Parcie na wieloosobowe grupy problemowe ma administracja. Rządowa i samorządowa. Działa według zasady: jest problem, to powołamy zespół, który zaproponuje rozwiązanie. A jakby urzędnicy sobie nie radzili, doprosimy ekspertów, wtedy na pewno będzie po sprawie. I zwykle się kończy tym, że to zewnętrzni eksperci przygotowują materiały. Oczywiście nie za darmo i nie za grosze. Kasa z budżetu płynie. Nic w tym złego, bo za wiedzę ekspercką trzeba i warto płacić. Pozostają jednak pytania: czy problem wart był wyłożenia na to pieniędzy podatników, a jeśli był wart, to czy ostatecznie został rozwiązany?

112 zespołów w 10 ministerstwach. Do tego jeszcze te resorty, które nie ujawniły DGP danych, i urzędy wojewódzkie. Łączna liczba jest więc znacznie większa. Prawdziwa zespołomania. W programach tak ważkie zagadnienia, jak: zwalczanie barszczu Sosnowskiego (roślina wywołująca alergię), poprawa stanu zdrowia mieszkańców, rozwój społeczny (kształtowanie/zmiana mentalności społeczeństwa), zarządzanie jakością w administracji publicznej czy kompetencjami pracowników, koordynacja przygotowań do konferencji w zakresie obrony przeciwrakietowej w 2013 r. Aż dreszcz przechodzi na myśl, co by się działo, gdyby zespoły nad tym nie pracowały. Co tam gospodarcza sytuacja państwa, jego bezpieczeństwo energetyczne, kulejąca służba zdrowia, wysokie bezrobocie czy dziurawa infrastruktura. To pryszcz. Zrobi się konferencję prasową, jak problem jest przez media za bardzo wałkowany. Padną uspokajające słowa, że pracujemy, przygotowujemy, czuwamy. Telewizje i internet pokażą relacje, gazety napiszą o tym ważnym wydarzeniu. Społeczeństwo pokiwa ze zrozumieniem głowami, rządzący odnotują wzrost popularności. Wszyscy zadowoleni przez chwilę, bo ogień ugaszony. Tylko że nikt nie chce widzieć, że w fundamentach wciąż się tli i kolejny pożar będzie lada chwila.

Czy zapobiegną mu dziesiątki zespołów? Nie, wręcz przeciwnie – powstanie następna grupa robocza z zadaniem przeanalizowania sytuacji i przedstawienia rekomendacji, jak nie dopuścić do takich zdarzeń w przyszłości. Pytam więc rządzących: gdzie tu strategiczne i całościowe myślenie o państwie i jego problemach? Czy nie lepiej zamienić zespołomanię na strategiomanię?