Nie chodzi mi o naigrywanie się z Banasia. Jestem człowiekiem cierpiącym na empatię (podobno chorobę już w Polsce pokonaną, a tu proszę…), rozumiem więc emocje polityka, którego rodzinę nachodzą służby będące w rękach rządu. W pewien sposób jego cierpienia mają i ten sens, że pokazują namiętnym wojownikom „dobrej zmiany”: nie myśl, że sposoby używane wobec twoich wrogów nie będą kiedyś użyte przeciwko tobie; nie pomoże ci powtarzanie, że przez lata byłeś „nasz”. Banaś był i co z tego? Do tego dodać trzeba, że prezes NIK, broniąc swojego dobrego imienia, broni też, mimochodem i z częściowo prywatnych powodów, niezależności instytucji publicznej, a w końcu niewiele takich pozostało. Jeżeli czytelnik domaga się symetryzmu, służę: gdyby rządy spoczywały w rękach PO, cieszyłbym się tak samo z wzajemnej wrogości partii rządzącej i kierownictwa NIK. Bo nawet siermiężnie stosowana zasada kontroli i równowagi jest lepsza od triumfu zasady, że kruk krukowi oka nie wykole.
A wracając do mediów – albo Banaś doszedł do wniosku, że siła rażenia wywiadu dla mediów prawicowych jest za mała, albo że redakcje prawicowe struchleją na myśl o publikacji uczciwego wywiadu w rozdrażniającej PiS sprawie. A wszczynanie prokuratorskich spraw przeciwko Takim Osobom, jak liderzy „dobrej zmiany”, drażni, a i owszem. Konkluzja prezesa NIK mogła być zatem następująca: jak już nadawać na Kaczyńskiego i jego metody, to z przytupem – i w ramach dziennikarstwa stojącego z daleka od rządu.