Nacjonalistyczna retoryka odeszła do lamusa. Dominującym tematem w niedzielnych wyborach parlamentarnych w Serbii jest stan gospodarki. Ich prawdopodobny zwycięzca Aleksandar Vucić nawet nie ukrywa, że kuracja, którą zamierza przeprowadzić, będzie trudna. Ale innego wyjścia nie ma.

– Nie przyjechałem tu, aby powiedzieć, że jeśli zagłosujecie na nas, życie będzie łatwe, a miód i mleko zaczną płynąć. Reformy będą bolesne. Ci, którzy mówią, że raka można wyleczyć aspiryną, nie są uczciwi – ostrzegł na wiecu Vucić, lider centroprawicowej Serbskiej Partii Postępowej (SNS) i dotychczasowy wicepremier.

Mimo tych zapowiedzi sondaże dają SNS poparcie rzędu 40–45 proc., co powinno wystarczyć, by mogła samodzielnie rządzić. Do tej pory tworzyła ona koalicję z Serbską Partią Socjalistyczną (SPS), ale ze względu na brak zgody w rządzie co do reform zdecydowała się doprowadzić do przedterminowych wyborów (poprzednie odbyły się niespełna dwa lata temu) i z silnym mandatem wyborczym sama przeprowadzać zmiany.

A tych po latach zaniedbań serbska gospodarka potrzebuje. Żadna z poprzednich ekip nie podjęła tematu reform, obawiając się niezadowolenia społecznego. Dominującymi tematami w ostatnich kilkunastu latach było wydawanie zbrodniarzy wojennych, Kosowo oraz objęcie – bądź też nie – kursu na Unię Europejską.

Palącym problemem jest głównie nadmiernie rozdęty, a przy tym niewydolny sektor państwowy, w którym zatrudnionych jest prawie 800 tys. osób – jedna trzecia wszystkich pracujących. A utrzymywanie dziesiątków państwowych przedsiębiorstw jest coraz bardziej kosztowne dla budżetu. Na pensje pracowników sektora państwowego oraz emerytury Serbia wydaje ok. 60 proc. przychodów. Efekt jest taki, że deficyt budżetowy osiągnął w zeszłym roku 7,5 proc. PKB, a w tym roku ma sięgnąć 8,5 proc., zaś dług publiczny wynosi 69 proc., co oznacza wzrost o 30 pkt proc. od 2008 r.

– Serbscy przywódcy stoją przed trudnymi decyzjami. Nie trzeba patrzeć daleko na południe, by zobaczyć, jakie są potencjalne konsekwencje braku reformy sektora publicznego, a w przypadku kraju będącego poza UE będą one wyjątkowo opłakane – ostrzegł w zeszłym tygodniu Tony Verhayden, przedstawiciel Banku Światowego w Serbii, robiąc aluzję do Grecji.

Właśnie coraz większy dystans do Słowenii i Chorwacji, dwóch byłych republik jugosłowiańskich, które są w UE, skłania Serbów do wybrania trudnej drogi reform. Według szacunków, aby dogonić pod względem poziomu życia Zagrzeb i Lublanę, Serbia musiałaby do 2020 r. rozwijać się w tempie 4 proc. rocznie, a warunkiem tego są inwestycje zagraniczne na poziomie 1,6 mld euro rocznie. Kłopot w tym, że w 2013 r. ich wartość wyniosła 700 mln. Tym, co obok niskiej konkurencyjności gospodarki odstrasza inwestorów, są polityczna niestabilność i potężna korupcja. Na to ostatnie też lekarstwem ma być Vucić – swoją popularność zawdzięcza m.in. spektakularnym akcjom antykorupcyjnym.