Dwóch uzbrojonych w karabiny i noże Palestyńczyków wtargnęło do synagogi Har Nof i zabiło w sumie pięć osób. Sami zginęli z rąk policji. Był to najbardziej krwawy zamach w Jerozolimie od sześciu lat.

Izraelski premier nakazał po zamachu ustawienie punktów kontrolnych między palestyńską a izraelską częścią miasta. To bezprecedensowa decyzja, bo od wielu lat można było swobodnie przemieszczać się pomiędzy obiema częściami Jerozolimy. Dodatkowo, w wielu miejscach wzmocniono policyjne patrole. Wzmocnione siły mają pilnować także nadchodzących meczów piłkarskich pomiędzy drużynami Izraelczyków a Arabów, mających izraelskie obywatelstwo.
Ani dodatkowe restrykcje ani wezwania o spokój nie ostudziły emocji.

W samej Jerozolimie doszło wieczorem do manifestacji około 300 ultraortodoksyjnych Żydów, domagających się zemsty na Palestyńczykach. Zatrzymano 23 najbardziej krewkie osoby. Z policją starli się też Palestyńczycy, a niektórzy z nich atakowali koktajlami Mołotowa osiedla izraelskich osadników na Zachodnim Brzegu.

Eksperci alarmują, że spirala nienawiści nakręca się.

- Obie strony idą na konfrontację. Mówi się, że jeszcze przed nowym rokiem może dojść do intifady palestyńskiej, która będzie bardzo krwawo stłumiona przez Izraelczyków. Z kolei niektórzy izraelscy ministrowie mówią, że należy zgodzić się na noszenie broni i użycie jej, gdy uzna się za stosowne - wyjaśnia publicysta Polskiego Radia i wieloletni korespondent na Bliskim Wschodzie Mariusz Borkowski.

O spokój do obu stron zaapelował między innymi amerykański prezydent Barack Obama. Do zamachów i zamieszek w Jerozolimie dochodzi od kilku tygodni. Palestyńczycy wychodzą na ulice w odpowiedzi na żądania żydowskich środowisk ultraortodoksyjnych, które żądają dostępu do Wzgórza Świątynnego w Jerozolimie. To właśnie tam znajdują się święte dla muzułmanów meczety Al-Aksa i Kopuła na Skale.