- Pamiętam moment, kiedy wszyscy mieszkańcy Iwickiej 8 zastygli przy oknach, słysząc kwik świni prowadzonej na rzeź. Ona uciekała, Badowski ją łapał, ta uciekała znów, Badowski chwytał ją, mówiąc: „Nie chcesz, ale musisz”. I temu z okien przyglądali się poeci - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem Tomasz Jastrun poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki.
Tytułowy „Dom Pisarzy w czasach zarazy” był pańskim pierwszym domem, prawda?
Zostałem tam poczęty, nawet wiem, w którym pokoju i przy jakiej okazji.
Naprawdę?
Reklama
Czasem myślę, że może nie jest dobrze wiedzieć aż tyle. Ja wiem, bo rodzice – pisarze – robili notatki, pisali dzienniki, pamiętniki. I to ma dobre, ale też niepokojące strony. A poczęty zostałem, kiedy ojciec wrócił z Pragi.
Ojciec, wybitny poeta Mieczysław Jastrun, matka – też poetka i pisarka dla dzieci Mieczysława Buczkówna.

Reklama
Gdy byłem mały, drażniło mnie, że ojciec się mną nie zajmuje. Umierałem z nudów, mimo że miałem towarzystwo, ale przecież nikt się nie nudzi tak dramatycznie jak dziecko. Siadałem pod gabinetem ojca i powtarzałem jak karabin maszynowy: „Nudzi mi się, nudzi mi się, nudzi mi się, co ja będę robił, co ja będę robił”.
Zabiłbym.
Ojciec wytrzymywał piętnaście minut, po czym wybiegał z gabinetu, rzucał się na mnie, ale krzywdy mi nie robił, tylko krzyczał: „Pluj i łap!”. To jedna z wcześniejszych scen, które pamiętam z dzieciństwa.
Jak ono wyglądało?
Dziś już nie ma takich podwórek… Jego centralnym punktem był oczywiście trzepak, przy który spędzałem masę czasu.
Miał tam pan rówieśników.
W domu było nas czworo: Agnieszka Żuławska, Monika Czeszko, Adaś Sandauer i ja. Adaś się zresztą śmiertelnie na mnie obraził za tę książkę, ale mam nadzieję, że mu przejdzie.
Co go dotknęło?
Anegdota o jego ojcu, Arturze Sandauerze, który przyszedł z wizytą do Seweryna Pollaka, tłumacza mieszkającego naprzeciw nas, czyli na drugim piętrze. I przyniósł mu w prezencie zwiędłe, ociekające wodą kwiaty, które musiał wyjąć ze swego wazonu, mówiąc, że słyszał, iż się przynosi kwiaty, gdy się przychodzi w gości.
A o co się pokłócił pański ojciec z Sandauerem?
To proste jak drut, Sandauer by wybitnym krytykiem, ale był przy tym szalenie krytyczny, czyli taki, jakim krytyk powinien być. Ale też krytyk nigdy nie powinien mieszkać w jednym domu z pisarzami, o których pisze. Nie tylko ojciec miał swoje zadry z Sandauerem, oplutym swego czasu z balkonu przez Adolfa Rudnickiego, o którym coś krytycznego napisał.
Litości.
Wracając do ojca, to Sandauer nie bardzo cenił jego poezję, bo był nastawiony na awangardę, nowoczesność, dlatego uwielbiał Przybosia. Z kolei ojciec był raczej tradycjonalistą, neoromantykiem, to zupełnie inny typ poetyki. Sandauer więc ojca co i rusz szturchał, a ojciec czuł, że go nie ceni. A tego artysta nigdy nie daruje. Krytykę, która dezawuuje jego twórczość, odbiera jako próbę mordu. Ojciec miał więc poczucie, że Sandauer chce go zabić, odbiera mu pewność siebie, poczucie własnej wartości, wszystko. To budzi nienawiść.
W wywiadzie, którego udzielił panu Sandauer, wypowiada się o nim ciepło.
Bo to nie było tak, że on nim gardził, może mniej cenił jego wiersze, z kolei ojciec uważał się głównie za poetę. Ale był też drugi powód ich konfliktu. Otóż Sandauer, który się świetnie zachowywał w czasach stalinowskich…
Jako jedyny z domu nie należał do partii.
On nie mógł się zaangażować, bo to był talmudysta – dla niego dwa plus dwa musiało być cztery, a ten cały socrealizm nie zgadzał mu się estetycznie, nie mógł tego zaakceptować. I on, który tak dobrze zachowywał się za stalinizmu, zaczął się źle zachowywać potem, by w stanie wojennym jeść w telewizji grochówkę na tle transportera opancerzonego.
Po co to robił?
Rudnicki, który go nie znosił, przypomniał lata wojenne i to, że Sandauer wtedy ukrywał się na strychu, tłumacząc z pamięci – a miał genialną pamięć – wiersze Majakowskiego. I że on nie chciał drugi raz wchodzić na strych.
Nie chciał, by o nim zapomniano?
Był trochę konformistą, co mu oczywiście wybaczam i pamiętam go jako świetnego krytyka.
Wypominano mu ciotkę z UB – Lunę Brystygierową.
On protestował, że to wcale nie była ciotka, tylko jakaś powinowata i wcale go nie chroniła, niczego mu nie załatwiła. Raz mu zostawiła protokoły zebrań komunistów z fabryki w Jeziornie i namawiała go, by je zbeletryzował, ale Sandauer nic z tym nie zrobił.
Pan widział Brystygierową?
Nie, byłem za mały, ale wiem, że jak pod dom przyjeżdżała czarna wołga z Ministerstwa Bezpieczeństwa, to wiało grozą. Pisarze stali w oknach trochę podekscytowani, ale też mieli różne interesy; Paweł Hertz prosił Sandauera, by go zaprosił, kiedy przyjedzie Brystygierowa. Był u niej w gabinecie Rudnicki, który zupełnie nie pamiętał, o czym rozmawiali, ale doskonale pamiętał, że powiedziała mu rzecz straszną: „Z bliska wygląda pan gorzej niż z daleka”. Tylko tyle zapamiętał, cały Adolf, straszny narcyz. Opowiadał mi to tak zbolałym głosem, że mu wierzę.
Konflikt ojca z Arturem Sandauerem oznaczał, że pogorszyły się pańskie relacje z Adamem?
Nie, my byliśmy jak Romeo i Julia, przyjaźniliśmy się mimo konfliktu rodziców. Spędzałem u Adama bardzo dużo czasu, oni mieli dom otwarty, zawsze tam można było przyjść, jego mama Erna Rosenstein, świetna malarka, przeżywająca renesans twórczości, była bardzo serdeczną kobietą.
A Sandauer senior?
Był postacią osobliwą, jak mówił jego syn, dziwolągiem. To był szalony ekscentryk, wyróżniający się wyglądem, zachowaniem, monstrualnym brakiem taktu.
Miał pan świadomość wyjątkowości domu przy Iwickiej 8?
Cały surrealizm tej sytuacji odkryłem w wieku młodzieńczym albo jeszcze później. Dziecko przyjmuje wszystko jako naturalne i dla mnie było naturalne, że wszyscy w tym domu pisali na maszynach. Cały dom był jak instrument muzyczny, który chodził od tych maszyn.
Pan sam pisze: „Ojciec grał na maszynie”.
Miałem takie wrażenie, że gra na fortepianie, szczególnie że ojciec, gdy pisał na maszynie, to mruczał…
Jak Glenn Gould.
Ręcznie pisał tylko wiersze, ale dla niego pisanie wierszy to była modlitwa.
Nie dość, że wszyscy mieli maszyny i powodziło wam się lepiej niż sąsiadom, to jeszcze od rówieśników różniliście się klasowo.
Ten dom na początku lat 50. był zanurzony wśród ruin. Stał jak statek, którym płynęli pisarze – pasażerowie, a obok mieszkała klasa robotnicza.
I bracia Krysińscy, pańscy koledzy, którzy potem wylądowali w więzieniu za zamordowanie matki.
Tak, zamordowali matkę – prostytutkę, a wtedy się z nimi bawiłem. Obok były ceglane domy odarte z tynku jak ze skóry. Do naszej kamienicy też przylegała ogromna, drapieżna ruina, jak przecięta toporem, w niej zwisały nawet kawałki mebli, widać było różne kolory ścian. Gdzieś w niej, bez wygód, ze sławojką obok domu, mieszkała rodzina robotnicza. To były kontrasty, które mnie fascynowały. Był to też kontrast między tymi pisarzami zaangażowanymi już bardzo w stalinizm, a bardzo wobec niego sceptycznym prostym ludem. Pisarze mieli z nakazu partii pisać o ludzie i dla ludu, ale z tym ludem nie mieli żadnego kontaktu.
Bo żyli w wyizolowanym świecie?
Tak, to był inny świat, choć przenikał się z naszym. W ruinach mieszkały siostry Parzuchowskie, które pisarzom sprzątały i gotowały.
Oba światy łączyli też dozorcy.
Pan Badowski był z zawodu kowalem i przedstawicielem ludu w domu. Mieli gospodarstwo rolne, co znów owocowało kontrastem między domem intelektualistów a gospodarstwem, które do niego przylegało. Tam były krowy, świnie, kury i pamiętam moment, kiedy wszyscy mieszkańcy zastygli przy oknach, słysząc kwik świni prowadzonej na rzeź. Ona uciekała, Badowski ją łapał, ta uciekała znów, a Badowski chwytał ją, mówiąc: „Nie chcesz, ale musisz”. I temu z okien przyglądali się poeci.
Nie wszyscy na Iwickiej byli Żydami, ale większość z nich, jak mówił jeden z pańskich bohaterów, „miała pochodzenie”. Zostało to wypomniane nawet tym, którzy jak pański ojciec, od swej żydowskości uciekali.
On się jeszcze przed wojną ochrzcił, zmienił nazwisko, zgłosił się na ochotnika do wojska w 1920 r., zatopił się w polskiej literaturze po uszy. Żył nią, znał ją na pamięć całymi tomami, cały był ulepiony z polskości. Okropnie rozpaczał, że zarówno niektórzy Żydzi, jak i prawdziwi Polacy wpędzają go w tę żydowskość. Żył w ciągłym stresie, z ciągłymi pretensjami.
A pan?
Nie byłem zdezorientowany, mama miała dobre pochodzenie, wychowano mnie w bardzo polskich tradycjach, dziadek legionista, bohater wojny 1920 r., poległ we wrześniu 1939 r. w obronie Warszawy.
Wróćmy na Iwicką.
To Marian Brandys mówił, że panowała opinia, że tam mieszkają Żydzi, którzy świetnie zarabiają, a mieszkał też Juliusz Żuławski, który krezusem nigdy nie był.
Nikt się nie dorobił?
Badowski… (śmiech) Marian Brandys twierdził, że to jedyny przypadek kariery finansowej mieszkańca Iwickiej. To był niesłychanie pracowity człowiek, oprócz dozorcostwa miał gospodarstwo, rozwoził wozem konnym pocztę i dorobił się willi na Wilanowie.
Dom Pisarzy różnił się od okolicy także tym, że tam raczej nie zaglądał ksiądz z kolędą.
Ale ja zostałem ochrzczony, późno, bo późno, ale zostałem i chodziłem na religię. Byłem nawet bierzmowany, a kiedy miałem wątpliwości co do istnienia Boga, to wysłano mnie na prywatne lekcje do ks. Twardowskiego. Mama kiedyś spytała księdza, jak sobie Tomek radzi na tych lekcjach, i usłyszała: „To bardzo inteligentny chłopak, ale wielki antytalent religijny”. Zostało mi to do dzisiaj. Zresztą z naszej czwórki Agnieszka i Monika też chodziły na religię i tylko Adam nie chodził, bardzo z tego powodu cierpiał.
Jakie tradycje panowały na Iwickiej?
Polskie, jednoznacznie polskie, nawet u Sandauerów była choinka, wszyscy obchodzili święta. To był, paradoksalnie, bardzo polski dom.
Bo też wszyscy byli spolszczeni.
Mieli polskie nazwiska, mówili i pisali po polsku, byli zakochani w polskiej literaturze, chyba nikt nie znał jidysz, może Sandauer, który znał z dziesięć języków.
Poza nim wszyscy mieszkańcy byli uwikłani w stalinizm...
Który wisiał nad nimi jak chmura. To pytanie szersze, nie tylko o mieszkańców naszego domu – jak to możliwe, że ludzie o tak różnych doświadczeniach: z lasu, z getta, z łagrów, z AK, ludzie starzy i młodzi, szlachetna pisarka jak Nałkowska, nawet Dąbrowska, która wszystko wiedziała, a jednak w to wlazła; jak to możliwe, że ludzie o różnych poglądach, wierzący i niewierzący weszli w stalinizm i zostali przemieleni na socrealistyczne kotlety? Jaki to był mechanizm?
Jak pan, syn poety, który też się uwikłał, na to odpowiada?
Każdy człowiek jest inny, ale mechanizm był wspólny. Oni wiedli życie po końcu świata, tego świata, który został zarżnięty i okupiony milionami trupów. Wielu z nich miało złe wspomnienia z przedwojennej Polski, pełnej niesprawiedliwości i krzywd. Potrzeba budowy świata nowego była dla nich oczywista, tak jak i oczywiste, bo nieuchronne, było to, co przyszło ze Wschodu. To armia sowiecka przyszła i ich wyzwoliła, jednak wyzwoliła. Zwłaszcza ludzie pochodzenia żydowskiego mieli poczucie wniebowstąpienia, bo byli tępionymi i mordowanymi szczurami, a tu nastaje wolność i otwierają przed nimi zupełnie nowe perspektywy.
To spotkało pańskiego tatę.
Mieszkał w Międzylesiu, u Kreczmarów, a tu przychodzą żołnierze sowieccy, którzy zapewne w okolicy gwałcą i kradną, ale on, zaszczute zwierzę, staje się nagle wolnym człowiekiem, ważnym pisarzem.
A partia doceniała pisarzy.
Dawała im mieszkania, co w kraju, w którym ludzie gnieździli się w norach albo w gruzach, było niebywałym luksusem. W dodatku ich mieszkania nie podlegały zagęszczeniu, mieli więc zapewniony byt i nie najgorsze zarobki, a to wszystko wśród ruin, dosłownie wśród ruin. Ale przede wszystkim przez ogromne nakłady książek władza dawała rząd dusz. Janek Kott opowiadał mi, jak dostali razem z Żółkiewskim zadanie, by zrobić listę stu lektur, które będzie czytał cały naród. On się wtedy czuł demiurgiem.
To musiało kusić.
Bo człowieka najlepiej skłonić do robienia czegoś nie przez strach, ale przez demoralizację, a dawanie jest szalenie demoralizujące. Tak, pisarze zostali kupieni.
Mimo to większość z mieszkańców Iwickiej szybko zerwała ścisłe relacje z władzą.
I okazało się, że ci ludzie potrafią być szlachetni, odważni, bezkompromisowi. To oni, wraz z innymi pisarzami, tworzyli potem w PRL jedyne w swoim rodzaju środowisko opozycyjne.
Zapłacili za to inwigilacją.
Bano się podsłuchów, gdy rozmawiano, to wyciągano telefon z wtyczki albo kładziono na telefonie poduszkę. Bezpieka miała wielu agentów, to środowisko było więc dobrze rozpracowane.
À propos telefonów, to opisuje pan nocne telefony Broniewskiego.
On się strasznie rozpił i zachowywał się koszmarnie, często nocą pijany wydzwaniał do pisarzy.
Do pańskiego ojca też?
Oczywiście, pamiętam ojca rano, wściekłego przy śniadaniu: „Znowu dzwonił w nocy Broniewski”. Kiedyś mu zacytował Norwida, który napisał, że nie można nikogo grzecznie obudzić. Poza tym córka Broniewskiego, Anka, czyli Joanna Broniewska, popełniła samobójstwo, być może z powodu mieszkającego w naszym domu Bohdana Czeszki.
Pisarze nie byli zachwyceni, że ich wszystkich skoszarowano w jednym domu.
Ależ oczywiście. Brandys mówił mi, że przez to jeszcze bardziej oderwali się od rzeczywistości. To nie jest dobry pomysł, by ludzie jednego zawodu mieszkali w jednym domu. Wyobraża pan sobie, że w pańskiej kamienicy mieszkają sami dziennikarze?
Matko Boska, nie!
Poza tym powiedzmy to wprost: sztuka rozbudza ambicje, więc artysta ma bardzo rozbudowane ego i poczucie własnej wartości, co często rodzi zazdrość. Między nimi była rywalizacja pisarska i oni cierpieli, że komuś układa się lepiej.
Rodzice też tego doświadczali?
Ojciec notował w „Dziennikach”: „Ostatnio mało wydaję, więc koledzy są dla mnie bardziej łaskawi”, z kolei Żuławski mówił, że w takim domu najlepiej w ogóle nie rozmawiać o literaturze.
A były tam jakieś przyjaźnie?
Dopóki się nie poróżnili, ojciec utrzymywał bardzo dobre relacje z Sandauerem. Przychodził do nas często w rudym szlafroku, zresztą wtedy wpadało się do ludzi bez zapowiedzi, bez dzwonienia. Ojciec przyjaźnił się z Adolfem Rudnickim i potem tę przyjaźń odziedziczyłem ja, oczywiście o ile można przyjaźnić się z narcyzem. Wpadałem do niego, gdy mieszkał na Kanonii, na tyłach katedry. Zawsze jak się spotykaliśmy, to miałem wrażenie, że moja twarz jest jak lustro, w którym się przegląda. Zresztą podobnie pisze o nim, jeszcze z czasów okupacji, Nałkowska.
Pisarze pili?
Niektórzy. Bohdan Czeszko był alkoholikiem, ale on nie pił z pisarzami, tylko z dozorcami. Lubił lud, więc brał flaszkę i szedł z nią do gołębników, które były obok, ale pił też tęgo u Badowskich. Bardzo lubił pić Juliusz Żuławski, ale choć Czeszko mieszkał naprzeciwko, to do niego nie chodził. Do Żuławskiego przychodził na wódeczkę Paweł Hertz, Henio Krzeczkowski, wielki przyjaciel ich obu. Tam bywali fajni ludzie, malarze, artyści. Jeśli nie do domu, to chodzili do Sielanki, potem przemianowanej na Karczmę Słupską, a jeszcze później na słynną Sowa i Przyjaciele. Inną restauracją, do której chodzili, był Lotos, czyli w sumie dość podrzędne knajpy.
A u was w domu?
Ojciec pił mało, choć jak się napił, to był w genialnym nastroju. Przychodził do niego napić się Herbert, który mieszkał niedaleko, a ojca bardzo lubił i cenił. Z nim były prawdziwe popijawy, bo on walczył z depresją alkoholem. Moja mama robiła świetne nalewki z tarniny, Herbert od razu na nie łypał i się zaczynało. Herbert po wódce wpadał w ton patriotyczno-łzawy i śpiewał piosenki akowskie.
Prowadzono życie nocne?
Klucz do drzwi na klatkę schodową dzierżyła pani Badowska, nie pozwoliła nikomu go dorobić. Zamykała je po godz. 22 i sama łaskawie otwierała.
To musiało być krępujące.
Dlatego tak szybko i chętnie wyprowadził się stamtąd Paweł Hertz przyjmujący wielu przystojnych panów. Z kolei Adolf Rudnicki przyjmował masę pięknych kobiet, ale Basia Baranowska, która była z nim związana przez dziesięć lat, podejrzewa, że był biseksualny. Rzeczywiście on był bardzo pederastyczny, nie, wróć, co za straszne słowo. (śmiech) Był bardzo gejowski w zachowaniu, ale miał najpiękniejsze kobiety w Warszawie, uwodził je swym czarem.
Jak w tym niezwykłym domu reagowano na zakręty historii?
Byłem zbyt mały, by pamiętać śmierć Stalina, ale wiem z relacji Bronisławy Przybosiowej, że ojciec był w szampańskim nastroju. „Kiedy ten potwór umrze?” – powtarzał. Znała ojca od 1935 r., ale nie pamiętała go tak radosnego jak wtedy. Kiedy radio podało, że Stalin nie żyje, to „Mieczysław odtańczył w kuchni taniec radości”. Pyta mnie pan o momenty historyczne, ale ja pamiętam ważne spotkania, na których dyskutowano, co zrobić z tym, że Badowski gotuje w piwnicy obierki dla świń i ten smród idzie na klatkę schodową, i z tym się nie da żyć. Świetnie zresztą pamiętam ten smród… (śmiech)
Pan się wyprowadził z Iwickiej po studiach.
Mama miała jakąś książeczkę mieszkaniową i kupiła mi mieszkanie w bloku na Sadybie w 1975 r.
Kontakt z Iwicką pozostał?
Mama mieszkała tam niemal do śmierci w 2015 r., była ostatnim starym mieszkańcem domu. Ale już dużo wcześniej bohaterowie mojej książki wyprowadzali się do nowych mieszkań albo na cmentarz. A dom stoi, jak stał, a w nim duchy tych, co tam mieszkali.