Irlandzka centroprawica, jak wynika z podanych wczoraj wyników – zwycięzca wyborów, zapowiadała w kampanii renegocjację warunków 85 mld euro bailoutu. Zdaniem przyszłego premiera Endy Kenny’ego dotychczasowe zasady spłaty pożyczki grożą popadnięciem w spiralę zadłużenia i w konsekwencji recesją.
Reklama
Według wstępnych wyników Fine Gael („Ród celtycki”) zdobyła 60 mandatów w 166-osobowym parlamencie. Centroprawica utworzy najpewniej rząd z Partią Pracy, która zajęła drugie miejsce z 32 miejscami. – Innych opcji nie odrzucamy, ale współpraca Fine Gael z laburzystami układała się do tej pory całkiem nieźle i jeśli zdołamy wynegocjować akceptowalny program rządu, zagwarantujemy krajowi stabilność – mówił Michael Noonan odpowiadający w Fine Gael za sprawy finansowe.
Dotychczas rządząca Fianna Fail („Wojownicy przeznaczenia”) zapłaciła za kryzys pięciokrotnym spadkiem liczby mandatów i utrzymała zaledwie 14 foteli. Dla partii Micheala Martina, który do stycznia pełnił funkcję szefa MSZ, to najgorszy wynik w historii. – To opozycyjne tsunami – kręcił głową minister stanu w MSZ Peter Power po porażce w swoim okręgu.
Eksperci nie mają wątpliwości, że tak znaczne przetasowania na irlandzkiej scenie politycznej to bezpośredni skutek kryzysu, który doprowadził do dramatycznego spadku zaufania do dotychczasowego establishmentu. Strzałem w dziesiątkę Fine Gael było pozostawienie na fotelu lidera Endy Kenny'ego, który do tej pory tylko raz – w połowie lat 90. – pełnił funkcję ministra, więc nie jest oskarżany o doprowadzenie do krachu gospodarczego.
Irlandczycy przerzucili swoje poparcie na Fine Gael nie bez przyczyny: w kampanii obiecano im bowiem rewizję relacji z UE. Kenny obiecał w sobotę, że już w marcu rozpocznie batalię o obniżenie odsetek od bailoutu. Przede wszystkim dlatego że Grecy, którzy z większymi oporami wprowadzają pakiet oszczędnościowy, będą spłacać kredyt na korzystniejszych warunkach (5,2 proc. wobec irlandzkich 5,8 proc.). Tym bardziej że Ateny oficjalnie lobbują za obniżeniem własnych odsetek i – aby zwiększyć swoje sankcje na sukces – utrzymują, że walczą także w imieniu Irlandczyków i potencjalnych przyszłych kandydatów do bailoutu. W tej sytuacji wystarczy, by Dublin podłączył się pod grecką krucjatę.

Reklama
W przeciwnym razie Irlandii grożą poważne kłopoty. Według ekspremiera Johna Brutona kraj musiałby się rozwijać w tempie 8 proc. rocznie, by rząd zgromadził środki wystarczające na spłatę odsetek w założonej wysokości. Tymczasem według rozpisanych do 2015 r. prognoz MFW wzrost PKB w tym czasie ani razu nie przekroczy 3,5 proc. A może być jeszcze gorzej, jeśli Dublin ugnie się pod presją Niemiec i podwyższy 12,5-proc. podatek CIT, główny magnes dla inwestorów.
Irlandczycy uważnie obserwują przy tym strategię Węgier, które co prawda pozostają poza Eurolandem, ale skutecznie sprzeciwiły się MFW i Komisji Europejskiej w sprawie zasad wychodzenia z kryzysu. Rząd Viktora Orbana poszedł pod prąd trendom i zerwał współpracę z MFW, po tym jak fundusz zażądał od Budapesztu podwyższenia podatków. Tymczasem władze stwierdziły, że kraj, w którym obciążenia podatkowe są obok Belgii najwyższe w UE, nie może sobie na to pozwolić. Orban podwyższył podatki jedynie wobec wielkich koncernów, które „nie mogły przenieść swojej produkcji”, np. firm telekomunikacyjnych czy ubezpieczycieli. I choć agencje ratingowe obniżyły w efekcie ocenę węgierskich obligacji, ryzyko się opłaciło. W tym roku deficyt budżetowy ma spaść poniżej 3 proc., do poziomu najniższego od końca komunizmu, a kraj ma 2-proc. prognozę wzrostu gospodarczego.
Dublin ma zaś nad Budapesztem podstawową przewagę. Jako kraj strefy euro może zagrozić, że bez ustępstw niemiecko-francuski pomysł paktu na rzecz konkurencyjności nie wejdzie w życie. Przebudowa gospodarek Eurolandu na modłę Berlina i Paryża będzie głosowana co prawda w gronie „17”, a nie „27”, ale jednomyślnie. Jak pokazuje doświadczenie, taka groźba może mieć większą siłę rażenia niż argumenty natury czysto ekonomicznej.
W kwietniu Islandia zadecyduje, czy spłacić swoje długi
Gdy Irlandia będzie próbowała renegocjować warunki bailoutu, w innym wyspiarskim państwie, na Islandii, będzie trwać kampania przed referendum w sprawie spłaty 5 mld dol. długów funduszu Icesave.
Chodzi o wkłady 400 tys. Brytyjczyków i Holendrów, które przepadły po upadku islandzkiego systemu bankowego w 2008 r. W piątek szef MSW Oegmundur Jonasson podjął decyzję, że plebiscyt zostanie przeprowadzony 9 kwietnia. Ugoda z Londynem i Hagą została co prawda zatwierdzona przez parlament, jednak prezydent Olafur Ragnar Grimsson ją zawetował, odpowiadając na apele znacznej części wyborców.
Kwietniowe referendum będzie już drugim głosowaniem w sprawie zwrotu zadłużenia. Poprzednie porozumienie zostało odrzucone przed rokiem przytłaczającą większością 93 proc. głosów. Tym razem głosy rozkładają się mniej więcej 60:40 na korzyść zwolenników ratyfikowania układu. Jest on bowiem znacznie korzystniejszy od poprzedniego, zaś większość Islandczyków zgadza się, że długi należy oddać. Tym bardziej że wyspa jest pod silną presją zagranicy; agencja Moody’s zagroziła nawet obniżeniem ratingu w razie odrzucenia ugody. Porozumienie zakłada, że Rejkiawik będzie spłacać długi w latach 2016 – 2046 przy oprocentowaniu wynoszącym 3 proc.