dywersyfikacji przekonań można również odbierać jako zaletę.
– To, że różnimy się w istotnych kwestiach, nie jest niczym złym. Trudności biorą się tylko z braku umiejętności komunikacyjnych i nieprzywiązywania wagi do kultury dialogu. Źródłem problemów polskiej demokracji staje się argument siły, a nie siła argumentu – dodaje Marcin Spławski. To wydaje się kluczowe dla psucia atmosfery publicznej. Gdyby nie wymuszanie realizacji własnych wizji na otoczeniu, nie byłoby, zdaniem ekspertów, powodów do niepokoju.
Wydaje się jednak, że zupełnie spokojni raczej być nie powinniśmy. Przede wszystkim z uwagi na duży odsetek osób, które deklarują rozczarowanie demokracją – i to w globalnym wydaniu. Tego typu emocje bywały bowiem – co wiemy z historii – owocnym podglebiem dla rozwoju realnych zagrożeń dla demokracji, np. narodowego socjalizmu. Powstał on w efekcie słabości demokratycznego państwa niemieckiego, jako efekt zakwestionowania porządku weimarskiego, który bagatelizował niemieckie potrzeby bycia silnym państwem. Słabość weimarskiej demokracji i tęsknota za silnymi, radykalnymi punktami odniesienia okazały się powodami wystarczającymi do pojawienia się i szybkiej dominacji nazizmu. Skutki znamy.
Niedobrze, że w ocenach demokracji staliśmy się znacznie bardziej radykalni, niż miało to miejsce kilka lat temu. Zdaniem dr. Jakuba Andrzejczaka, dyrektora zarządzającego Pracowni Badań Socjologicznych Humlard, wynika to przede wszystkim z naszej nie najlepszej kondycji dnia codziennego – problemów z dostępem do lekarza, wciąż wysokiego zagrożenia bezrobociem, koniecznością dorabiania się głównie na kredyt, czyli bardzo ryzykownie.
– Kiedy coś w naszym życiu przez długi czas jest dalekie od pożądanego wyobrażenia, gdy czujemy niemożność zrealizowania zakładanego celu, gdy stale bijemy głową w mur, rodzi się frustracja. Od niej tylko krok do maksymalizacji radykalizmów, a te z kolei najłatwiej realizuje się, jednoznacznie opowiadając się po jakiejś stronie. Czarnej lub białej, bez dostrzegania szarości, czyli złożoności problemu – wyjaśnia dr Jakub Andrzejczak.
Wyrazisty świat, w którym funkcjonujemy w ostatnich latach, jest neurobiologiczną odpowiedzią naszych organizmów na stałe życie w napięciu. Rzeczywistość jawi nam się jako zawsze skrajnie jednoznaczna, bo rozwijamy jedynie tę część mózgu, która odpowiada za rozpoznawanie zagrożeń. – Mamy permanentne przeświadczenie, że zawsze musimy czegoś bronić, że wciąż jesteśmy atakowani. To prowadzi do coraz poważniejszych dewiacji społecznych, ale archetyp Polaka-walczaka jest w nas wciąż na tyle silny, że jedynie w sytuacjach zero-jedynkowych umiemy podejmować decyzje i realizować zamierzenia. Upraszczamy rzeczywistość, tracąc na tym wiele, a będąc zawsze po jakiejś stronie, zamykamy sobie drogi poznawcze i tym samym możliwości rozwoju – ocenia dr Tomasz Skalski.
O tym, jak bardzo się różnimy, świadczy również spór, czy polskie pęknięcie będziemy w stanie kiedykolwiek zasypać. W ocenie prof. Jacka Wasilewskiego z SWPS z biegiem lat zacznie ono tracić na znaczeniu. Według dr. Andrzejczaka z Humlard – przeciwnie, będzie utrzymywać się stale, bo młodzi ludzie socjalizują się na podstawie określonych doświadczeń rodziców czujących potrzebę stawania na barykadach. Ekspertów jednak, w odróżnieniu od większość z nas, stać na szermierkę argumentami. My niestety, wzorem niektórych polityków, ciągle wolimy dożynanie watah.