Stoję na przerzuconym nad Ostrawicą moście Miloša Sýkory. Przyszedłem tu, bo zbieram zdjęcia wlepek polskich klubów piłkarskich na mostach byłych Austro-Węgier – mam już okazałą kolekcję. Ale przyszedłem tu przede wszystkim po to, by zobaczyć, jak w tym miejscu kończy się Górny Śląsk i jak zaczynają się Morawy. A widać to tu, w Ostrawie, stolicy alternatywnego wobec zagłębia śląsko-dąbrowskiego zagłębia ostrawsko-karwińskiego.
Lubię granice, a najbardziej te dawne, derogowane, granice, które już niczego nie odgraniczają. Te państwowe pełne są drażniącej powagi, bo państwa na kresach narzucają się szczególnie nachalnie, promieniują tą całą tytulaturą, tabliczkami, symboliką zaklętą w ptakach, lwach i niedźwiedziach. Manifestują się tam podwójnie, bo na granicach państwa jednocześnie abdykują i się wydarzają, tracą majestat i go materializują. Drażnią mnie w tych miejscach przede wszystkim narody wielkie, więcej zrozumienia mam dla tych mniejszych, Litwinów czy Słowaków, którzy muszą zmieścić się w swoich państewkach z litewskościami i słowackościami, którzy nie mają jak niemieckość czy angielskość swoich delegatur w kilku państwach.