Tydzień nie wystarczył Centralnej Komisji Wyborczej (CIK) Bośni i Hercegowiny (BiH) na policzenie wszystkich głosów i ogłoszenie oficjalnych wyników wyborów, które miały miejsce 7 października. W niespełna czteromilionowym państwie o jednym z najbardziej skomplikowanych systemów politycznych na świecie obywatele wybierali przedstawicieli spośród 58 partii, 36 koalicji i 34 niezależnych kandydatów.
CIK dalej liczy głosy, ale trzej prezydenci elekci – bo głowa państwa w BiH to urząd kolektywny – reprezentujący Boszniaków Šefik Džaferović, Chorwat Željko Komšić i Serb Milorad Dodik – zdążyli już wyznaczyć kierunki, w jakich będą rozwijać swoje działania w ramach prezydium. A rozwijać je będą raczej na pewno, gdyż wyliczenia na podstawie głosów z 99,5 proc. lokali wyborczych dowodzą, że to właśnie oni mogą się cieszyć wygraną.
Ich sukces nieco przyćmiewa to, że – jak stwierdziła lokalna komórka Amnesty International – kampania wyborcza była najbrudniejsza od lat 90., a „łamanie zasad fair play, nadużycia funduszy publicznych i szerzenie mowy nienawiści stało na bezprecedensowym poziomie”. Milorad Dodik i jego partia zostali nawet ukarani grzywną za szerzenie mowy nienawiści w wysokości 12 tys. wymienialnych marek (26,4 tys. zł).
Reklama
Wybory w BiH nie obyły się bez typowych dla bałkańskich systemów bolączek, jak kupowanie głosów czy przestarzałe spisy uprawnionych do głosowania. Nierzadko się zdarzało, że figurowali w nich ludzie zmarli. Ale to niejedyny powód, dla którego Zachód zaczyna patrzeć na ten kraj z prawdziwym zaniepokojeniem. Nie jest jasne, czy po wyborach uda się powołać rząd, który poprowadzi Bośnię i Hercegowinę w stronę integracji z państwami Unii Europejskiej i NATO.

Między Serbią a Chorwacją

Reklama
Mieszkańcy BiH od lat spoglądają w stronę Chorwacji i Serbii. Tarcia między tymi dwoma państwami zawsze mają swój, często negatywny wpływ na to, co się dzieje w Sarajewie. Zachowanie przyszłych członków prezydium jest tego świetnym dowodem. Działania Dodika, obecnie wciąż prezydenta Republiki Serbskiej w Bośni, zaliczanego do najbardziej proputinowskich polityków na Bałkanach, który nie kryje planów przyłączenia RS do rządzonej przez Aleksandara Vučicia Serbii. To właśnie ten kraj wielu bośniackich Serbów uważa za swoją macierz. Dodik od stycznia 2017 r. znajduje się na amerykańskiej czarnej liście za „stwarzanie poważnego zagrożenia wobec implementacji postanowień pokoju w Dayton”, którymi zakończono bratobójczą wojnę z lat 90.
Kontrowersje, choć z zupełnie innego powodu, wzbudza też reprezentant bośniackich Chorwatów w prezydium. Željko Komšić zdołał wbić drzazgę w oko zarówno Zagrzebiowi, jak i Belgradowi. W niedawnym wywiadzie dla „Deutsche Welle” stwierdził, że BiH powinna uznać niepodległość Kosowa, choć przyznał, że widzi ku temu niewielkie szanse, jeśli Serbów będzie reprezentować Dodik. Pomysł doczekał się ostrej reakcji ze strony ministra spraw zagranicznych Serbii Ivicy Dačicia, który zastrzegł, że skoro Kosowo może się stać niezależnym państwem, to samo może się przytrafić Republice Serbskiej. Z kolei Zagrzebiowi nie w smak kandydat reprezentujący Chorwatów, który został wybrany w większości głosami Boszniaków i przypomina Chorwacji o niestosowności mieszania się w wewnętrzne sprawy BiH.
Poprzednik Komšicia Dragan Čović zapowiedział nawet, że jego wybór zapowiada głęboki kryzys konstytucjonalny i polityczny w BiH. Sam Čović ma spore możliwości, aby do takiego kryzysu doprowadzić, gdyż jego Chorwacka Unia Demokratyczna BiH (HDZ BiH), uważana za przedłużenie wpływów chorwackiej HDZ, zdobyła według nieoficjalnych danych 118 tys. głosów, co czyni ją trzecią siłą w parlamencie po boszniackich Partii Akcji Demokratycznej i Partii Socjaldemokratycznej. Čović udał się już na konsultacje do Zagrzebia, po których chorwacki establishment zadeklarował kontynuację dotychczasowej polityki wobec BiH zakładającej „obronę interesów mniejszości chorwackiej”.

Wybory zwykłych ludzi

Delikatna sytuacja polityczna w kraju i w regionie brutalnie przekłada się na życie mieszkańców. Tegoroczne wybory dla wielu obywateli BiH pozostały w cieniu protestów, które od miesięcy trwają na ulicach Banja Luki, stolicy Republiki Serbskiej, w sprawie domniemanego morderstwa 21-letniego Davida Dragičevicia. Jego ojciec Davor od marca codziennie o godzinie 18 protestuje, domagając się sprawiedliwości. Jak twierdzi, jego syn został zamordowany przez „dobrze znaną osobę publiczną”, którą broni skorumpowany system i jego przedstawiciele. Protesty nie przyniosły rezultatów.
W lipcu większość parlamentarna złożona z partii Milorada Dodika odrzuciła raport przygotowany przez opozycję, jednak przyznała, że w trakcie śledztwa „zauważono pewne nieprawidłowości”, za co ma odpowiedzieć prokuratura. Davor Dragičević nie uznał takiej odpowiedzi. 5 października na ulice Banja Luki razem z nim wyszło 40 tys. protestujących. Pozostali obywatele BiH z braku nadziei na lepszą przyszłość wybierają inną formę protestu, często decydując się na emigrację. Z problemem tym borykają się wszystkie państwa Bałkanów Zachodnich, co szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker opisał ostatnio jako „trend bardziej niebezpieczny dla regionu niż wojna”.
Tegoroczne wybory dla wielu obywateli BiH pozostały w cieniu protestów, które od miesięcy trwają na ulicach Banja Luki, w sprawie domniemanego morderstwa 21-letniego Davida Dragičevicia