- Abris w zobowiązaniach inwestorskich miał wpisane, że przed zmianą prezesa dokona konsultacji z nadzorem. Ich zachowanie było jeszcze jednym dowodem, że po prostu nie nadawali się do tego, by być właścicielem instytucji finansowej - mówi w wywiadzie dla DGP Andrzej Jakubiak, w latach 2011–2016 przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.
Pana decyzja spowodowała, że musimy teraz zapłacić ponad 700 mln zł odszkodowania na rzecz Abrisu.
To była decyzja nie moja, ale Komisji Nadzoru Finansowego, a więc ciała kolegialnego, którego byłem przewodniczącym. Komisja w tej sprawie wypowiadała się aż trzykrotnie i za każdym razem w ten sam sposób: zakazując spółkom Abris wykonywania prawa głosu z akcji FM Banku oraz nakazując ich sprzedaż. Tak, to prawda, za każdym razem głosowałem za. W październiku 2016 r. WSA w Warszawie uznał te decyzje za słuszne i zgodne z prawem.
Reklama
Dziś też bym zagłosował tak jak w 2014 r. Afera GetBacku, którego Abris był przez rok jedynym akcjonariuszem, a przez kolejny posiadał 60 proc. akcji, tylko potwierdza, że była to decyzja ze wszech miar słuszna.
Dla mnie jest niewyobrażalne, żeby akcjonariusz nie poczuwał się do żadnego obowiązku wobec tych wszystkich oszukanych posiadaczy obligacji i akcjonariuszy mniejszościowych GetBacku: jest ponad 2 mld zł wierzytelności, a Abris mówi, że też został oszukany. Czy tak postępuje podmiot, który chce być uznawany na rynku finansowym za wiarygodny? Nie mam wątpliwości, że nie. Niech pokryją choć część roszczeń posiadaczy obligacji GetBacku. Tak, aby otrzymali oni nie 25 proc. ich wartości, ale np. 60 proc.

Reklama
Minister Zbigniew Ziobro wiąże raczej sprawę Abrisu i FM Banku ze SKOK Wołomin. W obu przypadkach ma zastrzeżenia do działania KNF pod pana kierownictwem.
Kiedy patrzę na kolejne aresztowania i wypowiedzi ministra Ziobry, który tak emocjonalnie wypowiada się o mojej i Wojciecha Kwaśniaka odpowiedzialności w tej sprawie, to dziwi mnie, dlaczego jego i prokuratury nie interesuje, jaka była rola akcjonariusza i rady nadzorczej w sprawie GetBacku. Co z ładem korporacyjnym, skoro spółka, która była warta 850 mln zł, po dwóch latach praktycznie jest bankrutem? Podobno po objęciu akcji przez Abris w czerwcu 2016 r. w spółce został zniesiony obowiązek uzyskiwania zgody rady nadzorczej na zaciągnięcie zobowiązania przekraczającego kwotę 5 mln zł. Kto wyrażał zgodę na publiczną emisję obligacji i akcji, popierając składanie stosownych wniosków do KNF? Jaki akcjonariusz strategiczny jest pierwszy do tego, żeby sprzedawać akcje, jak stało się przy okazji wejścia GetBacku na giełdę? Pamiętajmy, że są zobowiązania spółki z tytułu obligacji, ale jest też grupa inwestorów, którzy kupowali akcje w ofercie publicznej po 19 zł. Ile te akcje są warte dziś? Dla dynamicznego rozwoju GetBacku (a taki Abris co najmniej musiał akceptować) potrzeba było nowego kapitału. A Abris sprzedał latem 2017 r. akcje za ponad 300 mln zł. Po wybuchu afery należało ratować GetBack przez jego dokapitalizowanie. Podstawowym obowiązkiem inwestora jest, żeby wspierać taki scenariusz. A nie mówić, że jeśli znajdzie się dobry nabywca, to możemy sprzedać firmę.
Biorąc pod uwagę to wszystko, co dzieje się dzisiaj, to jest to dla mnie gorzka satysfakcja.
Mówmy jednak o sprawie FM Banku. Ona zaczęła się w 2013 r. właściwie od kwestii ambicjonalnych: Abris chciał zmienić prezesa i zamiast poinformować najpierw nadzór, poszedł z tym do prasy. Wy nie zgodziliście się na tego prezesa, a skończyło się na wymuszeniu sprzedaży banku.
To nie tak. Zmiana personalna, o której pan mówi, miała miejsce miesiąc po zatwierdzeniu programu naprawczego tego banku, gdzie niejako w pakiecie zgodziliśmy się również na poprzedniego prezesa. Zrobiliśmy to po bardzo długich dyskusjach. To ten prezes przygotował program, to po rozmowach pomiędzy urzędem i kierowanym przez niego bankiem ten program został przyjęty. I to on ponosił odpowiedzialność za jego realizację. A kilka tygodni później się okazało, że prezesem ma być ktoś inny.
Nie byle kto. Sławomir Lachowski ma opinię jednego z najlepszych bankowców w kraju.
Nie chodzi o nazwisko, tylko o to, że powołanie zostało dokonane, a Abris w zobowiązaniach inwestorskich miał wpisane to, że przed zmianą prezesa dokona konsultacji z nadzorem. Ich zachowanie było jeszcze jednym dowodem, że oni po prostu nie nadawali się do tego, by być właścicielem instytucji finansowej. My mieliśmy z nimi już wcześniejsze doświadczenie: próbowali kupić BPH TFI, które było sprzedawane przez grupę GE Capital. I wówczas mieli problem z przedstawieniem dokumentów potwierdzających, że pieniądze na transakcję nie pochodzą niewiadomego źródła.
Doprowadziliście do wywłaszczenia inwestora. Czy tak surowa sankcja była uzasadniona?
Komisja Nadzoru Finansowego nie wywłaszczyła Abrisu z jakichkolwiek akcji – to kolejny slogan upowszechniany w celu wprowadzenia szerokiej publiczności w błąd. Komisja jedynie nakazała sprzedaż akcji. Podkreślę jeszcze raz: to Abris decydował samodzielnie, czy, komu i na jakich warunkach akcje banku zostaną sprzedane. KNF nie miała i nie ma uprawnienia do wywłaszczania kogokolwiek.
Uważam, że dzięki naszym działaniom uniknęliśmy katastrofy. Jeśli popatrzymy na wyniki FM Banku z lat 2014–2016, czyli z okresu rok przed i dwa lata po wyjściu Abrisu, to bank na koniec 2015 r. wykazał stratę ciągnioną w kwocie 186 mln zł, następnym roku strata wyniosła dodatkowe 77 mln zł, głównie z powodu rezerw zawiązanych na wcześniej udzielone kredyty. Wszystko to przy kapitałach wynoszących ok. 350 mln zł, jeszcze przed dokapitalizowaniem w 2015 r. przez nowego akcjonariusza.
Nowy właściciel zawsze zaczyna od czyszczenia bilansu: tworzy rezerwy, co obniża wynik.
Ale jak słaba musiała być sytuacja tego banku, że czyszczenie bilansu tyle trwało. Przypomnę tylko, że wartość depozytów dochodziła tam do 2,8 mld zł. Teraz prokuratura stawia nam zarzuty, za rzekomą opieszałość przy SKOK Wołomin, gdzie było 2,2 mld zł depozytów, a postępowanie o ustanowienie zarządcy komisarycznego trwało półtora roku.
Skończyło się tak, że główny właściciel nie mógł wykonywać prawa do głosu z akcji na walnym zgromadzeniu i dostał nakaz sprzedaży banku.
To pewien skrót myślowy. Nie musieli tego robić. Mogli poczekać na wprowadzenie przez KNF zarządu komisarycznego. Tę decyzję też mogli zaskarżyć do WSA.
To nie KNF prowadziła przecież negocjacje. Podkreślę: to Abris wybrał inwestora i negocjował zarówno cenę, jak i warunki sprzedaży. W due diligence FM Banku był węgierski OTP, był Alior Bank, były inne fundusze private equity. Jakoś ostatecznie wszyscy się wycofali i został tylko AnaCap, który jest akcjonariuszem do dziś. To zresztą podważa tezę, że my podobno nie lubiliśmy funduszy private equity. AnaCap to przecież właśnie taki fundusz.
Skutek jest jednak taki, że sprawę przed trybunałem w Sztokholmie przegraliśmy.
Ja się temu dziwię. Zwłaszcza po wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że wewnątrzunijne umowy o ochronie inwestycji – jak ta z Luksemburgiem, która była podstawą pozwu Abrisu – nie mają zastosowania. To absolutnie powinno być wykorzystane w kasacji. Polskie prawo bankowe w tym zakresie jest zgodne z prawem europejskim. I dlatego uważam, że nie powinniśmy nic płacić. Mam nadzieję, że minister Ziobro, który tak chętnie wypowiada się w dotyczących mnie sprawach, zechce wesprzeć Prokuratorię Generalną w tej sprawie. Żeby nikt nie mógł powiedzieć, że procedura nie została do końca wykorzystana i trzeba płacić owe 650 mln.
Czy pan zeznawał w arbitrażu?
Nie. Nikt nie chciał mnie wysłuchać. Zeznawali Wojciech Kwaśniak i jeszcze dwie–trzy inne osoby z KNF. Dzisiaj też żadna z instytucji państwowych prowadzących sprawę, ani nie prosi mnie o informacje czy wsparcie, ani nie informuje o tym, co się dzieje w sprawie.
Mówi pan, że minister Ziobro chętnie się wypowiada na pana temat. Chodzi o sprawę SKOK Wołomin. Czy dziś po kilku latach nie ma pan wrażenia, że wtedy można było jednak działać szybciej?
Przede wszystkim chcę zwrócić uwagę, że sąd zdecydował, że zatrzymanie było niezasadne, a wszystkie środki zapobiegawcze, o jakie wnosiła prokuratura, nie mają uzasadnienia. Ani ja, ani mój pełnomocnik nie wiemy, co jest w aktach mojej sprawy – nie zostaliśmy do nich dopuszczeni. Ale decyzja sądu z ubiegłego tygodnia to już jest jakaś ocena tego, co w tych aktach jest. I najwyraźniej jest to ocena korzystna – dla mnie i moich współpracowników z KNF.
Wróćmy do tempa waszych prac w sprawie SKOK Wołomin.
Nie mam sobie nic do zarzucenia. Tam na papierze wszystko wyglądało w porządku. Nie było tam sytuacji, jak w niektórych kasach, że np. przez trzy lata notowane były wysokie straty, które zgodnie z uchwałami zgromadzeń udziałowców miały być pokrywane przyszłymi zyskami. Tam były np. wyceny rzeczoznawców, których my wtedy nie mieliśmy prawa podważyć. Potrzebna nam była współpraca prokuratury. Gdyby – jak chcieliśmy – warszawska prokuratura zebrała sprawy z Białegostoku, Gorzowa, itd., to może dowodami na nieprawidłowości dysponowalibyśmy szybciej. Zarząd komisaryczny wprowadziliśmy zaraz po tym, jak dostaliśmy takie dowody z Gorzowa. Ja osobiście obdzwaniałem te prokuratury, ale były opóźnienia spowodowane choćby tym, że prokurator przez miesiąc była na urlopie. W sprawie SKOK Wołomin aresztowania są dokonywane do dziś. Są też takie SKOK-i, gdzie procedura administracyjna w sprawie ustanowienia zarządcy komisarycznego do dziś nie została zakończona, mimo że postępowania zostały wszczęte w 2013 lub 2014 r.