Dziś w życiu publicznym prowokatorami nie są już słabi i bezsilni, ale ci, którzy mają władzę i wciąż pragną być w centrum uwagi.
Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że dziś terminy z internetowej popkultury czasem lepiej opisują współczesną politykę niż tradycyjny słownik nauk politycznych. A niekiedy okazują się one wręcz niezbędne. Jak na przykład nazwać upodobanie współczesnych polityków do kolejnych pozornie bezsensownych i jałowych prowokacji, które stały się nieodłączną częścią medialno-politycznej karuzeli, w której „wywoływanie reakcji” jest – czasem, jak na Facebooku, rozumiane dosłownie – najważniejszą walutą. Przecież chyba nie obserwujemy jakiegoś najazdu rozbrykanych nastolatków na politykę? Głupie zaczepki i czyste złośliwości są równie często środkiem do celu bez względu na doświadczenie, wiek czy polityczną orientację. O co więc chodzi? To po prostu trolling. A konkretnie „zarządzanie przez trolling”.
Reklama

Reklama
Słownikowa definicja angielskiego słowa – a „trolling” trafił i do edycji Cambridge, i oksfordzkiej – mówi, że trollowanie to celowe wysyłanie irytujących lub bolesnych komunikatów celem wywołania reakcji pozostałych uczestników rozmowy. Trolling w sieci narodził się wraz z pierwszymi listami dyskusyjnymi, zanim jeszcze powstał standard WWW i zręby internetu, jaki znamy dziś. I od razu też stworzył swoich bohaterów – osoby i grupy osób, które dorobiły się legendarnego wręcz statusu dzięki zuchwałym i zabawnym lub okrutnym i podłym żartom oraz prowokacjom. Dość powiedzieć, że grupa hakerska Anonymous, która brała czynny udział w cyfrowej walce z reżimem Baszara al-Asada w początkach tak zwanej arabskiej wiosny oraz zaatakowała globalnych operatorów kart kredytowych w trakcie afery związanej z wyciekami WikiLeaks, też wzięła się z kultury internetowego żartu i czerpie z repertuaru trolli. I choć trollowanie ma swoje momenty geniuszu, nie bez powodu kojarzy się zazwyczaj z czymś nieskończenie bardziej prymitywnym niż wielopiętrowe żarty z mediów czy politycznego establishmentu. Dużo częściej niż wirtuozem dowcipu, typowy troll będzie opryskliwym i pozbawionym grama subtelności upierdliwcem, który bez pytania i taktu wtrąci trzy grosze do dyskusji, nierzadko skutecznie ją gasząc lub przekierowując na inne tory.
Poselskie prowokacje
Pierwsza zasada brzmi: „nie karmić trolla”. Czyli: nie wdawać się w rozmowę z prowokatorem, nie powielać jego bzdur, nie dać się sprowokować i odciągnąć od tematu. Brzmi łatwo, ale w praktyce wcale łatwo nie jest. Metody pospolitych trolli w polskim internecie poznał chyba każdy, wrzutki w rodzaju „a gdzie byłeś, kiedy Platforma/PiS...”, zmuszanie interlokutorów do tłumaczenia się z cudzych grzechów, atakowanie rozmówców za pomocą zdementowanych lata temu faktoidów, celowe doprowadzanie argumentów do absurdu... repertuar jest niewyczerpany, ale i ograniczony do kilku zamierzenie irytujących czy bolesnych tematów. I weź się tu, człowieku, nie pokłóć. Choć radykalna prawica wychodowała legiony swoich trolli – a pracującego nad kampanią PiS-u Pawła Szefernakera oskarża się o ich finansowanie – trolling w dyskusjach politycznych jest ponadpartyjny i stosują go, nawet jeśli w różnych proporcjach, wszyscy przeciwko wszystkim. Wystarczy jednym powiedzieć, że Polacy są antysemitami, a drugim, że nimi nie są, aby przygotować grunt pod piekiełko.
To oczywiście, co w internecie klasyfikowane jest jako trolling, istniało i istnieje w świecie polityki – i ma się całkiem dobrze offline. Nie ma lepszego przykładu żywego (i aktywnego od dziesięcioleci) trolla niż Janusz Korwin-Mikke. Ten nigdy nie zawodzi, gdy media potrzebują kogoś, kto powie coś ciekawego o Hitlerze albo że kobiety są głupie, a nakaz zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie to zamordyzm godny najmroczniejszego stalinizmu. Janusz Palikot też potrafił doprowadzić swoich przeciwników do białej gorączki, gdy przed kamerami pił wódkę, czyniąc aluzje do rzekomego alkoholizmu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, albo pokazywał się ze świńskim łbem czy wibratorem. Wnikliwsze oglądanie obrad Sejmu też dostarcza przykładów trollingu w pełni wypełniających słownikową definicję – „wysyłanie irytujących lub bolesnych komunikatów celem wywołania reakcji pozostałych uczestników rozmowy”. Klasyczne już „panie marszałku kochany” posła Platformy Obywatelskiej Michała Szczerby okazało się zresztą tak skuteczne, że sprowokowało marszałka do wykluczenia nieszczęsnego posła z obrad, a w efekcie, do paraliżu obrad i niemałego kryzysu. Krystyna Pawłowicz słynie z gorących i potoczystych, pełnych inwektyw wpisów w internecie, którymi bardziej nawet niż swoich zwolenników, ściąga swoich przeciwników, by ci, wiedzeni oburzeniem, wdali się w dyskusję, pompując balonik samej posłanki.
Skoro jednak trolling – lub inaczej, po prostu prowokacje – były i są w polityce obecne, po co o nich pisać i doszukiwać się jakiegoś nowego zjawiska? Dlatego, że na naszych oczach dokonuje się istotna zmiana i dotyczy ona tego, kto po trolling sięga i do czego zaczyna służyć. Dotychczas prowokacje, trollowanie, głupie zgrywy były prawie bez wyjątku narzędziem w rękach słabych. Do politycznego elementarza, który opanować musiała każda mała partia czy parlamentarna frakcja, było organizowanie happeningów, sensacyjnych konferencji prasowych, wysyłanie na front medialnej walki oryginałów lub oszołomów (faktycznych lub gorliwie udających). Palikot był doskonałym przykładem – trollował cynicznie, świadomie i na chłodno. Przesada – szczera lub zamierzona, karykaturalna wręcz egzaltacja – jest też stałą bronią, stąd nacjonaliści w polskim parlamencie, jak Robert Winnicki, bez umiaru ślą petycje, histeryczne apele i kipiące oburzeniem listy protestacyjne, strasząc „upadkiem cywilizacji”, „niszczeniem wartości” i „promocją dewiacji”. Przesada i bombastyczna forma komunikatu sprawdzają się jako trolling, bo też świetnie wabią przeciwników, chętnych oburzyć się na cudze oburzenie.
To jednak już przeszłość – dziś w polityce arcytrollami nie są ci słabi i upokorzeni, lecz ci silni i upokarzający. To ci, którzy mają władzę, dziś zupełnie celowo, z premedytacją i działając w pełni świadomie, irytują, prowokują i sprawiają przykrość, byleby zwrócić na siebie uwagę, zmienić temat lub po prostu dla czystej przyjemności, która płynie z bycia w centrum uwagi (i wywoływania złych emocji), jaka od zawsze pchała trolli do trollowania.
Przykłady? Donald Trump – bez wątpienia prowokator i troll także w swoim wcieleniu jako celebryta i biznesmen – na szefa EPA, agencji zajmującej się ochroną środowiska naturalnego w USA, mianował Scotta Pruitta, człowieka, który z EPA spotykał się dotychczas... w sądzie, a prywatnie uważa, że instytucja powinna przestać istnieć. Jego poglądy na naukowy fakt zmian klimatycznych były przedmiotem żywej debaty i oglądanej przez miliony internautów sesji w Kongresie, gdy przesłuchująca go komisja dociskała, aby ten w końcu zadeklarował się, czy naprawdę neguje istnienie zmian klimatu, a ten wił się i kluczył. Jeśli komuś narzuca się analogia z Polską – to nie bez powodu. Minister Szyszko, nominowany przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, wykazuje się niebywałą zdolnością wyprowadzania słuchaczy jego wywodów z równowagi i podobną ignorancją w sprawach naukowych. Ostatnio na przykład ogłosił, że nie ma żadnego dużego gatunku zwierząt, który wyginął wskutek polowań – wypowiedź ta została od razu wytypowana jako potencjalny wygrany „biologicznej bzdury roku”, jednej z antynagród naukowej blogosfery. Błędem byłoby myślenie, że są to wypowiedzi i działania niepowiązane – zarówno Trump, jak i Kaczyński mieli z pewnością szerszy wybór niż Pruitt i Szyszko. Jednak z jakiegoś powodu zdecydowali się właśnie na nich – ze świadomością, że polityczny koszt kontrowersyjnej nominacji bilansować będzie zysk innego rodzaju: wściekłością przeciwników i upokorzeniem środowisk eksperckich „drugiej strony”. W konwencjonalnej polityce nie byłby to bynajmniej rachunek opłacalny, ale i polityka dziś daleka jest od konwencjonalnego sporu establishmentowych ugrupowań, swoistej przepychanki w rodzinnym gronie.
Jak zmusić wroga do błędu
Jeszcze lepiej zaś trolling ludzi u władzy można zobrazować za pomocą działań prezesa TVP Jacka Kurskiego, który – przy wszystkich swoich wadach – coś jednak o mediach i telewizji wie. Pomimo tego jednak zdecydował się na zatrudnienie przy Woronicza młodych i gorącogłowych dziennikarzy bez wcześniejszego doświadczenia w telewizji – „hipster prawicę” – i oddanie im prestiżowych anten oraz powierzenie dobrze płatnych dyrektorskich foteli. Znów: dla telewizji jako instytucji medialnej nie może przynieść to niczego dobrego, ale nie o to przecież chodzi. Młodzi i pyszni, z niedawnego i gwałtownego awansu, nuworysze w mediach niekoniecznie wzbogacą merytorycznie antenę, ale z pewnością dostarczą powodów do zgryzoty środowisku dziennikarskiemu i zdecydowanej większości Polaków, którzy nie podzielają rewolucyjnego zapału prawicowej młodzieży, a już na pewno ich wiary w spiskowe teorie i stylu debaty żywcem przeniesionego z internetowych pyskówek. Środowisko dziennikarskie – nawet bliskie PiS-owi – zostało strollowane: a wszystkim pokazano, że ani dorobek, ani lojalność wobec władzy nie gwarantują już niczego. Doświadczenie historyczne – wszystkich rewolucji, także powojennej rewolucji społecznej w Polsce – doskonale pokazuje, że nic tak nie prowokuje i nie upokarza dawnych elit, przedstawicieli ancien régime’u, jak fakt, że w fotelach dawnej klasy profesjonalnej rozsiadają się jacyś zetempowcy.
No i wreszcie: Misiewicz. Dobiegająca chyba już końca saga z młodzieńcem wielu talentów – aptekarzem, rzecznikiem, członkiem rady nadzorczej, „panem ministerem” od salutowania i limuzyn – była najlepszym (najgorszym?) trollingiem ostatniej dekady. Misiewicz właściwie istniał po to, aby trollować, wkręcać ludzi w upupiające, jałowe debaty, z których wszyscy wychodzą obrzuceni błotem, a nikt mądrzejszy. A oprócz nominacji można wymieniać bez końca wypowiedzi, propozycje i luźne uwagi, które służą temu samemu: by inni wystarczająco się wkurzyli. I znów: niewyłącznie robi to dziś w Polsce PiS lub niewyłącznie PiS się o to oskarża. W 2010 r. MSZ wrzucił do pieca worek z rzeczami po Tomaszu Mercie, ministrze w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, gdzie miała być też obrączka ślubna, na jaką czekała wdowa po nim. Część prawicy – wątek ten podnosił na posiedzeniu komisji spraw zagranicznych w Sejmie dzisiejszy minister przy alei Szucha Witold Waszczykowski – do dziś uważa to zdarzenie nie za tragiczną pomyłkę, ale okrutny, złośliwy, podły żart na grobie politycznego przeciwnika.
Po co zatem trolling? Oprócz perwersyjnej satysfakcji z poniżania lub wykpiwania innych, służy on – wbrew pozorom – celom całkiem poważnym. Najlepiej wytłumaczyć to za pomocą metafory militarnej. Dowódcy wiedzą, że czasem dobrym rozwiązaniem jest, zamiast wdawać się od razu w bitwę, wiązać siły wroga i angażować go na innych polach. Istnieje szansa, że się zmęczy, że popełni błąd, że w końcu zaangażuje siły nie tam, gdzie powinien. Lub zwyczajnie się zdekoncentruje. To jest główna strategiczna myśl za trollingiem władzy. Trolling nie stał się narzędziem zarządzania wyłącznie dlatego, że dzisiejsza władza jest bardziej okrutna, złośliwa, dziecinnie kapryśna niż inna. Stał się nim dlatego, że jest w dzisiejszych warunkach medialnych łatwiejszy i bardziej opłacalny niż kiedykolwiek. I przynosi efekty. Kolejne akty trollingu naprawdę złoszczą i prowokują do reakcji przeciwników. Ci naprawdę bardziej zaś zajęci są czasem odpowiadaniem na kolejne skandaliczne wypowiedzi, trawią czas na jałowych dyskusjach, dają się prowadzić na manowce.
Co więcej, skuteczność takiej taktyki została potwierdzona przez badania naukowców, którzy przeprowadzili olbrzymie badanie chińskiego internetu – gdzie władza za pomocą płatnych trolli walczy z niezależnie myślącymi komentatorami. Badacze potwierdzili, że nie polemika ani nie propaganda działają najskuteczniej – lecz właśnie trolling, skandalizowanie, zamęczanie innych irytującymi wiadomościami. Trolling pozornie wywołuje dyskusję, lecz tak naprawdę ją zabija. W jakimś przewrotnym ujęciu „zarządzenie przez trolling” to tylko kolejna faza profesjonalizacji polityki i jej zlewania się z nowoczesnymi mediami. Ale, nie da się ukryć, jest to makiawelizm o ohydnej twarzy nastoletniego okrutnika, który walczy z całym światem za pomocą szczeniackich żartów i buńczucznych zaczepek. Albo dziecka, które męczy innych tak długo i uporczywie, aż wszyscy zrezygnowani w końcu mu ulegną. Ale to wciąż jest polityka.
Jak się przed tym bronić? „Nie karmić trolla”. Żeby to tylko było takie łatwe – troll jest tak silny, jak nasze przekonania i chęć ich obrony, a nieuchwytny, jak to możliwe tylko w dwudziestoczterogodzinnym cyklu medialnym, przesyconym komunikatami i dostarczającym po uszy bodźców. Dlatego zostaje z nami na dłużej.