Ponieważ nie uznajemy wyborów, pod znakiem zapytania stoi też legitymacja obecnego przywódcy. W oświadczeniu nazwałem go byłym prezydentem – mówi DGP szef MSZ Litwy Linas Linkevičius.
Reklama
DGP
Litwa jest uznawana za jednego z liderów europejskiej reakcji na wydarzenia na Białorusi. Mińsk odrzucił jednak wasz plan uregulowania kryzysu. Co dalej?
Powinniśmy wypracować jednolite stanowisko międzynarodowe, najlepiej na poziomie całej Unii, i przynajmniej wprowadzić sankcje – ten proces po ostatnim posiedzeniu Rady już się rozpoczął. Ważne jest też zapewnienie wsparcia poszkodowanym. Uzgodniliśmy z unijnymi kolegami utworzenie specjalnego funduszu na rzecz ofiar represji. Uruchomiliśmy program leczenia poszkodowanych, co również może być elementem zbiorowego wsparcia dla Białorusinów, choć na razie nie wypracowano procedur, jak ci ludzie mieliby być identyfikowani ani w jaki sposób mieliby przyjechać. Ogólnie rzecz biorąc, ranni będą mogli być leczeni w naszych szpitalach. Sytuacja pozostaje napięta. Istnieje wiele nieznanych czynników, które mogą wpłynąć na jej rozwój. Niejasna pozostaje rola Rosji zwłaszcza po tym, jak Alaksandr Łukaszenka poprosił ją o wsparcie. Nie wiadomo, co się wydarzy, więc ważne jest też wysłanie sygnału, co jest akceptowalne, a co nie. Jeśli po tym niepotrzebnym, bezpodstawnym i dziwnym wezwaniu o pomoc Rosja rozpocznie inwazję, zmieni to diametralnie sytuację w regionie.
Czy ryzyko rosyjskiej interwencji jest duże?
Osobiście nie sądzę, żeby to się wydarzyło, bo jeszcze bardziej skomplikowałoby reputację Rosji jako państwa. Poza tym pokazano by w ten sposób także obywatelom Rosji, jak sami byliby traktowani w takiej sytuacji. Inwazja nie byłaby krokiem racjonalnym. Ale niestety nie mogę jej wykluczyć. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Jakiego rodzaju sankcje pan proponuje? Co mogłoby zadziałać?
Nie mamy wielu narzędzi. Sankcje są jednym z nich. Powinni zostać nimi objęci ci, którzy sfałszowali wybory, a także przedstawiciele struktur siłowych, które nadużyły siły. Ponieważ nie uznajemy wyborów, pod znakiem zapytania stoi też legitymacja obecnego przywódcy. W oświadczeniu politycznym nazwałem go byłym prezydentem. Od strony prawnej to może nieprecyzyjne sformułowanie, ale od strony politycznej powinien zrozumieć, że termin jego kadencji upłynął po tym, co zrobił własnemu narodowi, po tych wszystkich przestępstwach i brutalności, tak bardzo niezrozumiałych w dzisiejszych czasach. Jego dziedzictwo się skończyło. Trzeba to wyraźnie powiedzieć na arenie międzynarodowej. Każdy rodzaj presji jest uprawniony, by Mińsk postrzegał sytuację realistycznie i by znalazł drogę do zorganizowania nowych wyborów. Zgodnie z ostatnim oświadczeniem Swiatłany Cichanouskiej, która powiedziała, że jest gotowa stać się narodowym liderem i przygotować normalne wybory. Faktyczni przywódcy Białorusi powinni też być na to gotowi.
Nazwał pan Łukaszenkę byłym prezydentem Białorusi. Czy to znaczy, że uznaje pan Cichanouską za nową prezydent?
Nie, zresztą sama powiedziała, że powinno się przeprowadzić nowe wybory. W ten sposób wyjaśniła swoje stanowisko. Rozumie, że nie może się określać mianem prezydent, skoro wybory zostały sfałszowane. Stąd oczekiwanie nowych wyborów, uznanych przez społeczność międzynarodową. Nikt tego nie kwestionuje, a Swiatłana jest gotowa, wspólnie z powołaną przez siebie Radą Koordynacyjną, ułatwić proces organizacji nowych wyborów. Problem w tym, że na razie reżim odmawia rozmów na ten temat. Czekamy na ich ostateczne stanowisko.
Utrzymuje pan kontakt z białoruskimi władzami?
Próbowaliśmy proponować mediację, żeby powstrzymali się od użycia siły, a potem zaczęli rozmawiać. Ale powiedziano nam, że jakiekolwiek międzynarodowe mediacje są wykluczone. Odmówiono nam też możliwości przyjazdu do kraju. Tego typu wysiłki są na razie nierealne.
Łukaszenka nakazał przeprowadzenie manewrów wojskowych wzdłuż litewskiej granicy. Czy uważa pan je za poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa Litwy?
Uważam to za kolejny krok na rzecz zaognienia sytuacji i komunikat na użytek wewnętrzny, że władze w ten sposób odpowiadają na nieprawdziwe zagrożenie ze strony NATO. To kłamstwo, bo natowscy przywódcy nie mają żadnych planów wzmocnienia obecności czy aktywności w tym regionie. Takiego zagrożenia nie ma, ale skoro on mówi, że jest, to musi to jakoś udowodnić poprzez tego typu reakcję. Nie traktuję tego poważnie.
Pojawiają się głosy, że koordynacja wysiłków państw wspólnoty euroatlantyckiej jest niewystarczająca, że jako Zachód moglibyśmy zrobić więcej. Jak pan to postrzega?
Oczywiście, że moglibyśmy zrobić więcej, zwłaszcza na poziomie UE. Intensywnie konsultujemy się z kolegami z UE i nie tylko. Blisko współpracujemy z kolegami z Polski. W poniedziałek rozmawiałem z ministrem Jackiem Czaputowiczem o tym, co można zrobić na poziomie narodowym, bilateralnym i unijnym. I jak wykorzystać do tego niedawno utworzony trójkąt lubelski z udziałem naszych państw i Ukrainy.
Czy uważa pan za możliwy układ Zachodu z Rosją, który miałby na celu ustabilizowanie sytuacji na Białorusi?
Nie wiem, czy powinniśmy to nazywać układem, ale jakiś przekaz dla Rosji powinien popłynąć. Jesteśmy przekonani, że Białoruś powinna zachować suwerenność i niepodległość. Nie mniej ważne jest uruchomienie procesu demokratycznego. To nieuniknione po tym, jak ludzie przemówili choćby przez największy w historii Białorusi, 400-tys. niedzielny wiec w Mińsku. Tego nie można zignorować. Rosja musi to zrozumieć.