Liderzy 32 krajów członkowskich NATO i kilku państw stowarzyszonych spotkają się w drugim tygodniu lipca w Waszyngtonie. Czego można się spodziewać po tym szczycie? Niczego spektakularnego. Ponieważ spotkanie odbędzie się w USA, i to ledwie na cztery miesiące przed wyborami, administracji obecnego prezydenta zależy na braku kontrowersji; nie chce bowiem dawać amunicji do wyborczych armat Donalda Trumpa.

Jak podkreślał ambasador USA w Polsce Mark Brzezinski na majowej konferencji Defence24 Days, głównym celem szczytu będzie podkreślenie, że art. 5 traktatu północnoatlantyckiego, stanowiący, że atak na jedno z państw Sojuszu oznacza agresję na całe NATO, jest niepodważalny. Dodał również, że warte mocnego zaznaczenia będzie to, że sojusznicy wydają coraz więcej na obronność. Istotne będzie także wzmocnienie kooperacji z Ukrainą oraz podkreślenie, że NATO ma przyjaciół w Azji – chodzi o Japonię, Koreę Południową oraz Australię. Raczej nie będzie poruszany temat polityki Sojuszu dotyczącej broni jądrowej i nie będzie twardego stanowiska odnośnie do przyszłego członkostwa Ukrainy.

Jeśli się spojrzy na ostatnie szczyty NATO, taka agenda może się wydawać mało ambitna. Ale to dobrze. Aby zrozumieć dlaczego, potrzebna jest niewielka retrospekcja.

W 2014 r. szczyt w Newport w Walii odbył się krótko po pierwszej agresji Rosji na Ukrainę i po pojawieniu się „zielonych ludzików” na Donbasie. Wówczas postanowiono utworzyć szpicę NATO; później doprecyzowano, że będzie to 5 tys. żołnierzy, którzy będą mogli zostać przerzuceni w rejon konfliktu w ciągu kilkudziesięciu godzin. Dziś tę decyzję można oceniać jako początek procesu wzmacniania wschodniej flanki Sojuszu. Po latach wojen ekspedycyjnych w Afganistanie, Iraku czy Afryce oraz skupianiu się na reagowaniu kryzysowym był to powrót do założenia, że celem NATO jest kolektywna obrona. W Newport państwa sojusznicze zobowiązały się także do tego, by do 2024 r. wydawać na obronność co najmniej 2 proc. PKB. W 2014 r. to kryterium spełniały zaledwie trzy kraje.

W 2016 r., na szczycie w Warszawie Sojusz poszedł o krok dalej we wzmacnianiu wschodniej flanki. Zdecydowano o powstaniu batalionowych grup bojowych w trzech państwach bałtyckich i w Polsce. Każda miała liczyć po ok. 1 tys. żołnierzy, a państwami ramowymi, wystawiającymi najwięcej wojskowych, zostały: USA, Kanada, Wielka Brytania oraz Niemcy. Poza tym Stany Zjednoczone w tamtym czasie przerzuciły do Polski brygadę, która miała regularnie ćwiczyć w regionie. To właśnie ten rok możemy uznać za początek obecności nad Wisłą większej liczby żołnierzy zza Atlantyku. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w 2014 r. w Polsce było zaledwie kilkudziesięciu amerykańskich żołnierzy.

– Na szczycie w Newport zdecydowano się wzmocnić siły szybkiego reagowania i wykorzystać je do odstraszania i obrony. Ale tak naprawdę to było narzędzie reagowania kryzysowego – wyjaśnia Tomasz Szatkowski, ambasador Polski przy NATO. – Z kolei szczyt w Warszawie był początkiem transformacji systemowej, przełamaniem pewnego tabu: żołnierze z Zachodu ruszyli na Wschód. To miało większe znaczenie polityczne niż bojowe, ale było początkiem zmiany kursu – dodaje. NATO działało wtedy w zgodnie z logiką trip wire, czyli potykacza. Choć grupy bojowe nie były w stanie odrzucić agresora, to miały sprawić, że państwa, które je wysłały, od razu zaangażują się w obronę ofiary ataku. Było to wzmocnienie art. 5 traktatu.

I choć na kolejnych szczytach NATO coraz bardziej podkreślało zagrożenie ze strony Rosji, nie podejmowano przełomowych decyzji. Sojusz może nie wpadł w dryf, ale zmiana kursu zwolniła. Punktem zwrotnym był 24 lutego 2022 r. – inwazja Rosji na Ukrainę. W jej następstwie zwiększono liczbę batalionowych grup bojowych na wschodniej flance z czterech do ośmiu (doszły: Rumunia, Słowacja, Bułgaria i Węgry), a Niemcy zadeklarowali, że na Litwie od 2027 r. będzie na stałe niemiecka brygada w pełnej gotowości bojowej. To prawie 5 tys. żołnierzy. Także Francuzi zadeklarowały wzmocnienie swojej obecności w Rumunii. To już oznaczało odejście od strategii potykacza do tworzenia realnych zdolności do obrony danego terytorium.

Wreszcie na szczycie w Wilnie w ubiegłym roku Sojusz przyjął plany obronne dla wschodniej flanki. To precyzyjne opracowanie tego, jak NATO ma się bronić w przypadku rosyjskiej agresji. „Akceptacja trzech regionalnych planów obronnych oznacza strukturalną zmianę podejścia sojuszników do obrony zbiorowej wymagającą wdrażania i finansowania w kolejnych latach” – pisali analitycy z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Można uznać, że ubiegłoroczne spotkanie było symbolicznym zakończeniem procesu zmiany kursu Sojuszu Północnoatlantyckiego. Teraz wystarczy go po prostu trzymać. Jak to wygląda w praktyce? Dwa tygodnie temu okazało się, że dzieje się to zaskakująco konsekwentnie.

Sojusz właśnie ogłosił szacunki dotyczące wydatków na obronność w 2024 r.: w tym roku najpewniej aż 23 z 32 państw osiągną pułap co najmniej 2 proc. PKB. Skok jest radykalny – w 2023 r. było to zaledwie 10 krajów. Widoczny jest przy tym podział geograficzny. Wschodnia flanka – Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia i Rumunia – zdecydowanie przekracza minimum. Z kolei gapowiczami, którzy nie ponoszą solidarnych wydatków, są: Portugalia, Hiszpania i Włochy. Ale też Kanada i jedno z najbogatszych państw świata – Luksemburg. Tu oczywistym wyjaśnieniem jest to, że dla nich zagrożenie ze strony Rosji nie jest egzystencjalne. Warto podkreślić, że Niemcy, które wielokrotnie były krytykowane za zbył małe wydatki na obronność, szczególnie przez prezydenta Donalda Trumpa, także po raz pierwszy od lat przekroczyły poziom 2 proc. PKB.

Trzymanie kursu jest też widoczne w realizacji planów obronnych przyjętych w Wilnie. W uproszczeniu chodzi o to, że dla ich wypełnienia określono konkretne siły – i teraz państwa sojusznicze muszą je przygotować. I to się dzieje. – Dziś mamy 0,5 mln żołnierzy w wysokiej gotowości we wszystkich dziedzinach, czyli znacznie więcej niż cel postawiony na szczycie w Madrycie w 2022 r. – mówił niedawno Jens Stoltenberg, sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Nowy kurs, w którym kluczowa jest obrona kolektywna, został wyznaczony. Ale problemem jest rafa, która może się pojawić po wyborach prezydenckich w USA. O ile prezydent Joe Biden jest orędownikiem wzmocnienia NATO, o tyle Donald Trump jest zdecydowanie mniej przewidywalny. Jego wypowiedź z lutego tego roku – że zachęca Rosję do ataku na państwo członkowskie NATO, jeśli nie wydaje ono wystarczająco dużo na obronność – wywołała konsternację Sojuszu. A przecież wcześniej Trump wspominał nawet o wystąpieniu Ameryki z paktu. Warto jednak pamiętać o tym, że to podczas jego prezydentury wojska USA w niespotykanej do tamtej pory liczbie wyruszyły m.in. do Polski.

To właśnie z powodu tej niepewności, choć kurs Sojuszu Północnoatlantyckiego jest dobry, okręt NATO może wkrótce wpłynąć na nieznane wody, gdzie może nas czekać sztorm. ©Ⓟ