Co będzie dalej z unijnymi pieniędzmi? Kryzys wokół COVID-19 sprawił, że temat nadużyć finansowych znowu spadł z europejskiej agendy. Co prawda Unia wraca do rozmów na temat nowej siedmioletniej perspektywy budżetowej, ale priorytetem dzisiaj jest walka z gospodarczym spustoszeniem, jakie spowodował koronawirus. Chociaż teoretycznie trudno wyobrazić sobie lepszy moment do dyskusji o racjonalnym i praworządnym wydawaniu funduszy niż czas kryzysu.
Dziennik Gazeta Prawna
Csakvar, Węgry. W czasach komunizmu na polach rozciągających się wokół tego położonego na zachód od Budapesztu miasteczka rolnicy zbierali pszenicę i kukurydzę dla władzy, która ukradła ich ziemię. Dzisiaj ich dzieci pracują dla nowych panów, grupy oligarchów i politycznych patronów, którzy zaanektowali grunty za sprawą niejasnych interesów z węgierskim rządem” – tak zaczynał się opublikowany w listopadzie zeszłego roku artykuł w „New York Timesie” na temat nadużywania europejskich dopłat dla rolników na Węgrzech. Publikacja materiału odbiła się w UE szerokim echem, chociaż nie jest całkiem jasne dlaczego. Tekst nie zawierał przełomowych ustaleń, a o tym, że fundusze unijne w krajach środkowo europejskich rozchodzą się w podejrzanych kierunkach, wiadomo od lat. Być może przyczyną było to, że negocjacje w sprawie nowego budżetu na kolejne siedem lat wchodziły wówczas w kluczową fazę i jego płatnicy zaczęli się zastanawiać, na co dokładnie wydają pieniądze. Ale niewykluczone, że powód był bardziej prozaiczny – do tej pory nikt szczególnie się tym nie interesował.
Reklama

Trochę dla rodziny, trochę dla przyjaciół

Na Węgrzech system zawłaszczania euro funduszy powstał, jeszcze zanim Viktor Orbán i jego partia Fidesz w 2010 r. doszli do władzy. Obecny premier Węgier go tylko przejął i udoskonalił, tworząc grupę bogatych i uzależnionych od jego rządów oligarchów. Aby być precyzyjnym, to nie Orbán był architektem tego klientelistycznego systemu, lecz jego kolega ze szkoły Lajos Simicska. Przez lata odpowiadał on za partyjne finanse, a po zdobyciu władzy przez Fidesz awansował do grona najbogatszych ludzi na Węgrzech. Wkrótce jego rozległe wpływy zaczęły jednak niepokoić premiera i przyjaciele się skonfliktowali. Kiedy Simicska zrobił woltę, popierając radykalnie prawicowe ugrupowanie Jobbik, jego miejsce u boku Orbána zajął inny kolega z dzieciństwa polityka Lőrinc Mészáros.

Reklama
– Czytając oświadczenie majątkowe Orbána, można dojść do wniosku, że Węgrami rządzi bardzo skromny człowiek. Ale premier ma bardzo bogatych przyjaciół. Mészáros to dzisiaj jeden z najbogatszych Węgrów na świecie – mówi Blanka Zőldi, dziennikarka śledcza z serwisu portal Direkt36. Przedsiębiorczy polityk jest dziś właścicielem większości firm należących niegdyś do Simicski, a publiczne kontrakty płyną do niego szerokim strumieniem. Na czym węgierscy oligarchowie zbijają majątek? – To nie jest Dolina Krzemowa, nie ma mowy o innowacyjnych przedsiębiorstwach. To głównie firmy budowlane, których nawet 80 proc. dochodu pochodzi z eurofunduszy – tłumaczy Blanka Zőldi.
Nie jest też tajemnicą, że na pozycji Orbána korzystają jego najbliżsi. Firma Elios prowadzona przez jego zięcia Istvana Tiborcza wygrała 19 publicznych przetargów na oświetlenie ulic. – Trik polegał na tym, że w przetargach stawiano bardzo specyficzne warunki, które tylko Elios był w stanie spełnić – podkreśla Blanka Zőldi. Po ujawnieniu sprawy przez portal Direkt36 w 2015 r. przetargami zainteresował się Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF), który po przeprowadzeniu postępowania nakazał zwrócenie do unijnej kasy prawie 44 mln euro. Rząd w Budapeszcie przetargów nie unieważnił, lecz wyasygnował wówczas środki z krajowego budżetu. OLAF nie ujawnił jednak swojego raportu. Taką możliwość mają jedynie władze państwowe, a te nie palą się z ujawnianiem obywatelom prawdy o finansowych przekrętach.
W Brukseli do niedawna nie było nawet organu, który zajmowałby się ściganiem przestępstw przeciwko interesom finansowym UE. OLAF sprawdzał jedynie, czy wszystko jest w porządku na gruncie administracyjnym. Zresztą organy ścigania i wymiar sprawiedliwości to nie są obszary, w których państwa członkowskie chętnie dzielą swoje kompetencje z Unią. Dwie dekady trwały rozmowy na temat powołania Europejskiej Prokuratury. Udało się i nowy organ ma rozpocząć pracę pod koniec tego roku, ale za cenę znacznie okrojonych uprawnień. Unijni prokuratorzy będą musieli ściśle współpracować ze śledczymi krajowymi, a na koniec będą przekazywać wyniki postępowań sądom krajowym – i to od nich ostatecznie będzie zależało, czy domniemani malwersanci wykryci przez Europejską Prokuraturę poniosą odpowiedzialność. Ale to nie koniec znaków zapytania, jeśli chodzi o nową instytucję. Problemem jest też to, że nie wszystkie państwa dołączyły do inicjatywy. Brakuje pięciu, z czego dwa kraje – Polska i Węgry – są beneficjentami netto – biorą więcej z europejskiej kasy, niż do niej wpłacają. Brukseli zależy na udziale Warszawy i Budapesztu, ale na to na razie się nie zanosi.

Wszystko jest w porządku

UE oprócz sporu prawnego może też próbować nacisków politycznych. Z tego także korzysta jednak dość opieszale. Nadużycia finansowe długo uchodziły elicie Węgier na sucho, bo unijna rodzina partyjna Fideszu roztaczała nad nią parasol ochronny. Europejska Partia Ludowa (EPL) – największa grupa polityczna w UE, tworząca najliczniejszą frakcję w Parlamencie Europejskim – latami wstrzymywała się z potępieniem Orbána. Miarka się przebrała, kiedy przed wyborami europejskimi w 2019 r. węgierski rząd rozpowszechniał nieprawdziwe informacje na temat migrantów w Europie, atakując jednego z polityków EPL Jeana-Claude’a Junckera, wówczas kierującego Komisją Europejską. Karą za akcję propagandową podbijającą antymigrancką retorykę węgierskiego rządu było zawieszenie Fideszu w prawach członka unijnego ugrupowania. Węgry nadal jednak mogą liczyć na taryfę ulgową. Kiedy w czasie walki z pandemią koronawirusa Orbán zaczął nadużywać władzy, zawieszając m.in. działalność parlamentu, jego polityczna rodzina co prawda krytykowała jego poczynania, ale znowu nie zdecydowała się na usunięcie go ze swojego grona.
Polityk do takiego ulgowego traktowania był przyzwyczajany przez lata. Podczas wizyty w Budapeszcie w 2015 r. niemiecka kanclerz Angela Merkel, pytana o to, czy nie jest zaniepokojona sytuacją na Węgrzech, odpowiedziała, że wszystko jest w porządku. Podobnego przykładu dostarczają europejscy socjaliści. Ich prominentny polityk i wiceprzewodniczący KE Frans Timmermans znany jest w Polsce z obrony niezależnych sądów. Sam długo wstrzymywał się jednak z krytykowaniem rumuńskich kolegów z Partii Socjaldemokratycznej, kiedy ich rząd rozmontowywał system walki z korupcją. Unijna centrolewica nigdy nie podjęła też działań wobec ugrupowania Smer, które niemal 14 lat rządziło Słowacją. W tym czasie system oligarchiczny został wbetonowany w życie publiczne, a korupcja rozkwitła. Dzisiaj Smer nie rządzi już w Bratysławie. Stracił władzę na rzecz ruchu protestu Igora Matoviča OĽaNO Zwykli Ludzie i Niezależne Osobistości, które przyciągnęło wyborców właśnie hasłami walki z łapówkarstwem i nadużyciami. O tym więcej za moment.

Kogo to interesuje

Z kolei w Czechach problem dotyczy jednej z najważniejszych osób w państwie, bo samego premiera. Szef czeskiego rządu Andrej Babiš czerpie korzyści z europejskiej kasy jako uprzywilejowany właściciel koncernu Agrofert. A przecież jako uczestnik unijnych szczytów sam bierze udział w negocjowaniu budżetu i decyduje o tym, na co pójdą fundusze. W Parlamencie Europejskim powstał więc pomysł, by wykluczyć Babiša z rozmów o unijnych finansach, ale do tej pory sprawa nie drgnęła. A inni przywódcy unikają krytykowania swojego czeskiego kolegi. – Babiš twierdzi, że postępuje zgodnie z unijnymi zasadami i rządzone przez niego Czechy bronią tego stanowiska w Brukseli. Nawet jeśli Komisja Europejska zdecyduje się na spór z Babišem, na jego wynik będziemy musieli długo poczekać, bo najpewniej rozstrzygnie go dopiero Trybunał Sprawiedliwości UE. Taka prawna batalia może nawet potrwać dłużej, niż Babiš będzie premierem – zauważa Jiří Nádoba z czeskiego magazynu „Respekt”.
Podkreśla też, że nie tylko Unia pozostaje mało zaangażowana w walkę z nadużyciami. Obojętni wobec nich pozostają obywatele, którzy nierzadko w kolejnych wyborach udzielają skorumpowanym politykom kredytu zaufania. – Wśród Czechów dominuje przekonanie, że eurofundusze to nie są publiczne pieniądze – tłumaczy Nádoba.
Z kolei węgierski politolog Péter Krekó jest zdania, że opinia publiczna na Węgrzech nie tyle nie interesuje się korupcją, ile nie daje już wiary temu, iż walka z nią może być skuteczna. Organy ścigania są na to za słabe. Prokuratura generalna na Węgrzech nie rozpoczęła praktycznie żadnego postępowania w sprawach korupcyjnych, w których padają nazwiska przedstawicieli władzy. Gdyby przeprowadzono niezależne śledztwo, niewykluczone, że wielu członków obecnego rządu znalazłoby się w więzieniu. – Instytucje pełnią ważną funkcję w wyznaczaniu granic pomiędzy tym, co jest dozwolone, a co nie. Jeśli nie działają one dobrze w walce z korupcją albo nie działają wcale, nie można twierdzić, że opinia publiczna nie jest tym zainteresowana. Ona po prostu staje się bierna, bo uznaje, że nie ma sensu sprzeciwiać się nadużyciom. To jest właśnie przypadek Węgier. Korupcja nie ma tu dużego politycznego znaczenia, ponieważ brakuje instytucjonalnej odpowiedzi – uważa Péter Krekó.
Przewiduje jednak, że zdemoralizowanym politykom sytuację może mocno skomplikować recesja. – W kraju pozbawionym niezależnych organów ścigania cała nadzieja w mediach. Śledztwa dziennikarskie i prezentowanie ich wyników ludziom będą miały bardziej poważne konsekwencje w czasach kryzysu. Nie bez powodu Orbán szykuje kolejną pułapkę na wolność mediów na Węgrzech. On dobrze wie, że nadchodzą trudne czasy i próbuje się na to przygotować, tłamsząc niezależne głosy – prognozuje Krekó.
W ocenie węgierskiego politologa dobrym tego przykładem jest Rumunia i jej Krajowa Dyrekcja Antykorupcyjna (DNA) powołana w czasie, gdy kraj szykował się do wstąpienia do UE. Niezależna i prężnie działająca instytucja odniosła spektakularne sukcesy w ściganiu nadużyć finansowych, za które odpowiedzieli urzędnicy i politycy, nierzadko pierwszoplanowi – jak były premier Victor Ponta. W 2015 r. DNA zarzuciła mu m.in. pranie pieniędzy i unikanie płacenia podatków. – Za sprawą DNA korupcja stała się kwestią polityczną. Nadużycia władzy pojawiły się w debacie publicznej, a wyborcy widzieli, że przestępstwa władzy mają swoje konsekwencje – mówi politolog.

Naboje w skrzynce na listy

To, że skorumpowani politycy nie mogą się czuć wiecznie bezkarni, udowodnili niedawno Słowacy. Ich gniew doprowadził do politycznej zmiany, chociaż niekoniecznie w dobrym kierunku. Kiedy w 2018 r. zamordowano dziennikarza śledczego Jána Kuciaka i jego narzeczoną, ludzie powiedzieli „dość”. Doszło do największych w dziejach państwa protestów, a na prezydenta wybrana została prawniczka i aktywistka Zuzana Čaputová. W wyborach parlamentarnych na początku tego roku Słowacy także postawili na zmianę. Wygrał je biznesmen i inicjator happeningów Igor Matovič. Jego OĽaNO utworzyło rząd, do którego weszły jeszcze trzy inne partie, wszystkie o prawicowej proweniencji. – Naiwność i polityczny analfabetyzm wielu wyborców, którzy byli zmęczeni oligarchiczną pseudodemokracją stworzoną przez byłego premiera Roberta Fico (przywódca Smeru – red.), doprowadził do tego, że władzę przejęli niekompetentni populiści nie za wiele wiedzący o państwie i bez doświadczenia w walce z korupcją. Na dodatek do rządu weszły jeszcze ugrupowania prawicowe, których celem jest umacnianie Kościoła katolickiego i konserwatyzmu obyczajowego – tłumaczył słowacki dziennikarz śledczy Peter Sabo w czasie spotkania na temat eurofunduszy w krajach V4 zorganizowanego przez wiedeńskie forum dziennikarzy Fjum.
Dwa miesiące temu słowacka policja zatrzymała grupę mafijną zaangażowaną w kradzież dopłat bezpośrednich dla rolników. Na razie udowodniono jej zagarnięcie 10 mln euro, ale to nie koniec postępowania. – Przerażające jest to, że grupa ta stworzyła świetnie działający system i miała dojścia do każdego szczebla władze: od agentów bezpośrednio pracujących z rolnikami po urzędników w resorcie rolnictwa. Wszyscy byli opłacani – wyjaśnia słowacki dziennikarz. Peter Sabo kontynuuje w swojej pracy śledztwa niedokończone przez Kuciaka. O tym, z jak dużym wiąże się to niebezpieczeństwem, świadczy to, że ostatnio znalazł w swojej skrzynce na listy nabój do pistoletu.

Polska wyjątkowość

Problem nadużywania europejskich funduszy na masową skalę nigdy nie dotyczył Polski. Dlaczego? Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego uważa, że to dzięki silnym samorządom, które zarządzają pieniędzmi z UE. – Reforma samorządów przeprowadzona pod koniec lat 90. była przygotowywana z myślą o wydawaniu eurofunduszy. Chodziło o to, by przekazać je jak najniższemu szczeblowi władzy – przypomina ekspert. Lokalne elity dobrze je wykorzystały, widząc w tym szansę na zbudowanie kapitału politycznego.
Co oczywiście nie znaczy, że w Polsce korupcja nie istnieje. – Europejskie fundusze są jednak traktowane w wyjątkowy sposób, dzięki nim lokalni politycy mogą się prezentować jako ci, którzy przyciągnęli inwestycje i zrobili coś dobrego dla lokalnych społeczności – podkreśla Makowski. W naszym kraju nie ma też oligarchów na wzór innych krajów V4, bo wielkie przedsiębiorstwa z czasów komunistycznych pozostały państwowe. Politycy traktują je jak trofea, kierując tam do pracy za dobre pieniądze własnych, zasłużonych ludzi. Ale po zmianie władzy muszą ustąpić miejsca następnej ekipie. Kolejny powód, dla którego wydawanie pieniędzy UE nie jest u nas źródłem masowej korupcji, to silny system ich kontroli – silniejszy niż ten, który dotyczy wydatków budżetowych.
Co będzie dalej z unijnymi pieniędzmi? Kryzys wokół COVID-19 sprawił, że temat nadużyć finansowych znowu spadł z europejskiej agendy. Co prawda Unia wraca do rozmów na temat nowej siedmioletniej perspektywy budżetowej, ale priorytetem dzisiaj jest walka z gospodarczym spustoszeniem, jakie spowodował koronawirus. Chociaż teoretycznie trudno wyobrazić sobie lepszy moment do dyskusji o racjonalnym i praworządnym wydawaniu funduszy niż czas kryzysu.
Pod koniec roku do pracy mają ruszyć też unijni prokuratorzy. Nawet jeśli nie uda im się pociągnąć do odpowiedzialności eurooligarchów, to jest nadzieja, że defraudowanie pieniędzy z UE w przyszłości stanie się trudniejsze, a opinia publiczna o przestępstwach finansowych dowie się więcej.