Przywódcy deklarują chęć rozbrojenia nuklearnego. Za kulisami wciąż jednak toczy się wyścig zbrojeń.
Reklama
Zniesienie sankcji w zamian za rozbrojenie atomowe – taką propozycję przedstawił prezydent Donald Trump w wywiadzie udzielonym przed zaprzysiężeniem. Moskwa zareagowała pozytywnie, ale myliłby się ten, kto uważa, że oznacza to początek ery rozbrojenia atomowego.
Owszem, dwa mocarstwa atomowe są zaangażowane w redukcję arsenałów. Na mocy podpisanego w 2010 r. nowego układu START strony do 5 lutego 2018 r. mają posiadać nie więcej niż 1500 głowic rozmieszczonych na 700 rakietach i samolotach. Czym innym jednak jest redukcja arsenału – zmniejszenie liczby bomb – a czym innym rezygnacja z wojsk strategicznych, czyli sposobów „dostarczenia” bomby do przeciwnika. Dopóki siły zbrojne są wyposażone w ładunki jądrowe, dopóty wojskowi muszą wydawać pieniądze na środki do ich przenoszenia. A te, jak każdy typ uzbrojenia, w miarę upływu czasu się starzeją i muszą być zastąpione nowym sprzętem.
O ile więc świat nie jest już świadkiem wyścigu zbrojeń rozumianym jako gromadzenie jak największej liczby bomb (w 1990 r. USA w gotowości bojowej miały ponad 12 tys. głowic), o tyle wojska strategiczne czeka renesans. Wiele rodzajów uzbrojenia służącego do przenoszenia broni atomowej jest już bowiem przestarzałe. Na polu modernizacji szczególnie aktywna jest Rosja, zaangażowana w unowocześnienie całej triady atomowej (triada składa się z trzech systemów uzbrojenia zdolnych do przenoszenia głowic jądrowych: bombowców strategicznych oraz dwóch typów pocisków balistycznych – odpalanych z lądu i z okrętów podwodnych). W trakcie budowy jest flota okrętów podwodnych klasy Boriej, do służby niedługo trafi nowa lądowa rakieta RS-28 Sarmat, a w przyszłym roku ma zostać pokazany nowy bombowiec strategiczny.
Do wyścigu zbrojeń szykują się również USA. „Ostatni raz inwestowaliśmy w modernizację triady atomowej za prezydentury Ronalda Reagana. Wciąż polegamy na zaprojektowanym wtedy uzbrojeniu, które nawet po okresowych remontach nieubłaganie zbliża się do kresu służby” – apelowali niedawno w „Wall Street Journal” byli dowódcy wojsk strategicznych. Wiele elementów amerykańskiej triady liczy ponad 30 lat. Lądowe pociski Minuteman III pochodzą z lat 70. (chociaż są po gruntownej modernizacji). Okręty podwodne klasy Ohio zaczęły wchodzić do służby w 1981 r., startujące z nich rakiety Trident II na początku lat 90. Relatywnie nowy jest bombowiec B2, który rozpoczął służbę w 1997 r. Każdy z tych typów uzbrojenia wymaga opracowania następcy. Przez 30 lat pochłonie to 1 bln dol.
Dalsza redukcja arsenału oznaczałaby jednak, że USA i Rosja zbliżyłyby się liczbą posiadanych głowic do poziomu mniejszych potęg atomowych. Kraje te powinny zatem dołączyć do rozmów rozbrojeniowych. Triadą oprócz USA i Rosji dysponują Chiny, a od sierpnia 2016 r. także Indie (wtedy do służby weszła łódź podwodna z pociskami balistycznymi). O zbudowanie triady podejrzewa się ponadto Izrael, który jednak nigdy nie przyznał się do posiadania broni „A”. Wojskami strategicznymi – ale już nie triadą – dysponują także Wielka Brytania i Francja (Brytyjczycy nigdy nie mieli lądowych wyrzutni pocisków, a Francuzi zdemontowali swoje po zimnej wojnie).
Ten wyścig zbrojeń może być jednak groźny dla równowagi atomowej. Byłoby idealnie, gdyby żadna ze stron potencjalnego konfliktu nie miała zachęt do pierwszego uderzenia. Tymczasem – jak pisze „Foreign Policy” – taką zachętę tworzą wielogłowicowe lądowe pociski balistyczne (jak RS-28 Sarmat, który będzie przenosił 15 głowic). Zachęcają do pierwszego uderzenia, bo ich zniszczenie pozbawia przeciwnika dużej liczby bomb za jednym zamachem. Z kolei posiadacz takiego uzbrojenia może czuć się zachęcony do ataku znienacka, który zapewni dużą szansę powodzenia. Takie rakiety miały zostać zakazane na mocy układu START II z 1993 r., którego ostatecznie nie ratyfikowano.