12.1.Warszawa (PAP) - We wtorek władze PO mają zająć się wypowiedzią Janusza Palikota o byłej minister rozwoju regionalnego Grażynie Gęsickiej. Palikot deklaruje, że może przeprosić Gęsicką, a z Platformy odchodzić nie zamierza - chyba, że zostanie wyrzucony.
W piątek, odnosząc się do zarzutów Gęsickiej o słabe wykorzystanie przez Polskę funduszy z Unii Europejskiej, Palikot powiedział: "Przykro mi, że prostytucja w polityce sięga nawet pani minister Gęsickiej. Nie myślałem nigdy, że ona się tak prostytuuje". W poniedziałek w Radiu ZET zadeklarował, że może przeprosić byłą minister.
Gęsicką - i wyborców Platformy - przeprosił w poniedziałek wieczorem w TVN24 szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak. "Jest mi wstyd, (...) to są słowa, które nigdy nie powinny były paść" - powiedział Nowak, oceniając jednocześnie, że chociaż Palikot słusznie skrytykował byłą minister bo "mówiła nieprawdę", to użył "skandalicznej" formy.
"Spodziewam się, że zarząd we wtorek zajmie się tą wypowiedzią" - powiedział PAP w poniedziałek Sławomir Nitras, który zasiada w zarządzie. W ocenie Nitrasa, Palikot powinien ponieść konsekwencje, ale nie sprecyzował jakie.
Sprawą mają zająć się nie tylko władze partii, ale też - w środę - kolegium klubu parlamentarnego PO.
"Na poziomie klubu, na poziomie zarządu krajowego PO będziemy o tym rozmawiać. Nie chcę przesądzać konsekwencji, bo będziemy rozmawiać o problemie. Ale mam nadzieję, że ta sprawa nie będzie miała ciągu dalszego. Chciałbym w to wierzyć" - mówił w poniedziałek we Wrocławiu wicepremier i jednocześnie sekretarz generalny PO Grzegorz Schetyna.
Nowak zadeklarował, że jest przeciwny wyrzucaniu Palikota z partii. "To byłaby zbyt dotkliwa kara. Uważam, że za słowa, a nie czyny czasami można po prostu przeprosić i uznać, że sprawy nie było. Za czyny się powinno ludzi wyrzucać. Uważam, że Janusz Palikot żadnego złego czynu nie wykonał, wypowiedział złe słowa. Dużo bardziej brzemienne w skutkach są czyny, a nie słowa" - powiedział szef gabinetu Tuska.
Wyciągnięcie konsekwencji wobec Palikota zapowiedział szef klubu PO Zbigniew Chlebowski. "Język, jakiego użył nie zyskuje akceptacji w PO. Na pewno będziemy musieli wyciągnąć konsekwencje, ale jakie (...) dzisiaj jeszcze nie chcę o tym mówić" - mówił.
Chlebowski przyznał jednocześnie, że wobec Palikota władze klubu wyciągnęły już "wszystkie możliwe kary i konsekwencje", a wyrzucenie z klubu "nie wchodzi w rachubę". Szef klubu PO dodał jednocześnie, że "Gęsicka w tej sprawie wyjątkowo kłamie i rzeczywiście zachowuje się obłudnie".
W poniedziałek w Radiu ZET Palikot oświadczył, że może przeprosić posłankę PiS za to, że nazwał jej zachowanie politycznym prostytuowaniem się. Ocenił też, że czeka go "przykra i nieciekawa" rozmowa z premierem Donaldem Tuskiem.
Palikot ujawnił, że rok temu w czasie takiej rozmowy Tusk proponował mu odejście z PO. Miało to być po tym jak na jednym ze spotkań partyjnych założył koszulkę z napisem: "Jestem gejem, jestem z SLD".
Pytany, czy jeśli również tym razem premier zasugeruje mu odejście z PO posłucha szefa rządu, odpowiedział, że nie. Jak zaznaczył, za bardzo kocha Platformę by z niej odchodzić. "Mogę zostać wyrzucony, ale sam nie odejdę" - stwierdził.
Wypowiedzią Palikota są zbulwersowane parlamentarzystki Platformy. Domagają się, żeby przeprosił Gęsicką. "Ja i moje koleżanki - posłanki i senatorki Platformy - odcinamy się od takiej formy prowadzenia debaty publicznej. Grażyna Gęsicka w tej sprawie rzeczywiście minęła się z prawdą, rozumiemy, że Janusz Palikot mógł zareagować emocjonalnie, ale chcemy się stanowczo odciąć od sformułowań, jakich użył" - powiedziała PAP Magdalena Kochan (PO).
Jak poinformowała, o stanowisku parlamentarzystek wie szef klubu, a na posiedzeniu zarządu w imieniu posłanek ma mówić Urszula Augustyn. Kochan nie chciała odpowiedzieć na pytanie, czy Palikot powinien zostać wyrzucony z Platformy.
Gęsicka w poniedziałek nazwała wypowiedź Palikota skandaliczną. Podkreśliła, że nie oczekuje przeprosin, bo - jak powiedziała - "przeprosiny od tego typu osoby nie są nic warte". Była minister nie zamierza też wytoczyć Palikotowi procesu o zniesławienie.
W piątek Gęsicka zarzuciła rządowi Tuska m.in. że do końca listopada 2008 r. poziom wydatkowania środków przeznaczonych na lata 2007-2013 wyniósł zaledwie 0,3 proc. W poniedziałek podtrzymała swoje zarzuty wobec rządu PO-PSL o złe wykorzystywanie środków unijnych.
Z kolei minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska powiedziała w poniedziałkowej "Gazecie Wyborczej", że licząc razem z zaliczką, Polska dostała z Komisji Europejskiej 5,3 proc. dostępnych na lata 2007-13 funduszy, co daje nam 3. miejsce w Europie.
Gęsicka oświadczyła w poniedziałek, że Polska z tej nowej perspektywy finansowej 2007-2013 wykorzystała 0,38 proc. (do końca 2008 r.), a różnica 8 promili - od danych podanych w piątek - wynika stąd, iż w piątek dysponowała liczbami z końca listopada 2008 roku.
Zaznaczyła ponadto, że na kontach Narodowego Banku Polskiego znajduje się zaliczka w wysokości 5 proc. unijnych środków, ale ta zaliczka również nie została wykorzystana. Stąd - jak wyjaśniła - dane Komisji Europejskiej (o których mówiła Bieńkowska), że przekazano Polsce 5,38 proc. tego, co nam przyznano na lata 2007- 2013, nie kłócą się z jej słowami: 5,38 proc. jest bowiem sumą zaliczki i realnie wydanych przez Polskę środków - mówiła.
Wiceminister rozwoju regionalnego Jarosław Pawłowski poinformował w poniedziałek, że kwota wypłaconych środków unijnych to na koniec 2008 roku 972 mln zł, czyli 0,39 proc. dostępnych.
Podpisane umowy - powiedział Pawłowski - opiewają na koniec 2008 roku na 10,1 mld zł dofinansowania z UE, ale całkowita wartość tych umów to ponad 12 mld zł. Zaznaczył jednocześnie, że to niepełna kwota, ponieważ "na koniec roku mieliśmy +górkę+ w podpisywaniu umów i jeszcze nie wszystkie zostały wprowadzone do systemu". Uważa on, że pod koniec kwartału tego roku kwota ta może wynieść nawet 20 mld zł.
Gęsicka dopytywana przez dziennikarzy przyznała, że za czasów jej rządów w roku 2007 nie podpisano ani jednej umowy z nowej perspektywy finansowej. "Proces inwestycyjny toczy się w czasie" - tłumaczyła, podkreślając, że za jej rządów podpisywane były kolejne programy unijne i tym pochłonięty był resort. (PAP)