- Skorzysta na tym Polska, zwłaszcza w perspektywie zbliżającego się brexitu - mówi Charles Kupchan w rozmowie z DGP.
Reklama
Charles Kupchan – senior fellow w Radzie Stosunków Międzynarodowych (Council on Foreign Relations), prestiżowym, amerykańskim think tanku. Wykłada również w Szkole Dyplomacji im. Edmunda Walsha przy Uniwersytecie Georgetown, nazywanej „West Point amerykańskiej dyplomacji”. W latach 2014–2017 zasiadał w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa jako dyrektor ds. europejskich i specjalny doradca prezydenta Baracka Obamy – to funkcja, którą pełnił również za pierwszej kadencji Billa Clintona. Autor książek: „Niczyj świat: Zachód, wschodząca reszta i nadchodzący, globalny zwrot” oraz „Koniec amerykańskiej ery: polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych i geopolityka XXI w.”. / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Czy za prezydenta Trumpa Europa Środkowo-Wschodnia może zająć bardziej eksponowane miejsce w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych?
Trudno powiedzieć, chociażby z tego względu, że polityka Trumpa względem całej Europy jest niekonsekwentna. Jeszcze jako kandydat na prezydenta mówił, że priorytetem jego polityki zagranicznej będzie poprawa stosunków z Rosją. Po objęciu urzędu z niechęcią odnosił się do art. 5 [traktatu północnoatlantyckiego, na mocy którego powstało NATO; mówi on o tym, że atak na jedno państwo Sojuszu to atak na wszystkie – red.]. Był także sceptyczny względem projektu integracji europejskiej. Zdaje się jednak, że w ciągu ostatnich kilku tygodni zmienił zdanie. Zapewnił o przywiązaniu Stanów Zjednoczonych do art. 5. Zmienił sposób mówienia o NATO i przestał nazywać Sojusz „przestarzałym”. W jednym z wystąpień poparł silną Europę. Świadczyłoby to o powrocie na bardziej tradycyjne stanowisko w kwestii europejskiego bezpieczeństwa. Trudno jednak wyciągać wnioski odnośnie do polityki zagranicznej prezydenta na podstawie tego, co powiedział wczoraj lub dziś, bo może to ulec zmianie jutro. Wygląda jednak na to, że polityka Trumpa dryfuje w stronę czegoś, co można byłoby nazwać mainstreamem – stanowiskiem podobnym do tego, jakie mieli Barack Obama czy George W. Bush.
Jak Polska wpisuje się w tę perspektywę?
Nie ma powrotu do minionych czasów, do lat 90. i początku nowego wieku, kiedy Polska w pewien sposób była jednym z kluczowych sojuszników Stanów Zjednoczonych. To był wyjątkowy czas, upadł mur berliński, a priorytetem było rozszerzanie europejskiej przestrzeni na wschód. Polska znajdowała się w forpoczcie wysiłku przesuwania w tym kierunku demokracji i kapitalizmu. Co więcej, cała Europa znajdowała się wtedy w centrum amerykańskiej polityki zagranicznej. Od tego czasu jednak portfolio stało się bardziej skomplikowane, chociażby z powodu rosnącego znaczenia Bliskiego Wschodu czy geopolitycznych niepewności we wschodniej Azji. Europa nie stała się przez to nieważna, ale musi teraz niejako konkurować z innymi regionami o uwagę. Wniosek z tego płynie taki, że Polska stała się zwykłym sojusznikiem, takim jak Hiszpania czy Włochy. To jest bardzo dobra wiadomość, ale to znaczy też, że Polska nie ma już takiego specjalnego statusu jak tuż po zakończeniu zimnej wojny.
W Warszawie od zawsze tkwiły jednak ambicje, żeby być czymś więcej niż tylko zwykłym sojusznikiem.
Nie chcę sugerować, że między Polską a USA nie ma czegoś historycznego. Jest chociażby silna więź biorąca się z liczebności polskiej diaspory w Stanach, a także tego, że Polska jest wyjątkowym sojusznikiem. To nie przypadek, że w ramach wysuniętej obecności Sojuszu na wschodzie Ameryka zdecydowała się wysłać swoje siły właśnie do Polski. Nad Wisłę trafiła też część jednej z amerykańskich dywizji. To też coś mówi o znaczeniu geopolitycznym Polski.
Mówi pan, że Trump powoli zmienia swoją politykę na bardziej mainstreamową. Mam jednak wrażenie, że tak było w wypadku paru ostatnich prezydentów. Barack Obama na początku też traktował Europę po macoszemu, bo zależało mu na resecie z Rosją.
Obama objął urząd z nadzieją, że uda mu się zbudować silne partnerstwa ze wschodzącymi mocarstwami poza Europą, ale urzędowanie kończył jako zdeklarowany „atlantycysta” z ang. zwolennik silnych relacji pomiędzy USA a Europą – red.]. W miarę upływu czasu skupił się bardziej na europejskim projekcie, być może dlatego, że zdał sobie sprawę z jego kruchości. Proszę pamiętać, że w ubiegłym roku odbył podróż do Europy, gdzie najpierw w Wielkiej Brytanii przestrzegał przed brexitem, a potem w Hanowerze wygłosił najbardziej proeuropejskie wystąpienie w swojej karierze. Pod koniec rządów postrzegał UE jako wspaniałe i niezwykle cenne osiągnięcie. Podobną drogę przeszedł George W. Bush, który w czasie wojny w Iraku miał lekko negatywne zdanie o Europie, ale później też został atlantycystą. Tak się dzieje, bo amerykańscy prezydenci orientują się, że nie mają lepszego partnera niż Europa.
Czy w przypadku Trumpa zachodzi ten sam proces, tyle że szybciej?
Nie jestem pewien, czy Trump już do tego dojrzał, ale obstawiam, że dojrzeje, bo nie ma innej alternatywy. Jeśli będąc amerykańskim prezydentem podniesie się słuchawkę i zadzwoni do Pekinu, New Delhi, Brasilii czy Ankary i zada się pytanie: czy możecie wysłać swoje wojska na misję pokojową? Czy wyślecie szpital do walki z epidemią eboli? Ile myśliwców jesteście w stanie wysłać do walki w ramach koalicji przeciw Państwu Islamskiemu? – odpowiedź zazwyczaj brzmi: nie, dzięki. Z kolei jeśli zadzwoni się do Europy, to można nie dostać wszystkiego, czego się chce, ale można otrzymać pomoc. Dzięki temu więź pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi pozostaje silna.
Za dwa lata Europa skurczy się o jednego dość ważnego członka.
Wydaje mi się też, że na skutek brexitu Polska stanie się bardziej wpływowa w Unii Europejskiej, a przez to ważniejsza z perspektywy Waszyngtonu. Brytyjczycy w UE popierali zazwyczaj interesy zbieżne z amerykańskimi, ale ponieważ opuszczają Wspólnotę, Stany Zjednoczone zaczną się rozglądać za innymi państwami członkowskimi, które mają poglądy podobne do amerykańskich. I jednym z krajów, który przychodzi na myśl w tym kontekście, jest Polska. Uważam, że byłoby to także w jej w interesie.