Zbyt niskie nakłady na szkolnictwo z budżetu państwa sprawiają, że aby oświata działała, samorządy muszą do niej dokładać coraz więcej. Czy jednak problem tkwi tylko w pieniądzach?

Ile jako państwo wydajemy na edukację?

Krystyna Szumilas: Obecnie wydatki na edukację stanowią 1,94 proc. PKB, podczas gdy w 2015 r. wynosiły one 2,2 proc. PKB. Widać zatem, że udział edukacji w PKB maleje, ale ten spadek najbardziej dotyka samorządy.

Co to oznacza?

Krystyna Szumilas: Samorząd terytorialny odpowiada za finansowanie niektórych zadań, które są objęte subwencją oświatową. Niestety widzimy, że udział samorządu w finansowaniu rośnie. Dane z roku 2021 pokazują, że samorządy wydały łącznie 89 mld zł na zadania objęte subwencją, z czego 37,6 mld zł pochodziło ze środków własnych. Oznacza to, że samorządy zostały obciążone podwójnie: z jednej strony udział subwencji maleje w stosunku do zadań oświatowych, z drugiej dochody samorządów także maleją z powodu m.in. Polskiego Ładu oraz innych procesów.

Jak zatem ten system ma się bilansować, gdy subwencje maleją, a dochody samorządów również maleją?

Joanna Zielińska: Prawda jest taka, żeby gdyby samorządy przestały dopłacać do oświaty, doszłoby do tragedii. Obecnie pokrywają 45 proc. kosztów, które nie są objęte subwencją. Na przykładzie Gdyni: mamy dochody własne w wysokości prawie 2 mld zł, a oświata kosztuje nas 800 mln zł. Proszę pamiętać, że te wydatki są ponoszone kosztem innych zadań.

Gdzie jest granica? W którym momencie samorząd musi powiedzieć „dość”?

Joanna Zielińska: Jeszcze nie osiągnęliśmy tej granicy, jednak jesteśmy już bardzo blisko. To zresztą widać po działaniach samorządów: zaczynamy zamykać przedszkola i zwiększać liczbę dzieci w grupach w celu optymalizacji. Samorząd staje przed ogromnym wyzwaniem, żeby zdecydować, które działania są pilniejsze. Jest to trudne, ponieważ, jak już mówiliśmy, wydatki rosną, a dochody maleją.

Być może w finansowaniu oświaty na poziomie gminy można coś zoptymalizować? Może nie wszystko jest tak złe, jak zwykło się uważać?

Jan Zięba: Są pewne mity. Podam jeden z nich: często słyszę o przeładowanych oddziałach w szkołach, jednak liczby tego nie potwierdzają. Może tak jest w dużych miastach, w dobrych szkołach, ale średnia liczba uczniów w klasach to 19, na wsi jeszcze mniej – 16. Mamy nawet samorządy z jednoosobowymi oddziałami! Prawo jest bowiem takie, że gminy nie mogą nikogo zmuszać do wysyłania dzieci do szkół poza rejonem. Również obecne klasy VII i VIII są mniej liczne, niż były klasy gimnazjalne. A ponieważ pieniądze idą za uczniem, to takie szkoły mają mniejsze możliwości finansowe. Podam przykład: mamy limit 25 uczniów na oddział, więc w sytuacji, w której mamy szkołę wiejską, gdzie jest 26 lub 27 uczniów, przepisy zmuszają do utworzenia dwóch oddziałów po 13 uczniów zamiast jednego większego. Ta decyzja kosztuje ponad 1 mln zł przez osiem lat. Czy nauka języka polskiego w grupie 13-osobowej zamiast 27-osobowej jest warta tego miliona? Nie. To tylko jeden z wielu takich przykładów. Brakuje racjonalności w wydawaniu pieniędzy. A zmiana sieci szkół jest trudna do przeprowadzenia. To sprawia kłopoty.

W których samorządach jest najgorzej?

Jan Zięba: Najbardziej problematyczną sytuację można zauważyć w powiatach. Aż 40 proc. dochodów przeznacza się na dodatkowe wsparcie dla subwencji. Przez ostatnie lata ten wskaźnik wzrastał – jeszcze siedem lat temu nie było konieczności dofinansowywania. Jeśli ten trend będzie kontynuowany, to samorządy mogą przejść pod zarząd komisaryczny.

Powstaje coraz więcej powiatów, w których nie jest możliwe utrzymanie systemu oświaty. W rezultacie szkoły samorządowe tracą uczniów na rzecz niepublicznych placówek. Jest jeszcze jeden problem, który od lat nie został rozwiązany, a który będzie narastał: to oświata dla dzieci ze specjalnymi potrzebami. Koszt utrzymania miejsca wynosi 100 tys. zł, a każde dziecko z autyzmem w tym systemie wymaga dofinansowania przez gminę. Powstawanie szkół specjalnych także jest kosztowne, dlatego ich liczba maleje.

Jeśli tracimy pieniądze na niepotrzebne wydatki i niewłaściwie dystrybuujemy subwencje, to może warto się zastanowić nad innym modelem finansowania? A może państwo powinno przejąć część zadań, np. placówki oświatowe?

Paulina Stochniałek: Jestem zdecydowanie przeciwna centralizacji, ponieważ samorządy są bardzo zróżnicowane. Mamy specyficzne wymagania w różnych regionach i branżach, dlatego centralizacja nie byłaby skuteczna. Nie można decydować centralnie o tym, co będzie najlepsze dla dzieci w danym regionie. Nie wszędzie trzeba uwzględniać np. różnice kulturowe, a te się pojawiają tam, gdzie są społeczności romskie czy ukraińskie. Tak więc jestem za decentralizacją, ale z odpowiednio wysoką subwencją, której wysokość powinna być uzależniona od PKB. Wrócę do tego, o czym mówili moi przedmówcy, pokazując to na cyfrach. Mam dane z województwa wielkopolskiego: jesteśmy organem prowadzącym dla 18 szkół. Do 2017 r. środki na subwencję były wystarczające, w tym ostatnim roku nawet jeszcze pozostało trochę pieniędzy na remonty i doposażenie. Od tego roku środki są coraz mniejsze, na przykład w roku 2021 mieliśmy deficyt w wysokości 3,6 mln zł. W 2022 r. przejęliśmy szkołę specjalną, która ma małe klasy, więc nie jest „korzystna” finansowo. Efekt jest taki, że edukację dofinansowaliśmy w poprzednim roku ponad 16 mln zł. Prawda jest taka, że oczekiwania i wymagania wobec szkół i ze strony rządu, i ze strony rodziców nie mają żadnego pokrycia w środkach, które są na nie przekazywane.

Krystyna Szumilas: Kłopot polega na tym, że to, co się obecnie dzieje, prowadzi do centralizacji. Osobiście jestem zwolenniczką decentralizacji, ale musi ona iść w parze z odpowiednim finansowaniem. Musimy powrócić do systemu finansowania samorządu jako istotnego organu władzy publicznej, z udziałem w podatkach i ze znacznym zwiększeniem finansowania. Subwencja powinna co najmniej pokrywać pensje nauczycieli. Kłopot polega na tym, że jeśli państwo daje podwyżki, to musi je zrekompensować. Kiedy zarządza reformę, to też powinno przekazać na ten cel środki. A było tak, że samorządy musiały sfinansować likwidację gimnazjów, a także zmierzyć się z efektami reformy, która pozbawiła szansy na dłuższą edukację uczniów z małych miejscowości. Nie wyobrażam sobie powrotu do starego systemu, bo kolejnej zmiany nikt by nie wytrzymał, ale trzeba o tym pamiętać.

Rozumiem, że chodzi o to, aby samorząd mógł organizować racjonalną sieć szkół, czego obecnie nie może zrobić.

Joanna Zielińska: Samorząd zawsze próbuje to robić, jednak w naszym przypadku jest tak, że obecna pani kurator, która jest powoływana centralnie, blokuje wszystkie starania. A bez jej zgody nie jesteśmy w stanie wiele zrobić. Trudno więc o racjonalną zmianę w takiej sytuacji.

Artur Czempiński: Dzisiaj kluczowe jest, aby szkoły były nowoczesne. Niezależnie od tego, czy są ośmio- czy sześcioklasowe. I mamy choćby wzorce obecne w krajach skandynawskich. Wszyscy mówią zgodnie o tym, że finansowanie jest problematyczne. To prawda, ale trzeba się też zastanowić nad sposobem wydawania pieniędzy i nad tym, co za nie oferujemy dzieciom.

A co zrobić ze szkołami branżowymi? Pomimo zmiany nazwy nadal nie cieszą się popularnością.

Joanna Zielińska: To prawda, bo taka jest mentalność. Mamy świetnie wyposażone szkoły branżowe, nowe, z dobrym programem, jednak wszyscy rodzice chcą, żeby ich dzieci uczyły się w liceum ogólnokształcącym.

Paulina Stochniałek: Obserwujemy to samo. Bo choć wkładamy sporo wysiłku w przywrócenie szkołom zawodowym prestiżu, nie ma nimi zainteresowania. Dzieci słyszą od rodziców, że gorsze liceum jest lepsze niż technikum. I niewiele z nich potrafi się im przeciwstawić. Organizujemy konkursy na czeladnika w zawodach, które sprawiają im frajdę. Jednak rodzice nie są w stanie tego zrozumieć. Mój apel jest taki, żebyśmy jako rodzice bardziej słuchali, czego chcą nasze dzieci.

Gdyby mieli państwo dać krótkie rekomendacje, co zrobić, by oświata była lepsza…

Paulina Stochniałek: Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze.

Jan Zięba: Racjonalność. Może należy zmniejszyć liczbę godzin nauczania podstawowego, a może warto zastanowić się nad wsparciem psychologicznym...

Krystyna Szumilas: Rząd powinien traktować samorząd jako partnera, a nie wroga.

Joanna Zielińska: Odczarować szkołę, zawalczyć o jej pozytywny wizerunek.

Artur Czepczyński: Uświadamiać rodziców.

Debatę prowadziła Dominika Sikora, zastępczyni redaktora naczelnego DGP
Not. KK

_______________________________________

Szkoła zmaga się z deficytem wiedzy

Współpraca między samorządem, szkołą a biznesem jest możliwa – uważa Artur Czepczyński, prezes ABC Czepczyński, Fundator Czepczyński Family Foundation

Artur Czepczyński, prezes ABC Czepczyński, Fundator Czepczyński Family Foundation / Materiały prasowe
Jaka jest dzisiejsza szkoła?

Każdy, kto ma w niej dziecko, wie, że jest skostniała i nie zmieniła się od dziesiątek lat.

Co to według pana znaczy?

Problemów jest kilka: szkoła zmaga się z deficytem wiedzy. Ponadto nauczyciele są nie tylko słabo wynagradzani, lecz także społecznie niedoceniani. Dlatego konieczne są zmiany w budowaniu roli i znaczenia nauczyciela w społeczeństwie. To początek działań.

Jak praktycznie to zmienić? I jaką rolę w tym odgrywają przedsiębiorcy?

Biznes powinien się coraz bardziej angażować we wsparcie edukacji. Często słyszy się, że to rola państwa. To prawda, ale również prawdą jest, że trzeba doprowadzić do współpracy między światem nauki a biznesu. Tymczasem nadal istnieje słaba współpraca, nawet w szkołach zawodowych.

Dlaczego tak jest?

W naszej rodzinnej miejscowości mamy współpracę patronacką. I widzimy, ile pracy to wymaga. Ale kiedy my sami zaangażowaliśmy się jako firma i ludzie i mamy przy tym wsparcie nauczycieli, którzy pracują w fundacji, to wtedy jesteśmy w stanie tym zarządzać. Tak się dzieje od trzech lat. Jednak wymaga to sporego wysiłku, co oznacza, że biznes musi chcieć, nawet kiedy nie widzi bezpośrednich korzyści.

A nie widzi? Może sobie wykształcić młodą kadrę…

To nie jest takie proste – młodzi mają swoją wizję życia. Wszyscy chcą być najlepiej influencerami…

Więcej pieniędzy w samorządach to recepta na budowanie mądrej edukacji?

Współpraca między samorządem, szkołą a biznesem jest możliwa. Nie trzeba wyważać otwartych drzwi. Bo można zrobić wiele, budując kapitał wraz z samorządem. W Wielkopolsce 50 proc. szkół zostało zaangażowanych w nasze projekty. Obecnie finansowy deficyt jest przerzucany na barki samorządów. To błąd. ©℗