Jak pan komentuje wątpliwości wobec oświadczeń majątkowych Mariana Banasia?

Pan prezes Banaś, kierując Krajową Administracją Skarbową przez ostatnie cztery lata, skutecznie uszczelnił system podatkowy. Ratował dla budżetu dziesiątki miliardów złotych rocznie, które wcześniej wypływały do przestępców. Szczerze mówiąc, jestem zdziwiony, że tak późno stał się obiektem ataku i pomówień, które on sam dementuje i określa jako nieprawdziwe. Zapowiedział pozew. Ja mu ufam, zbyt wiele było takich sytuacji, w których łatwo ferowano oskarżenia, a potem się okazało, że nie ma do tego podstaw. Znam go wiele lat. Wiem, jak skutecznie walczył ze złodziejstwem, i w tych kategoriach trzeba ten atak odbierać.

Ale, jak wynika z materiału, w wynajmowanej od niego kamienicy był pensjonat na godziny z ludźmi z półświatka w tle. To nie rzuca na niego cienia?

On zaprzecza, że miał z tym związek. Ufam mu. Wiem, że jest uczciwym człowiekiem. Zapowiedział pozew i niech sąd rozstrzyga. Byłoby niedobrze, by jeden materiał przekreślał wszystko, co zrobił, i prowadził do sądu kapturowego nad nim. Jest sąd, nie wydaje mi się, by musiały być podejmowane jakieś decyzje w sprawie jego dymisji.

Kampania jest już rozstrzygnięta?

W żadnym wypadku. Takie przekonanie to największe zagrożenie dla pozytywnego wyniku Prawa i Sprawiedliwości. Dobre dla nas sondaże mogą demobilizować naszych wyborców i dać sukces konkurentom politycznym. Walka będzie się toczyła do ostatnich chwil.

Boicie się, że wasi wyborcy mogą nie pójść na wybory?

Mamy dobry program. Ci, którzy nie kierują się uprzedzeniami czy nieprawdziwymi opiniami, muszą to dostrzec. Ale pytanie, którzy wyborcy będą bardziej zmobilizowani, pozostaje otwarte.

Sondaże dają wam od 42 do 48 proc. Ile możecie mieć mandatów?

Dziś to wróżenie z fusów. Jest wiele elementów, od których to zależy: nie tylko nasz wynik, ale też wyniki innych partii, to, ile z nich wejdzie do Sejmu. Ważne jest także to, jak się rozłożą głosy w poszczególnych okręgach, bo tam ostatecznie rozstrzyga się liczba mandatów. Oczywiście zabiegamy o większość bezwzględną, która da nam możliwość samodzielnego rządzenia. Nie widać dziś partnera, z którym moglibyśmy utworzyć spójną, programową koalicję.

Wykluczacie nawet Konfederację?

Konfederacja odpada, trudno sobie wyobrazić z nią jakąkolwiek koalicję. Jej politycy w wielu obszarach prezentują księżycowe poglądy i nie mówię nawet o skrajnie liberalnych ideach, które prezentuje Korwin-Mikke. Dotyczy to także całej sfery bezpieczeństwa czy polityki międzynarodowej. Ich antyamerykańskości nie da się pogodzić z tym, że dla nas sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest fundamentem polskiego bezpieczeństwa.

Może PSL?

Sam PSL ustami Kosiniaka-Kamysza deklaruje, że żadnej koalicji z PiS-em nie widzi. Choć rzeczywiście wśród ludzi, którzy są związani z PSL-em na szczeblu bardziej lokalnym, jest wiele wartościowych osób, które robią bardzo dużo dla lokalnych społeczności. Wyobrażam sobie współpracę z nimi. Natomiast współpraca z Kosiniakiem-Kamyszem, o którym można powiedzieć, że był cynglem PO do wykonania brudnej roboty, gdy podnosił wiek emerytalny czy klaskał panu Jażdżewskiemu, który brutalnie atakował Kościół i osoby wierzące, to byłoby naigrywanie się z Polaków.

Chcecie te wybory ustawić „my kontra reszta”?

One faktycznie tym są. To wybory między PiS a tym, co jest po drugiej stronie. Nie dajmy sobie wmówić, że opozycja jest zróżnicowana, że jej podmioty mają różne wizje i chcą prowadzić różną politykę. Nie ma znaczenia, czy więcej głosów zdobędzie Platforma czy lewica, czy PSL – dla nich najważniejszy jest anty-PiS. Taktycznie się podzielili, ale jeśli dostaną 231 mandatów, to utworzą wspólny rząd. PSL nie będą przeszkadzały związki partnerskie ani Grzegorz Schetyna jako premier. Bo w tej sytuacji to właśnie Schetyna zostanie premierem, a nie Kidawa-Błońska.

Wybory za niecały miesiąc, a kampania jakaś taka spokojna.

Nasza jest bardzo intensywna, na pewno nie ma w niej marazmu. Proszę zobaczyć, ile spotkań ma premier, w ilu bierze udział prezes. Ale jeśli uznać, że kampania merytoryczna jest kampanią spokojną, to faktycznie taką prowadzimy. Z naszego punktu widzenia jest ona modelowa. Uważam, że większość wyborców chce przedstawienia realnej oferty. Polacy oczekują wyraźnego podniesienia poziomu życia. Dlaczego 30 lat po obaleniu komunizmu ciągle mamy się czuć gorszymi obywatelami Unii Europejskiej?

Politycy mogą zadekretować wyższy poziom życia?

Mogą stworzyć warunki, żeby poziom życia rósł szybciej niż dotychczas. Po czterech latach rządów jesteśmy jednym z liderów wzrostu gospodarczego w UE i skutecznego tworzenia nowych miejsc pracy. Chcemy jednak dobrych miejsc, nie takich, gdzie zarabia się tylko płacę minimalną. Kierujemy wsparcie do różnych grup. Ale chcemy podnosić poziom życia wszystkich i odejść od doktryny sformułowanej po 1989 r. przez Balcerowicza, że naszym głównym atutem ma być tania praca, co miało ściągać zachodnie firmy. To jest model rodem z trzeciego świata.

Forsowne podnoszenie płacy minimalnej jest ryzykowne. Nie odbije się niekorzystnie na gospodarce?

Wręcz przeciwnie, uważamy, że to przyniesie bardzo pozytywny impuls. W sferze przemysłu spowoduje, że będziemy dużo bardziej innowacyjni, bo praca będzie droższa, więc firmy będą się musiały unowocześniać. A ludzie będą więcej zarabiać, co – poprzez konsumpcję – stanie się dodatkowym kołem zamachowym wzrostu gospodarczego. Wzrost płacy minimalnej wywoła wzrost reszty płac i dodatkowy impuls konsumpcyjny, co może nas uchronić przed jakimś gwałtownym spowolnieniem.

Ale czy to wytrzymają firmy?

Zaproponowaliśmy przedsiębiorcom wiele rozwiązań, które przez cztery lata zupełnie zmieniły jakość prowadzenia działalności gospodarczej przez małe i średnie podmioty. To radykalne zmniejszenie CIT z 19 do 9 proc., a także niższy ZUS liczony od przychodu, choć ta druga propozycja adresowana była do takiej działalności gospodarczej, gdzie głównym kosztem jest własna praca. Dlatego zamienimy przychód na dochód jako podstawę obliczania składek. To propozycja dla znacznie szerszej grupy. Przypomnę również o Konstytucji biznesu, która stworzyła dużo bardziej przyjazną otoczkę prawną do prowadzenia działalności gospodarczej. Teraz zaprezentowaliśmy nowe propozycje w „Pakiecie dla przedsiębiorców” m.in. 500 dla firm, czyli mały ZUS dla małych przedsiębiorców, utrzymanie ryczałtowego ZUS bez mian czy też miliard złotych na bezpośrednie wsparcie inwestorów. Dzięki naszym działaniom przez ostatnie cztery lata w kieszeniach przedsiębiorców zostało 4 mld zł, a nowe propozycje to kolejne 3,5–4 mld zł dla tej grupy.

Ale propozycja dotycząca ZUS wywołała wiele zamieszania.

Myślę, że po ostatniej konwencji programowej w Katowicach wszystko jest już jasne. W kwestii ZUS naszą intencją jest to, żeby nikt nie płacił większej składki niż dotychczas. Nasza propozycja zmian w zasadach płacenia ZUS jest skierowana do mniejszych podmiotów, dla pozostałych zasady wyznaczania tej składki ryczałtowej się nie zmieniają. Deklaruję ponadto, że nie będziemy wprowadzać żadnych rozwiązań bez konsultacji ze środowiskami, których te zmiany dotyczą.

Co dalej ze zniesieniem limitu 30-krotności? Przeciwko temu pomysłowi pracodawcy zawarli sojusz ze związkowcami.

Przyznam, że nie bardzo rozumiem sprzeciw związków zawodowych w tej sprawie, bo przecież reprezentują grupę, która nic nie straci na tym rozwiązaniu. Stratę poniesie może jakieś 2 proc. pracujących. Oni wskutek zniesienia limitu płaciliby składki przez cały rok, a nie tylko przez kilka miesięcy. To oznaczałoby ok. 5 mld zł dodatkowo w budżecie państwa, które moglibyśmy przeznaczyć na programy służące wszystkim obywatelom. Zatem każdy, kto sprzeciwia się temu rozwiązaniu, występuje równocześnie przeciwko rozwiązaniu służącemu 98 proc. społeczeństwa. Zresztą dzisiejsza sytuacja jest skrajnie niesprawiedliwa – suma obciążeń w stosunku do dochodów jest większa dla osób, które mniej zarabiają, niż w stosunku do tych, które zarabiają więcej. Ten, kto zarabia poniżej 12 tys. zł miesięcznie, płaci składki przez cały rok, a temu, kto zarabia więcej niż 12 tys. zł, na jakąś część roku te składki są odpuszczane.

W programie wyborczym zapowiadacie wzmocnienie pozycji premiera. Co to oznacza w praktyce?

Dzisiejszy model „kanclerza tylko z nazwy”, stworzony jeszcze za Leszka Millera, powoduje m.in., że choć premier prowadzi obrady Rady Ministrów, to nie ma rozstrzygającego głosu w razie głosowania nad jakąś sprawą. Formalna pozycja premiera jest dosyć słaba. Każdy minister ma swoje władztwo konstytucyjne i w obszarze jego działalności premier ma ograniczone możliwości wpływania na decyzje ministrów. To są oczywiście zmiany, których nie wdrożymy bez zmiany konstytucji. Dlatego model kanclerski w tej chwili jest poza naszym zasięgiem. Ale można dać premierowi instrumenty, dzięki którym będzie mógł monitorować to, co dzieje się w resortach i na bieżąco reagować. I to chcemy zrobić.

To ruch pod wymianę premiera Morawieckiego na Jarosława Kaczyńskiego?

Absolutnie nie. Naszym kandydatem na szefa rządu jest Mateusz Morawiecki. Zmiana premiera cieszącego się dużą popularnością i będącego twarzą kampanii byłaby kompletnie nieracjonalna.

Jerzy Kwieciński dalej będzie ministrem finansów oraz inwestycji i rozwoju?

Nie wyciągałbym teraz daleko idących wniosków dotyczących ministra Kwiecińskiego. Za trzy tygodnie wybory, uznaliśmy więc, że nie ma sensu szukać nowej osoby, a Jerzy Kwieciński „z marszu” mógł przejąć tekę finansów. Ale to nie oznacza powyborczej fuzji obu resortów ani nie przesądza o pozycji ministra Kwiecińskiego w przyszłym rządzie.

Dlaczego w programie wyborczym PiS nie ma woj. warszawskiego, którego utworzenie zapowiedział prezes Kaczyński?

Bo to nie jest nowy postulat. Mówiliśmy już o tym cztery lata temu. Chcemy wyodrębnić woj. warszawskie, bo będzie to miało praktyczny, ważny dla mieszkańców Mazowsza skutek. Chodzi o rozdział funduszy europejskich w nowym budżecie UE. Bez takiego ruchu większość Mazowsza zostanie pozbawiona dostępu do funduszy przeznaczonych na podniesienie poziomu rozwoju. Boimy się, że w czasie negocjacji nowej perspektywy unijnej 2021–2027 podział statystyczny ostatecznie nie zostanie uznany przez KE. Chcemy się przed tym zabezpieczyć i dlatego proponujemy nowy podział administracyjny.

Czy cała operacja nie będzie skutkować skróceniem kadencji np. władz Warszawy?

Nie ma takiej możliwości, przecież stolica to miasto na prawach powiatu, to nie ma nic wspólnego z województwem. Jeśli powstaną dwa województwa, to trzeba będzie zorganizować wybory do dwóch sejmików. Dziś marszałek Struzik płacze nad naszą propozycją, bo broni własnego stołka.


Jak w przyszłym roku będzie wyglądał system emerytalny w Polsce?