Dopiero co miniony, pierwszy miesiąc roku podwójnych wyborów przyniósł wydarzenia dramatyczne i burzliwe, mogące istotnie wpłynąć na wyniki głosowań, a tym samym na długoletnią przyszłość kraju. Wiadomo, że nie będą to wybory rutynowe, decydujące jedynie o tym, która partia przejmie rządy na kolejną kadencję, lecz przesądzające o kształcie państwa i jego systemu politycznego, społecznego i ekonomicznego.
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Chłodne dywagowanie, kto odniesie korzyści, a kto polityczne straty w wyniku zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, byłoby niegodziwością i uwłaczało pamięci zamordowanego. Ale każdy mord polityczny ma polityczne konsekwencje, które można brać pod uwagę w analizach. A to była polityczna zbrodnia, bo zginął poważany polityk lokalny o ponadlokalnym znaczeniu, zaś zabójca publicznie wykrzyczał swoje polityczne motywy. Warto wziąć pod uwagę zwłaszcza społeczne reakcje na to tragiczne wydarzenie i zastanowić się, czy przyczynią one polskiej wspólnocie i życiu politycznemu więcej dobra czy zła, skonsolidują je czy zantagonizują.

Smoleńsk a Gdańsk

Niecałe 10 lat temu przeżyliśmy tragedię nie mniej dojmującą i potencjalnie mogącą zjednoczyć wspólnotę. Wydawało się, że jednoczesna śmierć niemal 100 postaci publicznych reprezentujących rozmaite środowiska, grupy społeczne i formacje polityczne zjednoczy w żałobie, a potem we wspólnej pamięci całe społeczeństwo. Stało się zupełnie inaczej, gdyż osobiste urazy i zapiekła złość prezydenckiego brata oraz spiskowe teorie szerzone w jego otoczeniu (i za jego przyzwoleniem) uniemożliwiły pojednanie nad grobami i zbudowanie solidarnej pamięci. Polskie społeczeństwo zostało podzielone jak nigdy wcześniej.
Seryjny charakter ujawnianych co kilka dni skandali z udziałem polityków rządzącego obozu może w istocie znużyć i znieczulić opinię publiczną. Wątpliwe jednak, aby nie zostawiły one śladu, który ujawni się podczas wyborów. A te przyniosą rozstrzygnięcie nie w wyniku masowego przepływu elektoratu, lecz wahnięcia w jego kilkuprocentowej części
Pomni tych smutnych doświadczeń komentatorzy w większości nie wierzyli w to, aby śmierć prezydenta Adamowicza mogła trwale wyciszyć polityczne konflikty i wytłumić podziały. Wróżono szybki powrót agresji w publicznej debacie. A jednak stało się nieco inaczej. Wytworzyła się atmosfera społecznej dezaprobaty dla awanturnictwa i kłótliwości. Wśród polityków powstało przekonanie, że kto wyłamie się z niepisanego paktu o nieagresji, ten przegra w oczach opinii publicznej, a więc wyborców.
Przede wszystkim jednak osoby bliskie zamordowanemu nie rzucały oskarżeń i podejrzeń na swoich oponentów, nie formułowały zarzutów porównywalnych z obwinianiem Donalda Tuska o zmowę z Władimirem Putinem w celu zamordowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Z kolei obóz rządzący nie mógł (choć pewna posłanka próbowała) dyskontować politycznie zbrodni popełnionej przez człowieka publicznie deklarującego nienawiść do PO, a w więziennych rozmowach ponoć wyrażającego pragnienie, aby Jarosław Kaczyński został dyktatorem. Jedni nie chcieli jątrzyć, drudzy nie mogli, więc atmosfera polityczna uległa wystudzeniu. Ale kwestią otwartą pozostaje, czy obywatele to pożądane przez nich samych stonowanie nastrojów uznają za dokonane dzięki czy wbrew skłonnościom rządzących środowisk oraz osób z nimi powiązanych. To zależy zaś od tego, jak długo pozostaną one w nastrojach, które będzie im trudno utrzymać w okresie zbliżającej się kampanii wyborczej. Wychodząc naprzeciw społecznym oczekiwaniom politycznego uspokojenia, będą natomiast oskarżać opozycję (zawsze z dodatkiem „totalna”) o zakłócanie społecznego spokoju. Propagandowy aparat mediów partyjnych i narodowych usłużnie w tym pomoże. Już to robi.

Koszmary prezesa, blamaż ministra

Najważniejsza bodaj jest jednak inna społeczna reakcja, wyrażona poprzez imponującą zbiórkę na „puszkę WOŚP Adamowicza”, a wkrótce potem masową zrzutkę na stworzone i hołubione przez niego Europejskie Centrum Solidarności, któremu coraz bardziej zawzięty minister kultury Piotr Gliński obciął dotację. Tysiące obywateli szybko zebrały milionowe kwoty.
A jednocześnie śmierć prezydenta Gdańska, samorządowy (nie państwowy!) charakter uroczystości żałobnych oraz eksponowany udział w nich prezydentów innych miast zwróciły uwagę na miejsce i rolę samorządów lokalnych – zwłaszcza miejskich – w funkcjonowaniu Polski. Po bezprecedensowej mobilizacji mieszkańców w niedawnych wyborach samorządowych i klęsce zadanej kandydatom PiS na stanowiska prezydentów, była to kolejna przykra wiadomość dla rządzącego obozu. Wzrost i tak już wysokiego prestiżu władz samorządowych oraz mobilizacja społeczeństwa obywatelskiego to dla niego koszmar, całkowicie sprzeczny z jego wizją scentralizowanego państwa i narodowej wspólnoty, zjednoczonej pod jednym przywództwem i wokół jednej (narodowo-katolickiej) ideologii.
Zaś fakt, że poglądowej lekcji praktycznego działania społeczeństwa obywatelskiego udzielono jego dawnemu teoretykowi, a obecnie resortowemu aparatczykowi, jest dla Piotra Glińskiego podwójnie kompromitujący. Chyba nawet bardziej niż reprymenda udzielona mu przez Radę Naukową macierzystego instytutu PAN – bo jest on wciąż formalnie zatrudniony w Zakładzie Społeczeństwa Obywatelskiego (sic!).

Srebrna afera etc.

A do tego dochodzi seria skandali i afer w obozie rządzącym, w tym ujawnienie kulisów funkcjonowania partyjnej spółki, kierowanej pokątnie przez prezesa PiS. Ponieważ ugrupowaniom politycznym nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, więc z grupą zauszników założył niegdyś spółkę krzak, w której osadził figurantów (słupy), aby na uwłaszczonym w początkach transformacji terenie po PRL-owskiej spółdzielni prasowej i po planowanym wyburzeniu stojącego tam zabytkowego budynku (co pozytywnie zaopiniował awansowany potem konserwator), zbudować za pożyczkę z upaństwowionego banku komercyjny kompleks biurowo-hotelowy i zapewnić w ten sposób partii oraz jej funkcjonariuszom długoterminowe utrzymanie. To typowy schemat państwa mafijnego, zrealizowany już na Węgrzech i opisany w książce tamtejszego analityka Bálinta Magyara „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”. Jeśli Warszawa nie stanie się Budapesztem, to dzięki ujawnieniu machlojek, a także wcześniejszej porażce pisowskiego kandydata Patryka Jakiego na prezydenta stolicy, który miał je zalegalizować. To jeszcze raz uwypukla wagę wyborów i władz samorządowych oraz ich niezależności od „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”.
Do partyjno-deweloperskich szachrajstw dochodzą aresztowania i korupcyjne zarzuty wobec współpracowników byłego szefa MON Antoniego Macierewicza oraz Marka Ch., protegowanego na stanowisko szefa KNF przez obecnego prezesa NBP Adama Glapińskiego, a także przecieki o horrendalnych zarobkach i niejasnych rolach współpracowniczek tego ostatniego. To nie tylko kompromitacja polityki kadrowej rządzących. To kolejne świadectwa upartyjnienia instytucji państwa, w tym tak newralgicznych dla jego bezpieczeństwa i stabilności jak resort obrony i bank centralny. Gdyby prawdziwe okazały się zeznania mec. Roberta Nowaczyka przed sejmową komisją śledczą o złożonej mu przez obecnych zwierzchników służb specjalnych ofercie ochrony w zamian za udział w korzyściach z reprywatyzacji warszawskich nieruchomości, w tym wyczyszczeniu z roszczeń działki przy ul. Srebrnej, znaczyłoby to, że jesteśmy o krok od państwa mafijnego.

Opinia publiczna a rzetelny osąd

Cyniczni i zblazowani (pomińmy tych zblatowanych z PiS) komentatorzy mogą bagatelizować znaczenie skandali z udziałem prezesa PiS i funkcjonariuszy rządzącej partii, rozlokowanych po różnych instytucjach państwa. Kalkulują oni: co na to elektorat? I zakładają, że go to nie poruszy, bo PiS ma wyznawców, którzy wszystko wybaczą i usprawiedliwią (przy pomocy uczynnych funkcjonariuszy mediów narodowych). Cytując dawne słowa obecnego prezesa TVP Jacka Kurskiego: „Ciemny lud to kupi”. Zamiast rzetelnej analizy i oceny wydarzeń mamy próby odgadywania, jak te wydarzenia zostaną przyjęte i ocenione przez opinię publiczną, oraz dostosowywania do tego własnych opinii i ocen. To stąd biorą się dywagacje, że ludzie nie rozumieją, o co chodzi z Trybunałem Konstytucyjnym czy trójpodziałem władz, zatem nie będzie społecznych reperkusji zamachu na niezależność sądownictwa. Podobnie niektórzy przyjęli, że niedawna efekciarska kampania prezydencka Patryka Jakiego trafia w gust warszawiaków, więc zaczęli prognozować jego zwycięstwo. Jarosław Kaczyński był pod tym względem rozsądniejszy i uznawał uzyskanie prezydentury przez Jakiego za wymagające cudu.
Seryjny charakter ujawnianych co kilka dni skandali z udziałem polityków rządzącego obozu może w istocie znużyć i znieczulić opinię publiczną. Wątpliwe jednak, aby nie zostawiły one śladu, który ujawni się podczas wyborów. A te przyniosą rozstrzygnięcie nie w wyniku masowego przechodzenia elektoratu z jednej strony na drugą i przepływu z jednej partii do innej, lecz wahnięcia w jego kilkuprocentowej części oraz ewentualnej mobilizacji tych, którzy dotychczas nie brali w nich udziału. Warto więc śledzić i analizować społeczne reakcje na polityczne wydarzenia, lecz zachować własne ich oceny. W czasach, kiedy nachalna propaganda nazywana jest dziennikarstwem, określenie jej funkcjonariuszki „kłamczuchą” uważane jest za mowę nienawiści, a w rolach ekspertów występują zaczadzeni ideologicznie doktrynerzy, zachowanie rzetelnej, obiektywnej miary rzeczy ma szczególną wagę.
Autor jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego