Nawałka nie rzuca mięsem w szatni. Ale kiedyś czekaliśmy, aż huknie Boruc czy Hajto [WYWIAD MAZURKA]

Sebastian Mila
Sebastian Mila pomocnik reprezentacji Polski w latach 2003–2015, rozegrał w niej 38 spotkań. Zawodnik m.in. Lechii Gdańsk, Orlenu Płock, Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, Austrii Wiedeń i Śląska Wrocław.PAP / Adam Warżawa
15 czerwca 2018

Obecny trener jest spokojny, przemawia. Ale kiedyś zawsze czekaliśmy na moment, w którym huknie Artur Boruc, był w tym świetny. Albo Tomasz Hajto. O, wtedy się działo.

Oby.

Ale to nie znaczy, że wygrają.

Oczywiście, że nie, tu kluczowa będzie motywacja, to, co się dzieje w głowach piłkarzy.

Adam Nawałka – a wiem to, bo u niego grałem – ma niesamowite przemowy, wzbudza w każdym dumę z Polski. Mówi tak, że czujesz się dumnym Polakiem, reprezentantem kraju.

Tego się nie da powtórzyć, to coś w rodzaju: „Panowie, cała Polska jest z wami, kibice w was wierzą. Musicie zagrać tak, żeby spełnić swoje marzenia, by dumne były wasze rodziny, ale pamiętajcie, że nie gracie tylko dla siebie i dla nich. Patrzy na was cały kraj, ludzie was potrzebują”. Kiedy ja to mówię, brzmi to banalnie, ale trener jest przy tym tak przekonujący, że człowiek chce natychmiast wstać i walczyć.

Za Polskę. To bardzo na wszystkich działa.

Nie, trener Nawałka nigdy tego nie robił. Owszem, w szatni, zawodnicy między sobą…

Podejrzewam, że Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski czy Kamil Glik będą zagrzewać do walki.

Zawsze czekaliśmy na moment, w którym huknie Artur Boruc, on był w tym świetny. Potrafił ryknąć: „Dawać, k…, jedziemy z nimi!” albo i grzeczniej: „Panowie, razem, trzymamy się!”. Aż ciarki szły po plecach.

O nie, bardzo żywiołowy był Tomek Hajto.

(śmiech) No tak, „Gianni” w takich chwilach był niezastąpiony. To on krzyczał: „K…, nap…, nie odstawiamy nogi! Nie ma, że słabsza kość pęka!”. Nie przebierał w słowach i miał posłuch w drużynie.

Każdy ma swoją metodę. Trener Nawałka ma te patriotyczne przemowy, a na przykład Paweł Janas był bardzo spokojny, opanowany. Tu nie było żadnej wielkiej ekspresji, od tego miał piłkarzy.

On na spokojnie tłumaczył, co mamy robić, jak grać.

Ryszard Tarasiewicz w Śląsku Wrocław mówił: „Panowie, my jesteśmy tak przygotowani, że kierownik jutro wysyła pismo do PZPN, żebyśmy grali po dwa mecze w weekend”. Albo żeby poprawić nam nastrój przed meczem z drużyną, która była faworytem, wymienił ich najlepszych piłkarzy, ale tylko siedmiu. Spojrzał na nas i spytał; „No, panowie, z siedmioma nie wygracie?”.

Wtedy się nie śmialiśmy, ale w ten sposób trener budował w nas psychologiczną przewagę. Był przy tym bardzo grzeczny, kulturalny, mówił „panowie”.

Oj, on miał megainteligentne przemowy, bawił się polszczyzną, posługiwał grą słów. Często trzeba się było mocno pochylić nad tym, co mówi, by go zrozumieć, na odprawie każdy musiał być bardzo skoncentrowany… (śmiech)

Musieliśmy mocno wysilać nasze móżdżki, by nadążyć za jego inteligencją. Ale efekty były.

I to całkiem dosłownie porozumieć, bo problemem jest bariera językowa. W Austrii Wiedeń radzono sobie z tym tak, że był wymóg nauki niemieckiego. I nikt nie patrzył, że jest sześciu zawodników z Bałkanów, sześciu z Portugalii czy Hiszpanii, jakiś Polak i inni. Trzeba się było nauczyć.

Mówiłem całkiem dobrze. Pamiętam, jak na początku pojechaliśmy na wyjazd integracyjny i podzielono nas na trzy grupy, mieliśmy wspólnie rozwiązywać jakieś zadania, a ja byłem wtedy na etapie nauki języka. Wtedy się poczułem wyobcowany z tego grona, jakbym nie był częścią drużyny, i postanowiłem wziąć się naprawdę do nauki.

Oczywiście. Motywacja motywacją, ale na turnieju wszystko odgrywa rolę. Na przykład, czy zespół jest rozpędzony – jedno, drugie zwycięstwo, a zwłaszcza sytuacja, w której drużyna przegrywa, ale odrabia straty i kończy zwycięstwem – to daje ogromną siłę. Przychodzi wiara, że wszystko musi się udać, nikt nie myśli, że coś pójdzie nie tak, nie kalkuluje.

Presja usztywnia.

Gramy mecz pod wielką presją. Mam piłkę i boję się strzelić, bo nie trafię i stracimy okazję, boję się też odważniej pójść do przodu, bo stracę piłkę, oni zrobią kontrę i będzie po meczu. Boję się każdego ryzyka.

Dlatego lepiej grać na fali sukcesów niż pod presją. Jest jeszcze jeden element – szczęście. Mogą być świetni piłkarze, dobrze dobrani i przychodzi spotkanie, w którym nic nie wychodzi, a rywal ma jedną akcję, przypadkowa piłka, gol i po meczu. Poza tym wynik czasami nie oddaje tego, co się działo na boisku. Z Niemcami w eliminacjach do Euro 2016 raz wygraliśmy 2:0…

Ale wtedy graliśmy gorzej niż w meczu przegranym 1:3. W tym pierwszym spotkaniu to Niemcy cały czas atakowali, ale myśmy się nie poddali. Pamiętam, jak Łukasz Piszczek zrobił wślizg przy linii autowej, żeby uratować piłkę, udało mu się, dostał wielkie brawa. To był moment, w którym pomyślałem, że Niemcy nic nie zrobią nam w tym dniu.

Pewnego trenera pytano, jak przygotowuje drużynę do meczu z Niemcami, a on na to, że przekonuje ich zawodników, że mecz kończy się z chwilą, gdy Niemcy wyjeżdżają autokarem ze stadionu.

Ale to jest do zbudowania. Pamięta pan mecz ze Szkocją w eliminacjach do Euro 2016 i gol Lewandowskiego w ostatniej akcji meczu, w 94. minucie? Po czymś takim zaczęto mówić, że to Polska też ma charakter i na turniej pojechała już jako drużyna waleczna.

To się robi w szatni, każdego dnia podczas treningu, przed nim i po nim, ale też w życiu poza boiskiem. Wiele razy było tak, że któremuś z kolegów trzeba było pomóc, bo żona musi przyjechać z zagranicy, on jest cudzoziemcem i trzeba mu konto w banku otworzyć, załatwić samochód. To drobnostki, czasem poważne sprawy, przecież zdarza się, że ktoś ma jakieś kłopoty rodzinne czy z rodzicami, czy z dziećmi i koledzy są po to, by pomóc. 

Trener jest bardzo spokojny, wie, że musi nas skoncentrować. Przed wyjściem także kapitan musi nas zmotywować.

(śmiech) Że to są tacy sami ludzie jak my, też codziennie wychodzą na trening, im też można strzelić gola.

W takich sytuacjach stawia się nie na gwiazdy, ale na siłę drużyny. Mówi się chłopakom, że już część dziecięcych marzeń spełniona, bo gramy przeciwko najlepszym na świecie, na tak pięknym stadionie, a teraz tylko druga część, trzeba ich ograć.

Wyszedłem na mecz z Anglią i naprzeciwko mnie stanęli w środku pola Steven Gerrard i Frank Lampard. To było niesamowite przeżycie. Kilka dni przed meczem była ekscytacja, potem dotarło do mnie, że znam tych ludzi z telewizji, wiem, kim są, ale już w dniu meczu było tylko jedno – pokonać ich.

Gdybym był bardzo nakręcony i pewny swego, wyszedł na boisko i po kwadransie zorientował się, że jest dramat, bo oni cisną, świetnie weszli w mecz, a ja się nie mogę pozbierać, to wtedy mógłbym wpaść w panikę. A tak, kiedy od początku nastawiam się, że będzie ciężko, ale dam radę, jest łatwiej.

Obawy, także przed kompromitacją, zawsze są, ale radość ze spełnienia marzeń i zagrania przeciwko ludziom znanym dotąd tylko z telewizji jest większa.

Kiedy Groclin grał z City, to ja byłem wystawiony przeciwko Joeyowi Bartonowi, świetnemu piłkarzowi i bardzo barwnej postaci, skandaliście, twardzielowi na boisku. Pierwsze 20 minut minęło na przepychaniu, kuksańcach, walce wręcz. On prowokował, ja nie byłem dłużny. Wyzywaliśmy się cały czas, nie wiedziałem, że tak dobrze mówię po angielsku… (śmiech) Nigdy tyle nie kląłem co wtedy, słowa przychodziły same. Mecz się kończy i chcę się zamienić koszulką, on rzuca, że w szatni. OK, myślę, nie chce, to nie. Ale przychodzi, koledzy od razu do niego, żeby się wymienił, ale on nie, podszedł do mnie i wymienił się koszulką, choć przez dobrze ponad kwadrans wyzwaliśmy od najgorszych siebie i nasze rodziny. To, co było na boisku, zostało na nim.

W jednej z drużyn, w której grał, wkurzył się na gościa i włożył mu cygaro do oka.

Tu kluczowe jest słowo „drużyna”. Nawet jeśli tobie nie wychodzi, to myślisz, że musisz wziąć się w garść i nie zawieść chłopaków, którzy tak ciężko przygotowywali się do meczu.

Oczywiście mówi się o błędach, które trzeba wyeliminować, ale cel wtedy jest bardzo konkretny – musicie strzelić bramkę kontaktową, bo wiadomo, że ona uskrzydla, że wstępuje nadzieja, można pójść za ciosem.

Oj, bywa różnie. Trener Piotr Nowak w Lechii Gdańsk potrafił się wściec i wtedy wszystko fruwało. Czasami trener, nawet tak spokojny jak Tarasiewicz, jak pierdyknie w tablicę, to wszystko leci, a on zdenerwowany pyta: „No i co mówiliśmy przed meczem?! Co mówiliśmy przed meczem?!”.

Gwarantuję, że chłopaki go wspierali, bo wie pan, jak my na to patrzymy? Że każdemu z nas mogło się to przydarzyć, każdy mógł być na jego miejscu. Poza tym widzieliśmy, jak przygotowywał się do tego meczu, jak pracował na treningach, pamiętaliśmy też te mecze, w których to on był bohaterem drużyny, bronił jak natchniony i wyjmował piłki nie do wyjęcia.

Dlatego najważniejsze, by szybko się podniósł.

Było oczywiste, że ktoś musi popełnić błąd, trafiło na Kubę, którego kibice uwielbiają. Ale to jest wpisane w piłkę jak to, że obrońca strzeli samobója. To oczywiste, że to się czasem zdarzy, to jest wkalkulowane. A Kuba świetnie z tego po dwóch latach wybrnął, strzelając karnego w meczu z Litwą.

I to na pewno nie jest miłe, ale Kuba to rozumie, każdy kiedyś przestaje być kapitanem. A w drużynie wszyscy wiedzą, jaką pozycję ma Kuba, że jest jednym z liderów.

Wszystko. I to przez 24 godziny na dobę. Kapitan jest od wyboru koloru koszulek na mecz i od przesuwania godziny treningu, od tłumaczenia się trenerowi, załatwiania dnia wolnego, od wszystkich tych rzeczy, których na zewnątrz nie widać. Ale też kapitan musi często wystąpić publicznie i wziąć w obronę kolegę krytykowanego w mediach czy atakowanego przez kibiców. Czasem, gdy w drużynie jest konflikt, to kapitan jest rozjemcą. W Śląsku takim kapitanem legendą był Darek Sztylka, teraz dyrektor sportowy klubu. Był świetnym kapitanem, przejąłem po nim opaskę i wiele się od niego nauczyłem.

Nie zawsze, ale to musi być ktoś, kto ma jednocześnie autorytet w drużynie i chemię z trenerem, w końcu to on wybiera kapitana. Bo kapitan to też przedłużenie ręki trenera.

Nie zawsze, raczej sam musi wziąć na siebie odpowiedzialność, gdy nie idzie.

Kiedy walczyliśmy ze Śląskiem Wrocław o mistrzostwo, to wywierałem ogromną presję na piłkarzy. Wiedziałem, że mają mnie już dość, że targają nimi nerwy, ale wiedzieliśmy, o co gramy, jakie jest ciśnienie. Cały sezon graliśmy na palniku.

Presja była przez cały czas. Ostatni, decydujący o mistrzostwie mecz graliśmy z Wisłą Kraków. Kiedy widziałem tę naszą drużynę w szatni przed meczem, to byłem pewien, że na pewno wygramy. Nigdy w życiu nie miałem takiej pewności. Ten zespół był tak naładowany, tak zmotywowany, że to musiało się udać.

Będę się cieszył tym, że mogę zjeść to, na co mam ochotę i o której mam ochotę, że mogę się napić, że mogę pójść później spać. No i jako ktoś z boku, z dystansu będę komentował mecze na mistrzostwach.

Kiedy patrzę na kolegów, z którymi byłem w jednej drużynie, to postrzegam ich zupełnie inaczej. Wiem, na co ich stać, znam ich atuty, wiem, co potrafią.

3362959-magazyn-dgp-15-06.png

Znam ich słabe strony, oczywiście, więc nie będę wymagał czegoś, czego nie dadzą rady zrobić. Arek Milik nie wyprzedzi kogoś tak, jak Kamil Grosicki, bo nie ma takiej szybkości.

Jedyną słabszą stroną, czymś, czego mu brakuje do doskonałości, jest umiejętność wygrywania pojedynków jeden na jeden w bocznych sektorach. Messi czy Ronaldo potrafią takie pojedynki z łatwością wygrać, Robert też je wygrywa, ale nie ma tej pewności co oni.

I strzelam gola jak z Niemcami? Pewnie, że by się chciało. Tak mógłbym wchodzić na każdy mecz.

Czas biegł nieubłaganie i w końcu mnie dogonił. Zaraz będę miał 36 lat, moja rola w drużynie się zmniejszała i trzeba oddać miejsce młodszym.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.