Nie jestem systematycznym czytelnikiem komentarzy pod tekstami w internecie, nawet własnymi. Zdziwiłem się jednak, że pod moją, jak najbardziej przewidywalną przecież, opinią na temat słów Ryszarda Czarneckiego o Róży Thun pojawiło się sporo komentarzy – a jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że były one krytyczne. Wobec mnie – że za mało mu dowaliłem.
Nie broniono w nich eurodeputowanego PiS, który „miał odwagę przeciwstawiać się Niemcom”, a którego szkaluje polskojęzyczny dziennikarz. Takie postawienie sprawy nie zaskoczyłoby mnie, bo podobne argumenty są częste. Krytyka dotyczyła czego innego: co prawda napisałem o zachowaniu polityka, że ohydne, a o jego słowach, że były obrzydliwe, aliści tego typu ciepłe, serdeczne określenia to o wiele za mało. O wiele! Jak zatem powinienem napisać? No, co najmniej... można się domyślić. W każdym razie sugerowanie, że p. Ryszard to też człowiek, potraktowano jako objaw moralnego upadku Wróbla.
W tym sęk, że gdyby ktoś nazwał Czarneckiego tak, jak on nazwał Thun, to cały sens krytyki sprowadziłby się do tego, że „biją naszych”, a nie dotyczy ona sposobu, jakiego Czarnecki użył. Krytyka nonsensowna, w demokracji „naszych” na pewno będzie się krytykować (i vice versa), często za ostro. W nie-demokracji po Czarneckiego przychodzi policja myśli i maltretuje go za to, że szczekał na tych, którzy są pod ochroną władzy. W demokracji policja też przyjdzie po Czarneckiego – podobnie jak po każdego innego – ale nie za to, kogo, lecz za to, jak dał upust swoim emocjom. Nazwanie kogoś „szmalcownikiem” jest dopuszczalne dopiero wtedy, kiedy ten ktoś za pieniądze wyda na więzienie lub śmierć niewinną osobę.