Opozycja i organizacje praw człowieka twierdzą jednak, że jest to przejaw dyskryminacji Arabów mieszkających na okupowanych terenach palestyńskich. Dokument wywołuje kontrowersje nawet wśród samych izraelskich ministrów.

Przyjęte przez rząd poprawki do konstytucji zakładają, że Izrael jest "państwem żydowskim", a wszyscy jego obywatele mają równe prawa. Opiera się to na 14 określonych w przepisach zasadach. Pozwalają one między innymi na pozbawienie praw osób, które dopuszczają się zamachów lub aktów wandalizmu. Chodzi na przykład o Palestyńczyków, którzy od kilkunastu tygodni wychodzą na ulice Jerozolimy i uczestniczą w starciach z policją. W mieście dochodzi też w ostatnim czasie do zamachów, a władze Izraela już nakazały zniszczenie domów należących do rodzin niektorych zamachowców.

Przeciwko określaniu Izraela jako państwo żydowskie protestują zarówno Palestyńczycy, organizacje praw człowieka, izraelska opozycja, ale i niektórzy ministrowie gabinetu Benjamina Netanjahu. W Izraelu mieszka bowiem wielu obcokrajowców, między innymi ze Stanów Zjednoczonych, Europy oraz imigrantów z Afryki, którzy boją się, że dokument pozbawi ich dotychczasowych praw.
Przeciwnicy ustawy twierdzą też, że może ona stać się narzędziem do jeszcze większych restrykcji wobec Palestyńczyków, mieszkających na okupowanym Zachodnim Brzegu. Palestyńczycy mówią też, że poprawki w konstytucji pozbawią szans na powrót na tereny palestyńskie milionów uchodźców, żyjących m.in. w Jordanii czy w Syrii. Opozycja argumentuje, że mniejszości takie jak Arabowie czy Druzowie stanowią aż 20 procent populacji Izraela.

Dokument ma teraz trafić do izraelskiego parlamentu, ale wobec protestów opozycji, rząd zapowiedział niewielkie poprawki, by złagodzić najostrzejsze zapisy. Przeciwnicy ustawy twierdzą, że może ona doprowadzić do jeszcze większych zamieszek i kolejnych zamachów.