Specjaliści od spraw analizy statystycznej wyborów tłumaczą DGP, jak się w Rosji zapewnia dobre wyniki wyborcze kandydatom Kremla
Reklama
Czego panowie oczekiwali po niedzielnych wyborach?
BORIS OWCZINNIKOW: Wygląda na to, że rosyjskie władze wymarzyły sobie wybory z wysoką frekwencją i niskim poziomem fałszerstw, a oczekiwany rezultat chcą zagwarantować poprzez nadzwyczajne działania i naciski na wyborców. Ale wykonawcami rozkazów Kremla są praktycznie ci sami ludzie, którzy w przeszłości na masową skalę wybory fałszowali. Być może uda się zmniejszyć poziom manipulacji, ale w dalszym ciągu przynajmniej kilka milionów głosów oddanych na Władimira Putina zostanie sfałszowanych.
SIERGIEJ SZPILKIN: W warunkach rosnącej apatii wyborców nie da się zagwarantować oczekiwanej przez Kreml frekwencji. Zagadką jest jednak, w których regionach Rosji dojdzie do fałszerstw i jakimi metodami zostaną dokonane. Zakładam, że trendy będą różnorodne w zależności od regionu, a decydować o nich będzie konkretny gubernator. Musi on wybrać jeden z dwóch celów: albo uczciwe wybory, albo wysoka frekwencja. W części regionów fałszerstw nie będzie w ogóle, w innych się zwiększą albo zostaną wyprowadzone poza duże miasta.

Reklama
SS: Podobny proces obserwowano już w czasie wyborów parlamentarnych w 2016 r., kiedy w wielu regionach frekwencja wyniosła 35–40 proc. i była chyba bliska rzeczywistej. Oficjalna tymczasem znacznie przekroczyła 70 proc. daleko od oczu świadomych wyborców, czyli poza dużymi miastami i w dużej części republik narodowych (według konstytucji Rosja dzieli się na 85 podmiotów, z czego 22 to republiki przypisane mniejszościom etnicznym, przy czym świat nie uznaje rosyjskości dwóch podmiotów: Krymu i Sewastopola – red.).
Dlaczego Putin dopuszcza do tego, by fałszowano nawet wybory prezydenckie, skoro ma tak wysokie poparcie w sondażach, słabą opozycję, kontroluje administrację, policję, wojsko i służby specjalne?
BO: Wydaje się, że to nie Putin osobiście wyraża zgodę na fałszowanie wyborów. To raczej system fałszuje wybory, rozumiejąc, że wódz oczekuje wysokich rezultatów. A im wyższy rezultat w komisjach wyborczych, tym lepsza przyszłość może czekać lokalnego polityka i cały region.
SS: Często jest to danina, którą gubernator płaci za możliwość działania z pominięciem prawa czy też w zamian za dotacje z centrum. W ten sposób zadłużone regiony próbują ograniczać swoje długi. Wydaje się, że właśnie tak stolica Mordowii Sarańsk została wpisana na listę miast organizatorów tegorocznych piłkarskich mistrzostw świata (frekwencja w latach 2007–2008 osiągała tam 93–94 proc. – red.). Oczywiście, docierają do nas sygnały, że proces fałszerstw jest w jakimś stopniu centralnie nadzorowany, by zagwarantować zadowolenie Putina z wyników.
BO: Niewykluczone, że zajmuje się tym pomocnik prezydenta Władisław Surkow. Ale to od instruowanych przez niego gubernatorów zależy, w jaki sposób spełnią życzenie Kremla. Jak widać, podchodzą oni do problemu bardzo różnie. Nie wszyscy dążą do przewyższenia oczekiwań Moskwy i sztucznego udowodnienia, że są efektywnymi i lubianymi przez wyborców przywódcami.
Prezydent ma w ogóle świadomość, jak Rosjanie naprawdę głosują?
BO: Rosyjscy politycy i urzędnicy nie są zainteresowani informowaniem przełożonych o dokonanych przez siebie fałszerstwach oraz o ich poziomie. Konieczność fałszowania wyborów oznacza, że dana osoba źle wypełnia powierzone jej zadania. Dlatego wydaje się, że rzeczywisty poziom fałszerstw wyborczych wcale nie musi dochodzić na Kreml.
Czy w takim wypadku teza, że Putin może bez fałszerstw wygrać każde wybory, jest prawdziwa?
SS: Dokonana przeze mnie analiza statystyczna poszczególnych wyborów prezydenckich pokazuje, że Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew otrzymywali w kolejnych wyborach od 8,8 mln w 2004 r. przez 14,5 mln w 2008 r. do 11,5 mln w 2012 r. „dodatkowych” głosów, co stanowi około jedną czwartą wykazanego poparcia. W latach 2004, 2008 i 2012 nie wpłynęłoby to na wygraną Putina (a w 2008 r. Miedwiediewa) w pierwszej turze, ale zamiast oficjalnych 63–71 proc. ich rzeczywisty rezultat wyniósłby zaledwie około 56–60 proc. Inna sytuacja miałaby miejsce w 2012 r., kiedy Putin mógłby nawet zostać zmuszony do walki w drugiej turze. Oficjalnie dostał wtedy 63 proc. Problemy z wygraną w pierwszej turze mógłby mieć również w swoich pierwszych wyborach w 2000 r. Chociaż skala fałszerstw była tam nieporównywalnie niższa, to niższa była również skala poparcia dla Putina, które oficjalnie wyniosło 52,9 proc. Chociaż jest to wysoce prawdopodobne, nie możemy być pewni, czy Putin wygrałby drugą turę, gdyby ta miała miejsce.
Jak wyglądają rzeczywiste wyniki prokremlowskiej Jednej Rosji w wyborach parlamentarnych?
SS: W dwóch ostatnich cyklach wyborczych władza fałszowała i przypisywała partii rządzącej niemal połowę oficjalnie otrzymanych przez nią głosów. W 2011 r., według moich ocen, Jedna Rosja otrzymała nie 32,3 mln głosów, lecz o niemal 15 mln mniej, a w 2016 r.– nie 28,5 mln głosów, ale o 12 mln mniej. Zapewniło jej to w Dumie odpowiednio większość bezwzględną i konstytucyjną.
Gdyby nie dopisywano jej głosów, które siły polityczne otrzymałyby więcej mandatów?
SS: Najprawdopodobniej pseudoopozycja, czyli partie już obecne w Dumie. Brak fałszerstw nie przyniósłby wygranej żadnej z sił prodemokratycznych. Tu mamy inny problem. Demokraci są po prostu słabi.
BO: Być może partie demokratyczne zdobyłyby mandaty w 2003 r., kiedy niewiele im zabrakło do przekroczenia progu wyborczego.
W jaki sposób można wykryć i udowodnić fałszerstwa wyborcze?
SS: Najważniejszym zadaniem osoby działającej w oparciu o statystykę wyborczą jest wyszukanie w oparciu o dane oficjalne grupy lokali wyborczych, w których frekwencja jest normalna, a wyniki w miarę do siebie podobne, czyli wszystko wygląda prawdopodobnie. Wzorując się na wynikach z tych komisji, otrzymujemy swego rodzaju wzorzec, który pozwala oceniać drastycznie odmienne wyniki jako skażone.
Wyszukując komisje normalne i skażone, stworzył pan autorską metodę, którą nawet nazwano metodą Szpilkina.
SS: Tworzone przeze mnie diagramy pokazują rozkład wyników głosowania na poszczególnych kandydatów bądź partie w zależności od wysokości frekwencji. W normalnej sytuacji frekwencja w większości komisji jest podobna. Podobnie, w zależności od frekwencji, rozdzielają się również głosy na poszczególnych kandydatów bądź partie. Jeżeli w części komisji wyniki zostaną zniekształcone, rozkład pokazuje wzrost poparcia kandydata wspieranego przez władzę wraz z rosnącą frekwencją. Porównując wspomniany wcześniej wzorzec oraz wyniki skażone, możemy oszacować liczbę dodatkowo oddanych głosów.
BO: Główną zaletą metody Szpilkina jest możliwość stosunkowo prostej oceny skali fałszerstw. Obok niej można m.in. porównywać liczbę głosów nieważnych oraz głosów na siłę wspieraną przez Kreml. Na tej podstawie uzyskuje się podobną ocenę skali fałszerstw. Zdarza się, że w całym rejonie (odpowiednik powiatu – red.) nie ma nawet jednego nieważnego głosu. 20 tys. wyborców zagłosowało bez błędu! Można również badać wielkość poparcia dla poszczególnych partii i odkryć, jak to miało miejsce w 2016 r. w Saratowie, że w setce komisji Jedna Rosja otrzymała identyczny wynik 62,2 proc. W 2016 r. w co siódmym regionie Rosji mieliśmy do czynienia z przypadkami, gdy wyrażone w procentach poparcie dla Jednej Rosji było identyczne aż do pierwszej cyfry po przecinku w dziesiątkach, a nawet setkach lokali. To nie jest dowód na zniekształcenie wyników w komisjach wyborczych, ale na to, że wyniki wyborów zostały narysowane (czyli wpisane do protokołów niezależnie od procesu liczenia głosów, zgodnie z zamówieniem odgórnym – red.). Są również metody czysto matematyczne, które pozwalają z niemal stuprocentową skutecznością stwierdzić, że fałszerstwa miały miejsce, chociaż nie określają one ich geografii ani skali. Służy do tego między innymi test badający ostatnie cyfry w protokołach wyborczych, na przykład w wynikach partii rządzącej albo we frekwencji. Często okazuje się, że pojawiają się tam niemal wyłącznie zera i piątki. Albo kiedy jakaś komisja się wycwani, to zer i piątek może tam być nieproporcjonalnie mało.
Na czym polega rola Ełły Pamfiłowej, powołanej w 2016 r. szefowej Centralnej Komisji Wyborczej?
BO: Każdy kolejny szef CKW dziedziczy funkcję piorunochronu dla władzy. Ełła Pamfiłowa to osoba uczynna i zwyczajnie ludzka, co odróżnia ją od jej poprzednika Władimira Czurowa, zwanego czarodziejem Putina. Jej powołanie nie było rewolucją, chociaż w jakimś stopniu wpłynęło na pracę komisji wyborczych, gdyż z nową szefową można rozmawiać, w odróżnieniu od jej poprzednika. W niektórych regionach pozwoliło to na uniezależnienie się części komisji od nacisków administracji lokalnej. Zdarza się nawet, że oczekują one od obserwatorów wyborczych realnej obserwacji ich pracy, by nikt nie mógł na nią wpływać. W innych regionach nie zmieniło się nic.
W Polsce planowana jest instalacja kamer internetowych we wszystkich lokalach wyborczych. Jaki był wpływ kamer na wybory w Rosji?
BO: W 2012 r. kamery zainstalowano we wszystkich lokalach wyborczych, ale nijak nie wpłynęło to na poziom uczciwości. Komisje uczciwe i nieuczciwe zdarzały się zarówno tam, gdzie były kamery, jak i tam, gdzie ich nie było.

SS: Potem, kiedy liczba kamer spadła, wyniki partii rządzącej i frekwencja były często niższe tam, gdzie są zainstalowane kamery. Ta zależność to jednak tylko pozorne świadectwo przełożenia instalacji kamer na uczciwość wyborów. To raczej wynik tego, że są one instalowane najczęściej w największych miastach, gdzie wyniki głosowania są zwykle znacząco niższe od wyników z małych miasteczek i wsi. Sama obecność kamer w niczym nie pomaga, co pokazują udokumentowane dzięki nim przypadki fałszerstw wyborczych np. w Kazaniu. Ludzie robią przed kamerami najbardziej fantastyczne rzeczy: zasłaniają je, otwierają urny, wrzucają do nich paczki z kartami do głosowania.