Od czasu zamordowania Martina Luthera Kinga w 1968 r. w Ameryce nie było tak gwałtownej fali protestów i zamieszek na tle rasowym, jak po śmierci George’a Floyda
Reklama
Na kampusie uniwersytetu stanowego w moim 200-tysięcznym mieście na północy Kolorado we wtorek od rana gromadzą się setki ludzi, aby wziąć udział w marszu przeciwko przemocy i okazać poparcie dla ruchu Black Lives Matter (BLM). Choć wśród demonstrantów przeważa młodzież, to łatwo dostrzec też seniorów i rodziny z dziećmi, którzy próbują trzymać dystans od reszty manifestantów ze względu na trwającą pandemię. Formalnie wciąż obowiązują nas ograniczenia w ruchu i zakaz zgromadzeń większych niż 50 osób. Policjanci rozlokowani dyskretnie na obrzeżach parku nie wyrywają się jednak do interwencji. Tłum też wydaje się nastawiony pokojowo, napisy na transparentach to głównie hasła równości i solidarności z BLM. Tuż przed rozpoczęciem marszu wszyscy uczestnicy przyklękają i wyciągają przed siebie zaciśniętą pięść. Ten gest, będący symbolem wsparcia dla BLM, pojawił się w kulturze masowej w 2016 r. za sprawą gwiazdora futbolu Colina Kaepernicka, który na znak protestu przeciwko przemocy policji wobec Afroamerykanów zaczął przyklękać na jedno kolano w czasie odśpiewywania hymnu narodowego przed meczem.
Gdy ruszamy wyłączonymi z ruchu i obstawionymi patrolami ulicami, wyciągam legitymację prasową. Dziennikarz naszej lokalnej gazety „The Coloradoan”, który podobnie jak ja podąża za demonstrantami z aparatem fotograficznym na ramieniu, pokazuje mi uniesiony kciuk. Jak udowodniły wydarzenia ostatnich dni, praca reporterska stała się w Ameryce ryzykownym zajęciem. Przekonali się o tym podczas protestów na Brooklynie dziennikarze Fox News, na których spadły kamienie i koktajle Mołotowa. Można nawet zostać zatrzymanym – i to na wizji – jak przydarzyło się reporterom CNN w Minneapolis. A także doznać poważnego uszczerbku na zdrowiu, co spotkało dziennikarkę Lindę Tirado z Louisville w stanie Kentucky, którą gumowy pocisk z policyjnej strzelby trafił w lewe oko.

Eksplozja gniewu

Protesty i starcia z policją rozpoczęły się 26 maja w Minneapolis w stanie Minnesota, rodzinnym mieście Floyda i miejscu jego śmierci. 46-letni Afroamerykanin został zatrzymany przez policję pod zarzutem posługiwania się fałszywymi pieniędzmi. Sprawę zgłosił sprzedawca sklepu, w którym Floyd kupił papierosy. Mężczyzna nie stawiał oporu i nie był uzbrojony, a mimo to funkcjonariusze powalili go na ziemię. Jeden z policjantów, Derek Chauvin, przez niemal 9 minut dusił zatrzymanego kolanem, doprowadzając w końcu do zgonu. Do sieci wyciekły nagrania świadków, na których widać, że Floyd wielokrotnie błagał o litość i skarżył się, że nie może oddychać. Chauvin nie zwracał jednak na to uwagi.
Choć nikt nie próbował nawet bronić postawy policjanta – natychmiast zawieszono go w obowiązkach służbowych, a 29 maja postawiono mu zarzut morderstwa, za co grozi kara śmierci – Ameryka eksplodowała z gniewu. Wielu komentatorów uważa, że trwająca pandemia – paradoksalnie – mogła być katalizatorem tego wybuchu. Trudniejszy dostęp do opieki medycznej i gorsza kondycja zdrowotna Afroamerykanów sprawiły, że śmiertelność na skutek powikłań po zakażeniu koronawirusem jest w tej społeczności dużo wyższa niż w przypadku białych. Dla wielotysięcznych tłumów, które wyszły na ulice, Floyd stał się jednak przede wszystkim symbolem systemowej dyskryminacji i przemocy.
W ubiegły weekend aż w 140 miejscach policja odnotowała starcia z protestującymi, a nawet strzelaniny – amerykańscy cywile są bowiem dobrze uzbrojeni. W połowie tego tygodnia widać było już, że bilans wydarzeń będzie tragiczny, bo pokojowe demonstracje coraz częściej przeplatają się z aktami wandalizmu i innymi przestępstwami.
W miasteczku Walnut Creek na przedmieściach San Francisco szabrownicy przez roztrzaskane witryny centrum handlowego workami wynoszą zrabowane towary. Twierdzą, że robią w to imię sprawiedliwości ekonomicznej. W San Diego mieszkańcy dzielnicy La Mesa przechadzają się po zgliszczach dwóch spalonych podczas sobotnich protestów banków: oddziałów światowego giganta Chase oraz stanowego Union Bank. Ulice w dziesiątkach miast – w tym w Minneapolis, Louisville i Atlancie – wyglądają, jakby przeszedł przez nie front wojenny: widać wraki spalonych aut i pozostałości barykad wznoszonych z ulicznych ławek, znaków drogowych i fragmentów zdewastowanych budynków. Właściciele sklepów i restauracji, którzy po kilkutygodniowej przerwie z ulgą wracali do pracy, na szybko zabijają dziś deskami witryny, aby zdążyć zabezpieczyć je przed ewentualnymi rabusiami. Znajomy przesyła mi zdjęcia z nowojorskiego Soho i kalifornijskiej Santa Monica Boulevard z komentarzem, że oba popularne miejsca, dobrze znane z hollywoodzkich filmów, zmieniły się w „dyktovilles” – miasteczka z dykty.
Nie brak też zniszczonych świątyń i zabytków. W niedzielę wieczorem podpalony został historyczny kościół św. Jana w Waszyngtonie, usytuowany koło Białego Domu – narodowy skarb, który odwiedzali ojcowie założyciele i wszyscy kolejni prezydenci USA. Mury katedry św. Patryka na Manhattanie zdewastowano obraźliwym graffitti. Na wielu monumentach – głównie ku czci bohaterów Konfederacji – wymalowano hasła sprzeciwu wobec zabijania czarnoskórych Amerykanów. Ucierpiał także pomnik Tadeusza Kościuszki z parku Lafayette blisko Białego Domu. Jest w tym wiele ironii, bo Kościuszko, czczony w USA jako bohater wojny wyzwoleńczej z lat 1776–1777, przez wielu jest też uważany za prekursora ruchu Black Lives Matter. Był gorącym zwolennikiem abolicji i przed opuszczeniem USA przeznaczył część swojego majątku na wykupienie wolności grupie niewolników należących do Thomasa Jeffersona.

Ustawka z Biblią

Nie wiadomo jeszcze, ile dokładnie osób zginęło w starciach ulicznych, ale mówi się, że liczba ofiar sięga już kilkudziesięciu – łącznie po stronie protestujących i policji. Do tego aresztowano już ponad 2 tys. osób, kolejne tysiące trafiły do szpitala z powodu obrażeń – wśród nich dzieci. W poniedziałek w Seattle ofiarą ataku gazem pieprzowym padła kilkuletnia dziewczynka.
Władze miast ogarniętych rozruchami próbują opanować sytuację, m.in. wprowadzając godzinę policyjną. Obowiązuje ona już w kilkudziesięciu metropoliach w 24 stanach. W kilkunastu gubernatorzy sprowadzili na pomoc służbom porządkowym żołnierzy Gwardii Narodowej. Nałożenie ograniczeń w wychodzeniu z domów dowodzi tylko, jak poważna jest skala toczących się protestów. Nowojorczycy ostatni raz mieli do czynienia z godziną policyjną w 1943 r. (w związku z zamieszkami na tle rasowym w dzielnicy Harlem). Dla mieszkańców Denver w Kolorado, Atlanty w Georgii czy Sacramento w Kalifornii to sytuacja bez precedensu.
Gdy manifestacja w moim mieście oficjalnie dobiega końca, a z mównicy schodzi ostatnia aktywistka, nieoczekiwanie pojawia się tam komendant miejskiej policji Jeff Swoboda. Tłum zafalował, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Kilka osób szybko posyła w jego kierunku niewybredne wiązanki. – Jestem z wami, popieram ten protest, a wszystkich, którzy chcą dziś wieczorem pikietować pod moją komendą, serdecznie zapraszam. Proszę tylko, byśmy zachowali spokój i wzajemny szacunek – mówi policjant, aby za chwilę przybijać piątkę z uczestnikami marszu.
Reakcje wielu lokalnych funkcjonariuszy i polityków rażąco kontrastują z postawą prezydenta. Po fali zamieszek w ubiegły weekend Trump ukrył się w bunkrze pod Białym Domem, co nie utrudniało mu jednak wysyłania obraźliwych dla Afroamerykanów tweetów. Protestujących sprowadzał w nich do bandy złodziei i kryminalistów, a mediujących z nimi burmistrzów i gubernatorów nazwał mięczakami, którze nie umieją wziąć całego towarzystwa za twarz i – jeśli jest taka potrzeba – z pomocą wojska przywrócić na ulicach spokój i porządek. Gdy w poniedziałek wieczorem wybierał się do kościoła św. Jana, najpierw wysłał żołnierzy, by gazem i granatami hukowymi oczyścili mu ścieżkę z uczestników pokojowego marszu. Celem wizyty w świątyni nie była zresztą modlitwa, ale... sesja zdjęciowa z Biblią w dłoni. Chociaż nieodpowiedzialne przywództwo w czasie pandemii skompromitowało go nawet w oczach wielu jego dotychczasowych zwolenników, nie wykorzystał okazji, by poprawić swój wizerunek i notowania.
Nikt nie ma dziś prostej recepty, jak naprawić relacje rasowe w USA. Czy należałoby wprowadzić sztywne parytety rasowe we wszystkich dziedzinach życia – nawet jeśli kłóci się to z amerykańskim credo: dochodzenia do celu wyłącznie dzięki własnej, uczciwej pracy? Czy pomogłyby reparacje za niewolnictwo? Czarnoskóry celebryta, szef stacji telewizyjnej Black Entertainment Television Robert Johnson powiedział ostatnio, że suma, jaką biała Ameryka powinna wypłacić czarnej społeczności w ramach zadośćuczynienia, to 14 bln dol. A obecne protesty są najlepszym dowodem na to, że nie można z tym dłużej czekać.
Frederick Gooding, socjolog i historyk afroamerykański z Texas Christian University w Fort Worth, podkreśla jednak, że żądania finansowe nie są sednem tych demonstracji. – Za każdym razem, gdy ludzie protestują przeciwko niesprawiedliwości społecznej i rasowej, nasi przywódcy w pierwszej kolejności koncentrują się na zniszczeniu mienia, co, niestety, zwykle towarzyszy tego typu zamieszkom. A powinniśmy odwrócić to myślenie, skupić się na osobie, którą zniszczono, bo traktowano ją jako czyjeś mienie. Gdy człowiek cierpi, nie chce słuchać niczyich rad, jak ma sobie z tym radzić. Trzeba zacząć od bardzo prostej rzeczy: słuchania się nawzajem w atmosferze, w której każdy czuje się bezpieczny, by wyrazić swoje zdanie – mówi mi prof. Gooding.