Gdy pod koniec stycznia padły pierwsze strzały z ostrej amunicji na ulicy Hruszowśkoho w Kijowie, pisaliśmy w tym miejscu, że to początek końca Wiktora Janukowycza. Złamanie niepisanych zasad ukraińskiej polityki wcześniej czy później musiało zaowocować upadkiem. Teraz, gdy rosyjska piechota morska prowokuje konflikt na Krymie, a paramilitarne oddziały okupują parlament w Symferopolu – powtarzamy tezę, że wywołanie wojny przeciw Ukrainie będzie początkiem końca Władimira Putina. Już dziś widać jaskółkę tego upadku. Putin po prostu przelicytował.
Rosyjski prezydent wywrócił stolik, bo to, co się dzieje na Ukrainie, z jego punktu widzenia jest zabójcze. Po raz drugi „chochły” – jak pogardliwie nazywa się w Moskwie Ukraińców – udowodnili, że są w stanie obalić jedynowładcę, do którego stracili zaufanie. Jeśli udało się w Kijowie, dlaczego nie w Moskwie? Stąd decyzje Putina. Swoista ucieczka do przodu, która zamiast żelaznej logiki ma w sobie zarzewie upadku. Bo zamiast chaosu na Ukrainie, pękania po kawałku państwa, mamy konsolidację oligarchów i pojednanie w obliczu zagrożenia. Sami Ukraińcy nie zafundowaliby sobie opcji zerowej i grubej kreski. Zapewnił im ją Putin.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.