rządzący wpadli w populistyczną pułapkę, którą sami na siebie zastawili. rasistowska, wymierzona w uchodźców nagonka z 2015 r. przynosi teraz gorzkie owoce – paraliżuje plany prowadzenia racjonalnej polityki migracyjnej
Nasi wyborcy tego nie zaakceptują. A narodowcy tylko czekają na to, aż się podłożymy. Musimy ściągnąć do Polski więcej migrantów, bo tego potrzebuje rynek pracy i o to proszą przedsiębiorcy, ale nie możemy tego zrobić z powodów politycznych – takie i podobne słowa padają coraz częściej w nieoficjalnych rozmowach z przedstawicielami rządu Prawa i Sprawiedliwości. Wpisują się one w walkę kierownictwa PiS o to, żeby na prawo od Zjednoczonej Prawicy (ZP) nie wyrósł ruch polityczny, który stanie się konkurentem podbierającym PiS-owi głosy. O tym, jak żywotny jest to problem, pisał na naszych łamach Piotr Zaremba, nawiązując do deklaracji prezydenta Dudy o możliwym wecie ordynacji do europarlamentu (wczoraj prezydent zawetował tę ustawę). W tym kontekście przywoływana jest historia LPR, która wyrosła na samodzielny byt polityczny właśnie dzięki eurowyborom, by następnie swym istnieniem osłabiać PiS w Sejmie.
O realności tego zagrożenia przekonuje scenariusz węgierski. Najpoważniejsza konkurencja dla władzy Viktora Orbána pojawiła się nie z lewej, a prawej strony sceny politycznej – w związku z narodzinami radykalnie prawicowego w swoich początkach Jobbiku. W Polsce nieustannie wracają pytania o przyszłość Antoniego Macierewicza i kwestie relacji ze środowiskami Radia Maryja. Ich emancypacja pozbawiłaby PiS najbardziej prawicowej kotwicy.
Funkcjonowanie poza ZP ma swoje plusy, o czym przekonują się środowiska narodowców. Można bez ograniczeń stosować antyeuropejską retorykę i pozwalać sobie na mniej lub bardziej prorosyjskie gesty. Taka narracja nie daje, przynajmniej obecnie, szans na zdobycie władzy w Polsce, ale pozwala myśleć o zbudowaniu w miarę stabilnego poparcia i samodzielnego bytu politycznego. Dopóki radykalnie prawicowe środowiska są podzielone, a część z nich działa w ramach ZP, ten scenariusz się nie realizuje. Konieczność jednak utrzymywania tej grupy w obozie władzy ogranicza swobodę decyzji politycznej – w sprawach europejskich i migracji właśnie.
Temat zaczęły dostrzegać już prawicowe media. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na słowa, zazwyczaj bardzo dobrze poinformowanego, wiceprezesa Fratrii (wydawcy tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl) Michała Karnowskiego: jeżeli rząd i cały obóz konserwatywny stworzy wrażenie, że w tej sprawie lawiruje, że nie mówi prawdy, otwiera po cichu furtkę, to da to dużą premię środowiskom na prawo od PiS, w tym narodowcom. Karnowski przypomina, że polityka zamykania drzwi była jednym z najważniejszych zobowiązań wyborczych obozu Zjednoczonej Prawicy.
Paradoks polega na tym, że to właśnie wszystkie prawicowe media prywatne, a z czasem opanowane przez „niepokornych” media publiczne, nakręciły spiralę strachu, uprzedzeń i nienawiści prowadzące do absurdalnej sytuacji – w między narodowych badaniach Polacy stali się najbardziej przerażonym migracją narodem Europy. Skala i narzędzia nagonki robią wrażenie: od przebierania premier Rzeczpospolitej w pas szahida, przez freudowską okładkę z blondynką obłapianą przez ciemne ręce, po specyficzne metody dokumentacji polegające na weryfikowaniu wyznania na podstawie nakrycia głowy. O zwykłych kłamstwach czy manipulacjach, takich jak przypisywanie zamachów dokonywanych przez białych rasistów muzułmanom, nie warto nawet wspominać.
Sytuacja ta przypomina losy angielskiego premiera Davida Camerona i jego konserwatywnego rządu. Zawsze sceptyczne wobec Unii Europejskiej (UE) społeczeństwo brytyjskie głęboko odczuło kryzys lat 2007–2008. Zbiegło się to z ujawnieniem skali poakcesyjnej migracji z Europy Środkowej, szczególnie z Polski. Miałem okazję przyglądać się na co dzień, jak ciężko pracującą i uczciwą grupą są ci ludzie. Potwierdzały to statystyki, które kwantyfikowały pozytywny wkład migrantów do brytyjskiej gospodarki i systemu opieki społecznej.
Nie przeszkodziło to jednak brytyjskim mediom rozkręcić obrzydliwej nagonki stygmatyzującej i stereotypizującej mieszkańców naszej części Europy. Mechanizmy straszenia były podobne do tych stosowanych dziś u nas, tyle że nie dotyczyły Arabów, a Polaków czy Rumunów. Mowa o rozpowszechnianiu opowieści o braku higieny, powielaniu ksenofobiczno-rasistowskich stereotypów, odczłowieczającej seksualizacji migrantów, sugerowaniu sprawstwa wypadków drogowych i „ujawnianiu” wyrwanych z kontekstu statystyk dotyczących przestępczości.
Taka narracja przyczyniła się do zrealizowania nad Tamizą scenariusza, którego obawiają się liderzy Zjednoczonej Prawicy. Pozwoliła zbudować znaczącą antyimigrancką siłę polityczną, której Cameron stał się zakładnikiem. Chamberlainowska próba łagodzenia problemu doprowadziła tylko do wzrostu siły środowiska, z którym Cameron musiał się ostatecznie zmierzyć. Przegrał nie tylko swoją karierę polityczną, ale być może i losy Wielkiej Brytanii.
Populistyczny mechanizm straszenia może być opłacalny politycznie, szczególnie w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach, ale – jak coraz częściej przyznają polscy prawicowi liderzy – nie pozwala racjonalnie rozwiązywać problemów państwa. A te są bardzo realne i mogą przynieść polityczne skutki nie tyle w odleglej przyszłości, ile podczas najbliższych kampanii wyborczych. Rzadko się zdarza, żeby nawarzone przez populistów piwo musieli wypić oni sami. W Polsce tak właśnie może się stać.
O tym, że polska gospodarka ma problem, wiadomo już od wielu miesięcy. I jest to problem dość specyficzny, bo wynikający z tego, że jest dobrze. Wysokie tempo wzrostu, spiętrzenie projektów inwestycyjnych związanych ze środkami unijnymi i odkładanymi wcześniej decyzjami samorządów oraz dobra koniunktura w Niemczech przyczyniają się do wysokiego zapotrzebowania na pracowników. Zrealizował się jednocześnie przewidywany od lat czarny scenariusz wynikający z zapaści szkolnictwa zawodowego, co spotęgowało kłopoty firm przemysłowych – brakuje wykwalifikowanych robotników. Dodatkowo realizowane obecnie projekty infrastrukturalne i nowe zamówienia są bardziej złożone pod względem technologii niż w poprzednich latach. Ich obsługa wymaga często specjalistycznych kompetencji. Samo w sobie stanowi to pozytywny sygnał cywilizacyjnego awansu polskiej gospodarki. Jednak tu i teraz wywołuje u przedsiębiorców szok.
W elastycznej gospodarce rynkowej naturalny powinien być proces dostosowawczy. W pewnym stopniu ma on miejsce – płace rosną szybko, zwiększa się automatyzacja produkcji, trwa proces odbudowywania i unowocześniania parku maszynowego. Przedsiębiorcy i menedżerowie w końcu zaczęli też zmieniać metody zarządzania, zwiększając efektywność organizacji. Realizują odwieczny postulat bardziej lewicowo nastawionych ekonomistów i socjologów, inwestując w narzędzia zarządzania kapitałem ludzkim, doceniając pracowników nie tylko finansowo, dbając o ich rozwój i starając się lepiej wykorzystywać ich kompetencje. Są to zdrowe zjawiska, które rozłożone w czasie i przebiegające stopniowo, przyczyniłyby się do unowocześnienia polskiej gospodarki.
Niestety, proces ten nie jest ani stopniowy, ani rozłożony w czasie. Polski biznes przechodzi swoistą terapię szokową. Rząd zamiast starać się niwelować negatywne skutki tego szoku, zwiększa je swoją polityką społeczną. Choć wielu ma wątpliwości co do oceny programu 500 plus, ja sam oceniam go pozytywnie. Szkoda jednak, że po jego wprowadzeniu gwałtownie i niepotrzebnie obniżono wiek emerytalny. Zamiast rozkładać szoki w czasie, skumulowano je – a jedyną logiką przemawiającą za tym była chęć zapewnienia społecznej obojętności dla trwającego teraz, według mnie, procesu zawłaszczania państwa i niszczenia siły i niezależności jego instytucji.
Co więcej, ciekawy plan budowy nowoczesnej gospodarki opartej na zaawansowanym technologicznie eksporcie potencjalnie można by zrealizować z sukcesem przy wysokim poziomie inwestycji. Jednak przy rozdymaniu konsumpcji będzie to trudne. Mimo więc szumnych zapowiedzi jesteśmy na szarym końcu UE w dziedzinie innowacji, a pod względem automatyzacji produkcji pozostajemy daleko w tyle nie tylko za Niemcami, ale też Czechami i Słowacją.
I co z tego? – można by zapytać. Przecież kłopoty będą mieli przedsiębiorcy, a kto by się przejmował bogatymi. Tym razem może być jednak inaczej i problemy mogą uderzyć również w pracowników, a przede wszystkim we władzę.
W DGP opisywaliśmy coraz bardziej dramatyczną sytuację w przetargach. Brakuje rozstrzygnięć postępowań, zagrożona jest realizacja projektów infrastrukturalnych oraz inwestycji samorządowych. Niektóre podmioty wypowiadają zleceniodawcom umowy, woląc zapłacić odszkodowanie i wyjść z placu budowy, niż stracić płynność i iść pod wodę. Takich przypadków nie obserwowaliśmy nigdy wcześniej. Na rynku wyraźnie da się wyczuć obawy o powtórkę z 2012 r., gdy załamanie koniunktury boleśnie odczuło wielu polskich przedsiębiorców i pracowników. Skala opóźnień, rosnących kosztów i paraliżu komunikacyjnego może być widoczna szczególnie w 2019 r. i stać się świetnym paliwem dla opozycji.
Dzięki swej wielkości i zróżnicowaniu polska gospodarka jest relatywnie odporna na wstrząsy zewnętrzne. Gdyby jednak zator w pewnych jej sektorach nałożył się na coraz bardziej realne światowe spowolnienie, możemy mieć przed sobą bardzo gorący rok 2019.
Przedsiębiorcy budowlani wyrywają sobie namiary na legendarnie efektywne brygady Nepalczyków, krążące po Polsce. Dzięki nim często udaje się ukończyć kluczowe inwestycje. Przetwórcy przemysłowi i eksporterzy mebli szukają sposobów na zatrzymanie pracowników. Te eksportowe wehikuły polskiej gospodarki muszą sobie poradzić z jeszcze jednym szokiem zafundowanym przez rządzących – drożejącym prądem będącym wynikiem braku alternatywy dla energetyki opartej na węglu.
I tak, kłaniając się narodowcom i górnikom, bojąc się zastosować remedium, powoli tracimy szanse na wielkość w światowej gospodarce. Gospodarce, która będzie w przyszłości zdecydowanie mniej biała i europejska (warto przypomnieć prognozy PwC dotyczące największych gospodarek świata w 2050 r. – według których USA i kraje europejskie radykalnie tracą na znaczeniu, a awansują Chiny, Indie, Indonezja, Brazylia czy Nigeria).
Być może rozwiązaniem tych kłopotów byłaby próba poprowadzenia racjonalnej i spokojnej debaty o polityce migracyjnej. Debaty, w której ucieklibyśmy od mitów i zaczęli rozmawiać o faktach i realnych możliwościach. Ostatnie dane demograficzne pokazują, że mimo hojnej polityki prorodzinnej nie udaje się – przynajmniej na razie – w sposób zasadniczy zmienić tendencji demograficznych. Nawet jeżeli się one odwrócą, to trzeba dziesiątków lat, żeby poradzić sobie z pożarem, którego jesteśmy świadkami.
Dziennik Gazeta Prawna
Warto przyjrzeć się poszczególnym krajom Unii Europejskiej i temu, jak radzą sobie z rynkiem pracy, ubezpieczeniami społecznymi i integracją. Zrozumiemy wówczas, jak różnie ta integracja przebiega i do jakiego stopnia związane jest to z kierunkiem, z którego przybywają migranci. Nie sposób nie zwrócić uwagi, że inne doświadczenia i przygotowanie kulturowe ma człowiek przybyły z Maghrebu, inne – człowiek z Turcji, a jeszcze inne – przyjezdny z Indii, Brazylii czy Filipin.
Kolegów z prawicowych mediów zachęcam do chwili refleksji nad tym, dlaczego partie anty imigranckie nie wygrywają w tych miejscach, w których emigrantów jest wielu. Zachęcam do odwiedzenia takich miejsc i zamieszkania w nich, choćby na chwilę. Może się okazać, że kiedy nasza lekarka jest Pakistanką, sprzedawcą Hindus, a kierowcą autobusu Brazylijczyk, przestajemy widzieć beżową masę, a dostrzegamy sąsiadów, przyjaciół, partnerów, a nawet rodzinę.