Chiny powinny zdominować świat już dawno temu. Ale choć miały odpowiedni potencjał, nigdy im się to nie udało.
Magazyn DGP 24 maja / Dziennik Gazeta Prawna
Defetyzm, jaki panuje w zachodnich mediach, poraża. Ująć go można w jednym zdaniu: kraje Zachodu są skazane na ekonomiczną, a w konsekwencji polityczną dominację Chin. Opinia ta powielana jest również w Polsce.
Reklama
Ekspansja ekonomiczna Państwa Środka przytłacza rozmachem. Z biednego, zacofanego kraju Chiny w ciągu życia jednego pokolenia stały się drugą gospodarką świata. Jeśli utrzymają tempo wzrostu, w ciągu kolejnej dekady wyprzedzą Stany Zjednoczone. Wysiłki prezydenta Donalda Trumpa, żeby odwrócić ten trend, postrzegane są jak przedłużanie agonii.
Zachód nie bierze jednak pod uwagę, że Chiny powinny zdominować świat już 700 lat temu, ponieważ miały wszelkie narzędzia, by tego dokonać. Tymczasem sztuka ta udała się raczej małym europejskim państwom, a potem Stanom Zjednoczonym. W tym samym czasie o wiele potężniejsze ekonomicznie Państwo Środka doświadczało bolesnych upadków, w dużej mierze na własne życzenie. Nawet dziś decyzja Google’a o zerwaniu współpracy z firmą Huawei pokazuje, jak bolesne ciosy może zadać w gospodarczej rozgrywce Ameryka.

Reklama

Zamiast Kolumba

Niewiele brakowało, by epokę wielkich odkryć geograficznych rozpoczęli Chińczycy: kilkadziesiąt lat przed początkiem morskiej ekspansji Portugalii i prawie wiek przed wyprawą Kolumba. W lipcu 1405 r. z portu w Suzhou wypłynęło na wyprawę 317 ogromnych okrętów, zwanych baochuanami („statkami skarbowymi”), wioząc na swych pokładach ponad 27 tys. pasażerów, wśród nich uczonych, kupców oraz urzędników cesarza Yongle. Dowodzący wprawą admirał Zheng He otrzymał zadanie dotarcia na krańce znanego świata i wytyczenia nowych szlaków handlowych. Cesarz Yongle podbił już Mongolię i Wietnam, lecz większe szanse na pomnożenie bogactw dawała ekspansja ekonomiczna.
Pierwsza wyprawa Zheng He dowiodła, iż nie będzie to takie trudne. W każdym porcie, od Jawy i Sumatry po indyjskie miasto Kalikat (obecnie Kozhikode), chińska flota robiła piorunujące wrażenie. Zza horyzontu wyłaniał się las wysokich na 30 m masztów i purpurowych żagli, a potem oczom tubylców ukazywały się długie na ponad 100 m okręty. Z każdego sterczały lufy dział i moździerzy, a na pokładzie tkwił uzbrojony po zęby oddział wojska. Nic dziwnego, że zaproszeni na pokład admiralskiego okrętu miejscowi przywódcy od razu godzili się na zaproponowane umowy handlowe oraz uiszczanie corocznej daniny Pekinowi. Wielka flota odbyła siedem wypraw, docierając aż do cieśniny Ormuz, wschodniego wybrzeża Afryki oraz Mekki.
Bez stoczenia choćby jednej bitwy Zheng He wymusił zgodę na współpracę gospodarczą na władcach ponad 30 państw. W dekrecie z 1409 r. cesarz Yongle obiecywał, że jego admirał wraz z flotą będą tak działać, aby „powstrzymując siebie i dyscyplinując innych, nie łamać zasad, nie być tyranem dla mniejszych i słabszych. Niech wszyscy cieszą się szczęściem pokoju”. W tym czasie Europa tkwiła w marazmie, a jej rozwój gospodarczy dusiła deflacja spowodowana brakiem szlachetnych kruszców do bicia monet oraz odcięciem od azjatyckich rynków przez Turków.
Cesarz rozbudował flotę oceaniczną do 2 tys. jednostek, nie brakowało też środków na poszerzanie strefy wpływów. Jednak po śmierci Yongle admirał Zheng He popadł w niełaskę, a dwór zdecydował, że priorytetem będą nie wyprawy morskie, lecz dalsze podboje na kontynencie azjatyckim. Przerwała je klęska w bitwie z Mongołami w 1449 r. Po niej w Państwie Środka zapanowały skrajnie izolacjonistyczne nastroje. Zamknięto wszystkie zagraniczne przedstawicielstwa, pod groźbą kary śmierci zakazano handlu i kontaktów z obcymi. Oceaniczną flotę po prostu zlikwidowano, a dokumenty związane z wyprawami admirała Zheng He zostały zniszczone. W pośpiechu kończono zaś budowę Wielkiego Muru, żeby się za nim ukryć. „Z wojskowego punktu widzenia był to, jak się okazało, pusty gest, za to wymowny wyraz mentalności oblężonej twierdzy” – pisze John King Fairbank w monografii „Historia Chin. Nowe spojrzenie”.
Tymczasem jesienią 1492 r. wraz z 90 marynarzami wyruszył w nieznane Krzysztof Kolumb. Płynęli trzema stateczkami, z których największy, Santa María, miał 21 m długości, a wyporności ok. 100 ton. Każdy z setek oceanicznych baochuanów o wyporności 3 tys. ton był od niej 30 razy większy. Podobnie przedstawiały się proporcje siły ekonomicznej i demograficznej między całą Europą a Chinami. A jednak to Stary Kontynent nie zawahał się przed ruszeniem na podbój nieznanego świata.

Druga szansa

Schowanie się za Wielkim Murem nie ocaliło dynastii Ming. Po drugiej stronie wielkiej budowli zjednoczone plemiona Mandżurów stworzyły państwo zdolne najpierw podbić Mongolię i Koreę, a potem najechać Chiny, dając początek dynastii Qing. Władała ona Państwem Środka aż do XX w. Gdy ok. 1650 r. hiszpańscy i portugalscy konkwistadorzy kończyli podbój Ameryki Południowej, w Ameryce Północnej powstawały europejskie osady, a morska droga do Indii została dla mieszkańców Starego Kontynentu otwarta, Chiny dopiero odzyskiwały siły. Mandżurowie błyskawicznie się zasymilowali, przejmując kulturę, zwyczaje i przepisy prawne obowiązujące w podbitym przez nich kraju. Co więcej, tchnęli weń nowego ducha. „Jedwabny Szlak łączył Państwo Środka z Azją Środkową, Bliskim Wschodem i basenem Morza Śródziemnego, żeglarze i kupcy zaś docierali do południowo-wschodniej Azji, Indii i Afryki. Jednocześnie Chiny wierzyły w swoją wyjątkowość, a ekspansja cesarstwa za panowania Trzech Wielkich Cesarzy z mandżurskiego rodu Qing w latach 1661‒1795 wyznaczała okres największego i niekwestionowanego rozkwitu” – zauważa Jonathan Fenby w monografii „Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi”.
Za sprawą podbojów cesarstwo rozrosło się do obszaru prawie 10 mln km kw., co zmusiło władze do budowy tysięcy kilometrów utwardzonych dróg. To zaś pozwalało zwielokrotnić wymianę handlową w obrębie kraju i przyniosło rozkwit rzemiosła, rolnictwa oraz zwielokrotniało obrót gotówką. Pod koniec XVIII w., wedle obliczeń angielskiego ekonomisty i historyka gospodarczego Angusa Maddisona, Chiny wytwarzały ok. 29 proc. światowego PKB (dziś to niespełna 20 proc.). Wzrostowi gospodarczemu towarzyszył równie szybki przyrost ludności. Kiedy dynastia Qing zaczynała rządy, miała pod swą władzą ok. 150 mln poddanych. Na początku XIX w. cesarskie Chiny zamieszkiwało już 450 mln ludzi. Wszystkie państwa europejskie posiadały wówczas łącznie ok. 260 mln mieszkańców. Państwo Środka górowało nad Starym Kontynentem również na niwie administracyjnej. Wolę cesarzy wcielało w życie ok. 40 tys. urzędników wyższej rangi, potocznie zwanych mandarynami. Zarządzali oni urzędami w 18 prowincjach dzielących się na prawie 1,3 tys. dystryktów. Ich bezpośrednie rozkazy wykonywała armia ponad miliona lokalnych urzędników, którzy nadzorowali życie każdego Chińczyka. Wszyscy musieli przestrzegać reguł narzucających obowiązek szacunku i posłuszeństwa wobec starszych, czyli także przełożonych, prawości, skromności, wierności, oddania służbie.
Ten trwały porządek umacniał Chińczyków w poczuciu wyższości nad resztą świata. Boleśnie dawano to odczuć lordowi George’owi Macartneyowi, pierwszemu ambasadorowi Wielkiej Brytanii w Pekinie. Szczególnie na początku jego misji w 1792 r., gdy przed oblicze cesarza Qianlonga przyprowadził poselstwo zorganizowane przez podbijającą Daleki Wschód dla brytyjskiego imperium Kompanię Wschodnioindyjską. Władca łaskawie udzielił audiencji grupie ponad 100 naukowców, artystów, kupców i dyplomatów. Wysłuchał propozycji nawiązania bliskich relacji handlowych i obniżenia stawek celnych oraz wspólnej budowy światowego ładu. Po czym oświadczył jedynie, że Brytyjczycy niczego mu nie mogą zaoferować, bo „nie ma rzeczy, której byśmy nie posiadali”. Kilka miesięcy później lord Macartney otrzymał od cesarza nakaz zamknięcia brytyjskiej ambasady i niezwłocznego opuszczenia terytorium Chin. W raporcie, jaki po powrocie do Londynu przedłożył rządowi, zapisał proroczo: „Cesarstwo chińskie jest jak stary, wariacki, flagowy okręt wojenny. Przez te ostatnie 150 lat kolejni uzdolnieni i czujni dygnitarze szczęśliwie zdołali utrzymać go na powierzchni, onieśmielając sąsiadów samymi tylko gabarytami oraz faktem istnienia. Kiedy jednak za sterami zasiądzie pewnego dnia niewłaściwy człowiek – biada porządkowi na pokładzie, biada bezpieczeństwu statku”.

Biurokratyczna kleptokracja

Chiny, jakie zobaczył lord Macartney, trawiło kilka poważnych chorób, które łatwiej dostrzegał przybysz z zewnątrz. Nieprzebrane rzesze urzędników nadzorowały wszelką aktywność obywateli, ściągając podatki od każdej czynności związanej z obrotem towarami lub gotówką. To sprzyjało masowemu korumpowaniu aparatu państwa, bo jeśli jakieś przedsięwzięcie miało przynieść zysk, należało sobie zapewnić przychylność lokalnych przedstawicieli władzy. „Namiestnik w każdym dystrykcie był kluczowym przedstawicielem administracji, skupiając w swoim ręku kompetencje burmistrza, szeryfa, sędziego, śledczego, poborcy podatkowego, geodety, naczelnika więzienia, urzędnika stanu cywilnego, organizatora cesarskich inspekcji i komornika” – wylicza Fenby. Miał więc de facto władzę absolutną, którą delegował na podporządkowanych sobie urzędników. Sam odpowiadał jedynie przed namiestnikiem prowincji oraz cesarzem i wspomagającą go Wielką Radą. Jednak ci mieli marne szanse, by skutecznie nadzorować 1,3 tys. dystryktów. Zwłaszcza że istniał jeszcze cesarski dwór ukryty w Zakazanym Mieście. „Po korytarzach i w ciemnościach Zakazanego Miasta snuło się kilka tysięcy eunuchów, słynących z nieustannych knowań” – pisze Jonathan Fenby.
Degenerację państwa potęgował nawrót do izolacjonizmu. Pojawienie się na Dalekim Wschodzie kompanii handlowych reprezentujących gospodarcze interesy Wielkiej Brytanii, Francji oraz Holandii bardzo zaniepokoiło Pekin. Chcąc zablokować im możność ekspansji na terytorium Państwa Środka, cesarskim dekretem z 1759 r. nakazano, by jedynym portowym miastem, gdzie wolno było robić interesy z Europejczykami oraz im przebywać, stał się Kanton. Jednocześnie chińskich kupców objęto obowiązkiem posiadania państwowej koncesji zezwalającej na kontakty z kompaniami handlowymi. Musieli oni zostać członkami jednej gildii i godzić się na stały nadzór cesarskiego inspektora. Ten nie tylko kontrolował, ale też ściągał cło. Opłacało się więc go korumpować. Przyglądający się chińskim realiom lord Macartney w raporcie z 1794 r. zaproponował rządowi Wielkiej Brytanii rozpoczęcie działań mających zdestabilizować Państwo Środka. Nawet jeśli niosło to ze sobą ryzyko obalenia istniejących porządków. „Rozpad potęgi Chin (mało prawdopodobne zdarzenie) spowodowałby całkowity przewrót w handlu, nie tylko w Azji, ale i bardzo radykalną zmianę w innych częściach świata. Przemysł i przedsiębiorczość Chińczyków byłyby poddane presji i osłabione, lecz nie zostałyby unicestwione. Natomiast porty nie byłyby już zabarykadowane, otwierając się na kontakty z wszystkimi narodami handlowymi, które szukałyby rynku” – prorokował lord. Dodając, że „Wielka Brytania, z racji swojego bogactwa, geniuszu i ducha swego ludu, staje się pierwszą polityczną, morską i handlową potęgą na świecie, rozsądne jest myślenie, że odniosłaby największy zysk dzięki takiej rewolucji, o jakiej wspomniałem, i przewyższyła każdego konkurenta”.

Brytyjczycy nadciągają

„Za panowania następnego władcy Jiaqinga, który wstąpił na tron w 1796 r., Państwo Środka zostało nawiedzone przez liczne klęski żywiołowe, zaś zamieszki na wsi wkrótce jęły ogarniać coraz szersze połacie kraju” – opisuje Jonathan Fenby. Od tysiącleci Chińczycy niezmiennie wierzą, że kataklizmy przyrodnicze zwiastują nadejście wielkich wstrząsów politycznych. Pojawieniu się takowych sprzyjało szybko rosnące rozwarstwienie społeczne. „Zamożni wzajemnie prześcigają się w wystawności i obnoszą ze swoim przepychem, gdy tymczasem ubodzy wpędzają się nawzajem do grobów” – opisywał XIX-wieczny poeta i myśliciel Gong Zizhen.
W 1813 r. rebelianci z prowincji niemal zdobyli Pekin. Bunt został stłumiony, lecz z osłabienia władzy cesarskiej natychmiast skorzystali Brytyjczycy, rozkręcając eksport opium z Indii do Chin za pośrednictwem portu w Kantonie. Płacili nim za wszelkie towary dostarczane przez chińskich przedsiębiorców. Ci chętnie godzili się na taki biznes, bo narkotyk cieszył się ogromną popularnością wśród zwykłych ludzi. Jego dystrybucja przynosiła więc krociowe zyski. Opium w rękach Brytyjczyków okazywało się śmiertelnie niebezpieczną bronią, zdolną rozmontować Państwo Środka. Dzięki niemu otrzymywali cenne wyroby rzemieślnicze, porcelanę, jedwab i herbatę dosłownie za grosze. Jednocześnie korumpowano administrację państwową, wiązano trwale z brytyjskim interesem chińskich kupców i przedsiębiorców, uzależniano od regularnych dostaw miliony konsumentów.
Interes kręcił się tak znakomicie, że władze centralne zupełnie ignorowały zagrożenie. Cesarz Daoguang przez 19 lat panowania niespecjalnie się nim przejmował. Dopiero gigantyczny deficyt w handlu zagranicznym i znikanie z obiegu srebrnych monet, którymi chińscy importerzy płacili za opium, gdy brakowało towarów na wymianę, zmusiło władcę do działania. Na jego polecenie w marcu 1839 r. urzędnicy zarekwirowali i zniszczyli zapasy opium należące do Brytyjczyków i Amerykanów. Reakcja Londynu nastąpiła z opóźnieniem, ale była bardzo zdecydowana. Złożona z 20 okrętów wojennych armada pojawiła się na początku 1840 r. u wybrzeży Chin i zaczęła sukcesywnie zatapiać statki handlowe. Następnie liczący 4 tys. żołnierzy korpus ekspedycyjny zajął Kanton. Cesarska armia kontratakowała, ale pomimo miażdżącej przewagi liczebnej ponosiła klęskę za klęską. Bojąc się totalnej kompromitacji, cesarz przystał na rokowania. Podpisany w 1842 r. w Nankinie traktat oddawał Brytyjczykom na własność Hongkong oraz otwierał na wolny handel porty w Kantonie, Fuzhou, Ningbo i Szanghaju. Pekin anulował też zakaz sprzedaży opium, wyłączył obywateli brytyjskich spod lokalnej jurysdykcji sądowej, a nawet przystał na wypłatę olbrzymiego odszkodowania za poniesione straty. Wtedy dla cesarza większym od ekspansji zachodnich mocarstw problemem było utrzymanie się na tronie.

Przybywają Amerykanie

„Wielki i dobry przyjacielu. Mam nadzieję, że jesteś przy dobrym zdrowiu. Chiny są wielkim imperium rozciągającym się na wielkim obszarze ziemskim. Chińczycy są liczni. Masz miliony i miliony poddanych. Wschodzące słońce spogląda na wielkie góry i wielkie rzeki Chin. Kiedy zachodzi, spogląda na rzeki i góry równie wielkie w Stanach Zjednoczonych” – pisał jesienią 1842 r. prezydent USA John Tyler do cesarza Chin. Już sam sposób prowadzenia narracji wskazywał, że do adresata nie odnosił się zbyt poważnie, lecz interesy gospodarcze traktował śmiertelnie serio. Dlatego wiozącemu do Pekinu list kongresmenowi z Massachusetts Calebowi Cushingowi towarzyszyła liczna delegacja, a co ważniejsze, popłynęła ona na czterech okrętach wojennych. Amerykański konsul od dawna słał do Waszyngtonu alarmujące pisma, że jeśli w Państwie Środka amerykańscy kupcy nie otrzymają tych samych przywilejów, co Brytyjczycy, to zostaną wypchnięci z największego rynku świata. Dlatego Cushing otrzymał polecenie wynegocjowania traktatu analogicznego do tego, jaki podpisano w Nankinie. W razie odmowy cesarza miał użyć siły. Wystarczyły groźby i w lipcu 1844 r. zawarto układ gwarantujący amerykańskim biznesmenom analogiczne przywileje, co brytyjskim, dzięki czemu z równie wielkim zaangażowaniem mogli się zająć handlem opium.
Ten fakt nie umknął Francji i Rosji, które wkrótce dołączyły do wyścigu o ekspansję ekonomiczną w głąb lądu. Pod koniec XIX w. o swój kawałek Państwa Środka upomniały się też Niemcy. Tymczasem opór stawiany przez Chińczyków był bardzo słaby. Cesarz Xianfeng okazał się władcą jeszcze bardziej nieudolnym od swego ojca Daoguanga i wobec zachodnich mocarstw pozostawał bezradny. W pełni stało się to widoczne jesienią 1856 r., gdy cesarscy urzędnicy zatrzymali przemytniczy statek Arrow. Pech chciał, że zarejestrowano go w Hongkongu jako jednostkę brytyjską. Przedstawicielstwo Zjednoczonego Królestwa zażądało zwrotu własności i rekompensaty za szkody. Na wieść o tym w Kantonie wybuchły zamieszki. Zwykli Chińczycy, mający dość bezczelnych przybyszy z Europy, zaczęli podpalać ich domy. Po stłumieniu buntu Wielka Brytania i Francja rozpoczęły działania odwetowe. Drugą wojnę opiumową zakończyło cztery lata później przerzucenie przez Royal Navy w okolice miasta Tianjin brytyjsko-francuskiego korpusu ekspedycyjnego, który po opanowaniu tamtejszej twierdzy ruszył na Pekin. Przerażony cesarz ewakuował się aż do Mandżurii. Po opanowaniu stolicy Brytyjczycy w odwecie spalili cesarski Pałac Letni.
Zaledwie 60 lat wcześniej Chiny były najbogatszym, najludniejszym, najnowocześniejszym krajem świata. Po zderzeniu z rzutkimi i elastycznymi państwami europejskimi, za sprawą wewnętrznych słabości, spadły do roli kolonizowanego wasala, pogrążając się w biedzie i zacofaniu. Wstawanie z kolan zajęło Państwu Środka następne 100 lat.
Schowanie się za Wielkim Murem nie ocaliło dynastii Ming. Zjednoczone plemiona Mandżurów stworzyły państwo zdolne najpierw podbić Mongolię i Koreę, a potem najechać Chiny, dając początek dynastii Qing. Władała ona Państwem Środka aż do XX w.