statystyki

Maryla Rodowicz: Tylko prywatnie pozwalam sobie na to, by być radykalną [WYWIAD]

autor: Magdalena Rigamonti27.04.2018, 07:13; Aktualizacja: 27.04.2018, 07:38
Maryla Rodowicz piosenkarka, artystka estradowa, aktorka 

Fot. Maksymilian Rigamonti

Maryla Rodowicz piosenkarka, artystka estradowa, aktorka Fot. Maksymilian Rigamontiźródło: Dziennik Gazeta Prawna

- Wydaje mi się, że ludzie oczekują, żeby artysta za nich zajął stanowisko i za nich nadstawił dupsko, a oni sobie będą cicho siedzieć - mówi Maryla Rodowicz w rozmowie z DGP.

„Ona nie przejmuje się tym, czym nie warto się przejmować. I nie ma sytuacji, w której nie potrafiłaby zjeść talerza kopytek”.

To Agnieszka (Osiecka – red.) o mnie. Córce zawsze powtarzam ten tekst. I o kopytkach też mówię. One się dobrze kleją z tym przejmowaniem. Zresztą ja się nie oglądam wstecz, nie myślę o tym, co było.

Jak to, przecież zrobiła pani o sobie wystawę, o 50 latach kariery.

Wystawa już zamknięta, ja idę dalej. I nie ja zrobiłam, tylko Biblioteka Narodowa, a Boris Kudlička, scenograf Mariusza Trelińskiego, ją zaprojektował. Ja byłam bohaterką. Moje piosenki, moje przyjaźnie, moje kostiumy. Szczególnie te z lat 70. i 80., kiedy do ich wykonania potrzebna były wielka wyobraźnia i inicjatywa. Aleksandra Laska na przykład brała płaszcz przeciwdeszczowy, farby i działała. Powstawało kostiumowe dzieło sztuki. Albo z rypsu, takiego szlachetnego materiału, szyła płaszczyk, brała pędzel i malowała japońskie litery. Pamiętam, jechałam na trasę do Związku Radzieckiego. Lubiłam wtedy koszulki hokejowe albo koszykarskie, głównie z powodu grafiki, tych wielkich liczb z przodu i z tyłu.

Bez wcięcia w talii.

To nie miało znaczenia. Ola uszyła taką koszulkę niby-hokejową z czerwonej podszewki. Namalowała jakiś numer i czcionką taką, jaką pisana jest Coca-Cola, napisała Cacy-Ciota. To jeszcze był czas, kiedy w Rosji cola była zabroniona, a mnie posądzono o prowokację. Tłumaczyłam, żeby sobie dokładnie przeczytali... Wszystkie stylistki, z którymi pracowałam, wiedziały, że lubię „przewalone” kostiumy. Że w kostiumie najważniejsza są prowokacja i seks. Falbany, krynoliny. Tę spódnicę falbaniastą mam ze sklepu Roberta Kupisza. Z pięć lat temu ją kupiłam. Była tylko jedna jedyna. Robert powiedział, że to z kolekcji ślubnej.

Nie chcę rozmawiać o kieckach.

A o czym? O życiu, o polityce?

Kto jest za tymi kieckami?

Maryla. Ja jestem. Pamiętam, jak marzyłam o tym, żeby mieć zamszową sukienkę.

Czyli będzie o sukienkach.

Nie, o mnie. To ja marzyłam, ale nie było wtedy w sklepach zamszu. Były jednak na CPN-ach irchowe chusteczki do wycierania szyb samochodowych. Pojechałam, wykupiłam wszystkie. Krawcowa uszyła mi sukienkę. I do pierwszego prania wyglądała pięknie. Pamiętam też, jak pojechałam w 1980 r. na festiwal country do Oklahomy, z Gangiem Marcela. Postanowiłam Marcela przebrać za górala, a resztę chórku i siebie za Indian. Bardzo mnie to bawiło. Scena pozwala na takie szaleństwa i przegięcia.


Pozostało 80% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
7,90 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Reklama

Komentarze (3)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie