Jeszcze na początku XX wieku, chrześcijanie stanowili 20 procent ludności Bliskiego Wschodu. Dzisiaj jest ich cztery razy mniej. Za czasów władzy dyktatorów w Iraku, Egipcie czy Syrii wyznawcy Chrystusa wiedli stosunkowo spokojne życie, bo kraje te nie były zdominowane przez islamskie przepisy.

Gdy upadł Saddam Husajn w Iraku władzę przejęli religijni szyici i zaczęły się ataki na chrześcijan takie jak zamachy czy palenie kościołów. 10 lat później w Syrii pojawiły się grupy islamistów, walczące o obalenie prezydenta Asada. W obawie przed radykałami, chrześcijanie stanęli po stronie Asada. „Oni mówią tak - wiemy, jaki jest Asad. Diabeł, którego znamy jest lepszy niż ten, którego nie znamy. Ten drugi wygląda bowiem bardzo niedobrze” - mówił rok temu w rozmowie z Polskim Radiem maronicki arcybiskup z Libanu Paul Nabil Sayeh.

Ofensywa Państwa Islamskiego i brutalne egzekucje dokonywane przez radykałów jeszcze bardziej pogorszyły sytuację. W Iraku i Syrii na wszystkich padł blady strach. „Nie boimy się naszego prezydenta Asada ani jego wojska, ani muzułmanów, z którymi żyjemy od lat na tej samej ziemi. Boimy się natomiast terrorystów z Państwa Islamskiego” - podkreśla w rozmowie z Polskim Radiem chrześcijański biskup Libanu, z pochodzenia Syryjczyk, Dżihad Battah.

Szacuje się, że z Iraku od obalenia Saddama Husajna wyjechało milion chrześcijan. Trwająca od ponad 3,5 roku wojna domowa w Syrii kosztowała życie co najmniej 200 tysięcy osób. Z kolei w Iraku tylko od początku tego roku zginęło co najmniej 12 tysięcy cywilów. Liczby uchodźców z tych krajów nie sposób dokładnie policzyć, ale mówi się nawet o kilku milionach osób.