Protestujący Bułgarzy żądają reakcji UE na sytuację w ich państwie, ale premier wciąż korzysta z parasola ochronnego.
Reklama
Mija drugi miesiąc protestów na bułgarskich ulicach. Demonstranci domagają się ustąpienia skompromitowanego ich zdaniem premiera Bojka Borisowa i przeprowadzenia nowych wyborów. Nie widząc wsparcia ze strony Unii Europejskiej, sami zaczęli się o nie dopominać. W środę protest zorganizowano przed niemiecką ambasadą w Sofii. Jeden z transparentów, przedstawiający kanclerz Niemiec Angelę Merkel w geście familiarnego powitania z Borisowem, opatrzono hasłem „Oczy szeroko zamknięte”.
Manifestacja odbyła się przed niemiecką placówką nie bez powodu. Berlin sprawuje w tym półroczu przewodnictwo w Radzie UE i to on mógłby podjąć inicjatywę w imieniu innych krajów. Poza tym partia Borisowa – Obywatele na rzecz Integracji Europejskiej Bułgarii (GERB) – należy do tej samej europejskiej rodziny politycznej, co Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna Angeli Merkel. Liderzy znają się też osobiście od ponad dekady. Demonstranci chcieli, by Europejska Partia Ludowa (EPP) zajęła stanowisko wobec swojego coraz bardziej kłopotliwego członka, którego protestujący wprost nazywają „gangsterem”.
Z tego samego powodu grupa Bułgarów próbowała skontaktować się z szefem EPP Donaldem Tuskiem, udając się do siedziby ugrupowania w Brukseli. Jak relacjonował bułgarski dziennikarz portalu Euractiv Georgi Gotew, Tusk nie przyjął protestujących. Nie zareagowała również Komisja Europejska. W czwartek, na pytanie o brutalne traktowanie manifestantów przez bułgarskich mundurowych, rzecznik organu zapewnił jedynie, że Bruksela monitoruje sytuację. Nie chciał jednak odpowiedzieć na pytanie, czy Sofia naruszyła prawo do protestu, używając siły wobec demonstrujących.
Do tej pory stanowisko zajęła jedynie Rada Europy, organ niezależny od UE. Komisarz praw człowieka Dunja Mijatović wezwała policję do niestosowania przemocy wobec relacjonujących demonstracje dziennikarzy. W czasie środowych protestów kilkoro reporterów zostało pobitych i organizacja z siedzibą w Strasburgu domaga się przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie.
Bezpośrednim powodem protestów było ujawnienie w czerwcu wykonanych z drona zdjęć przedstawiających rzekomo szufladę pełną banknotów w pokoju premiera (Borisow nazwał je paranoicznymi fantazjami i fotomontażem). Niedługo później okazało się, że jeden z oligarchów Achmed Dogan korzysta z państwowej ochrony. Niemal równolegle śledczy weszli do kancelarii skłóconego z Borisowem prezydenta Rumena Radewa. W reakcji na ulice wyszły tysiące ludzi, domagających się dymisji Borisowa i jego rządu oraz przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Władze poszły na pewne ustępstwa. Sąd konstytucyjny uznał, że prokuratura generalna nie może prowadzić postępowania przeciwko urzędującej głowie państwa, a do dymisji podał się minister sprawiedliwości Danaił Kiriłow, jednak nie doprowadziło to do złagodzenia nastrojów. W nocy z środy na czwartek doszło do starć z policją, podczas których kilkadziesiąt osób zostało rannych, a 200 osób trafiło do izb zatrzymań. Prezydent Radew oskarżył rząd o nasyłanie prowokatorów, których zadaniem miałoby być radykalizowanie protestów. Potępił też „nieproporcjonalne użycie siły przez policję wobec protestujących i dziennikarzy”.
Bułgaria to kolejny kraj pokazujący, że członkostwo w EPP, największej rodzinie politycznej w europarlamencie, działa niczym parasol ochronny. Przez lata chronił się pod nim także węgierski Fidesz, ale w przeciwieństwie do Borisowa Viktor Orbán nie unikał otwartych sporów z Komisją Europejską. W 2018 r. Węgry zostały drugim po Polsce krajem, wobec którego uruchomiono procedurę dyscyplinującą, przewidzianą w art. 7 europejskiego traktatu. Fidesz jest też zawieszony w prawach członka EPP.
Pod Warszawę i Budapeszt projektowany jest też nowy mechanizm, warunkujący wypłaty z europejskiego budżetu przestrzeganiem praworządności. Bułgaria pozostaje na marginesie tych rozmów, bo od wstąpienia do UE w 2007 r. wraz z Rumunią i tak podlega odrębnemu mechanizmowi weryfikacyjnemu. Wbrew odczuciom protestujących Bułgarów raporty w ostatnich dwóch latach były dla władz państwa przychylne. KE doceniła m.in. walkę z przestępczością zorganizowaną, jeden z trzech obok reformy sądownictwa i walki z korupcją celów monitoringu prowadzonego od 13 lat.
Elementem kryzysu jest ostry spór prezydenta z premierem