"Chroniła nas tyle razy na pokładzie samolotu, tak jak jej mąż, też funkcjonariusz BOR, chroni nas na lądzie. Panie Albercie, będziemy pamiętać" - powiedział premier Donald Tusk podczas ceremonii powitania trumien z ciałami ofiar katastrofy.
"To jej zdjęcie, które pojawiło się w mediach po katastrofie, nie pokazuje, jaka naprawdę była. Surowe spojrzenie a nasza Agnieszka była radosna, lubiła żartować, robić psikusy, taki pozytywny uparciuszek" - wspominała w rozmowie z PAP jej koleżanka, funkcjonariuszka BOR Grażyna Kwiatkowska.
Miała 35 lat. Pracę w BOR rozpoczęła w 1998 r. jako pracownik cywilny. Pracowała w sekretariacie w oddziale finansów i rozliczała m.in. wyjazdy funkcjonariuszek BOR czy stewardes.
"Latanie ją fascynowało. Podpytywała nas, jakie były chmury, jak minął lot, gdzie byłyśmy" - wspominała Kwiatkowska. W 2002 r. podporucznik spełniła swoje marzenie i jako funkcjonariusz BOR, stewardesa, zaczęła latać z najważniejszymi osobami w państwie. Opiekowała się nimi na pokładzie samolotu.
"Nie lubiła rozgłosu, bardzo ceniła swoją prywatność. Była też domatorem. Miała swoje ulubione powiedzonka np. +chłopczyku, czy jest kawa?+" - powiedziała Kwiatkowska.
Loty z prezydentem Lechem Kaczyńskim zaczęła pechowo. "Lecieli do Gdańska, była straszna śnieżyca. Kiedy wreszcie wylądowali, mówiła, że tym raz się udało. Podkreślała, że to dzięki pilotom. Pechowo też się skończyło" - zaznaczyła Kwiatkowska.(PAP)