statystyki

Przepis na fake newsa. Podstawowe zasady dezinformacyjnego pichcenia

autor: Maciej Miłosz03.05.2017, 19:30; Aktualizacja: 03.05.2017, 19:59
„Atak Bartłomieja Misiewicza na rodzinę gen. Waldemara Skrzypczaka. Histeria dotycząca gwałtu uchodźców na rosyjskiej imigrantce w Niemczech. Wywiady z dowódcami Wojska Polskiego. Pierwsze szkolenie podstawowe Obrony Terytorialnej dopiero w maju. Marsze faszystów na Łotwie.
Ten luźny zbiór informacji w pewnej części związanej z wojskiem łączy to, że nie są prawdziwe”.

„Atak Bartłomieja Misiewicza na rodzinę gen. Waldemara Skrzypczaka. Histeria dotycząca gwałtu uchodźców na rosyjskiej imigrantce w Niemczech. Wywiady z dowódcami Wojska Polskiego. Pierwsze szkolenie podstawowe Obrony Terytorialnej dopiero w maju. Marsze faszystów na Łotwie. Ten luźny zbiór informacji w pewnej części związanej z wojskiem łączy to, że nie są prawdziwe”.źródło: Wikimedia Commons

Dwie łyżki prawdziwych informacji, pół szklanki wiarygodności, szczypta kłamstwa. Całość mieszać w mediach społecznościowych, aż powstanie chaos. Gotowe. Atak Bartłomieja Misiewicza na rodzinę gen. Waldemara Skrzypczaka. Histeria dotycząca gwałtu uchodźców na rosyjskiej imigrantce w Niemczech. Wywiady z dowódcami Wojska Polskiego. Pierwsze szkolenie podstawowe Obrony Terytorialnej dopiero w maju. Marsze faszystów na Łotwie. Ten luźny zbiór informacji w pewnej części związanej z wojskiem łączy to, że nie są prawdziwe. Niektórzy nazywają to dezinformacją, inni wolą określenie fake news, czyli po prostu fałszywe wiadomości. Fejki.

Przepis na dobrą dezinformację nie jest prosty. Prawdziwe arcydzieła, podobne do dobrych dań w restauracjach nagradzanych gwiazdkami Michelina, potrafią przyrządzać tylko fachowcy najwyższej klasy. I nie chodzi tu o takie drobiazgi, jak błędy dziennikarzy czy słowa polityków, którzy mniej lub bardziej świadomie publicznie wprowadzają swoich rozmówców w błąd. To można porównać z jedzonym w pośpiechu fast foodem. Czasem zjadliwe, czasem nie, ale nie ma powodu się tym dłużej zajmować. Nie porównujmy takich posiłków z daniami serwowanymi przez mistrzów. Dlatego termin „dezinformacja” na potrzeby tego tekstu będzie używany przede wszystkim do określenia operacji wojskowych bądź związanych ze służbami specjalnymi. „Dezinformacja to zmanipulowana informacja, która ma wpływać na opinię publiczną” – wyjaśniała w zwięzły sposób doktor Jolanta Darczewska z Ośrodka Studiów Wschodnich na łamach miesięcznika „Polska Zbrojna”.

Warto pamiętać, że ten termin, robiący w Polsce zawrotną karierę, jest częścią większej całości, jaką jest wojna informacyjna. – To walka o umysły, w której używa się różnych narzędzi. Arsenał środków jest szeroki. Obejmuje to, co jest nazywane influencing people, czyli wpływaniem na ludzi. Może to dotyczyć osób mających wpływ na innych w swoim środowisku, może to być zmasowana propaganda, a może też być bardziej subtelna dezinformacja – tłumaczy Ryszard Szpyra, profesor z Akademii Sztuki Wojennej. Znaczenie tego rodzaju walki rośnie z powodu rosnącego dostępu wielkich mas ludzi do informacji. Jak wiadomo, wojny, podobnie jak inne dziedziny naszego życia, zmieniają się w zależności od dostępnych technologii i cywilizacyjnej ewolucji.

Dlatego te obecne w tak dużym stopniu będą się toczyć – a właściwie już się toczą – w cyberprzestrzeni. I co ważne, zasadniczo będą w nich brać udział wszyscy. Wszyscy podłączeni do sieci. Klasyk teorii wojny Carl von Clausewitz, twierdził, że by wygrać konflikt, trzeba pokonać armię przeciwnika, zająć jego terytorium i złamać wolę walki. – Wydaje się, że dzisiaj najbardziej istotne jest właśnie to złamanie. Bo w ten sposób można narzucić przeciwnikowi swoją wolę nawet bez zajmowania terytorium czy zabijania – tłumaczy z kolei pułkownik rezerwy doktor Dariusz Kryszk, który od lat zajmuje się wojskowym PR-em.

Podstawowe zasady dezinformacyjnego pichcenia

Załóżmy więc, że jesteśmy widzami czy wręcz bierzemy udział w konkursie kulinarnym na przyrządzenie dobrego dania dezinformacyjnego, walki o to, by określona narracja została uznana za najsmaczniejszą. Taką, która nam odpowiada najbardziej i którą wybieramy spośród różnych innych narracji. Jednym słowem: prawdziwą.

Kiedy wybieramy dobrą restaurację, często najpierw zasięgamy opinii innych, a potem bardzo istotne jest pierwsze wrażenie. Podobnie jest z portalami informacyjnymi – w tym wypadku chodzi o wiarygodność, opinię, jaką mamy o danym miejscu w sieci. By skutecznie przemycić informację nieprawdziwą, trzeba zbudować reputację. I tak dobry kucharz dezinformacji będzie dbał o to, by zdecydowana większość informacji podawanych przez niego była prawdziwa. – Jeśli jest to np. portal, który podaje informacje z innych źródeł w sieci, to na dziesięć informacji dziewięć będzie prawdziwych, a jedna fałszywa – mówi mi polski oficer zajmujący się monitorowaniem podobnych sytuacji. Jeśli w takim miejscu będą tylko wiadomości z gruntu kłamliwe, nikt nie będzie w nie wierzył. Drugą zasadą jest to, że większość przyrządzanego dania musi być prawdziwa. Na przykład do informacji, że podczas wojny na Krymie Ukraińcy zabijają niewinnych cywili, załączano zdjęcie ofiar z wojny w Syrii.


Pozostało jeszcze 72% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (3)

  • TrueNews(2017-05-03 20:51) Zgłoś naruszenie 128

    Niezły fake news GAZETO prawna! Mnóstwo prawdziwych informacji i jedna bardzo kłamliwa. W Niemczech zgwałcono nie jedną rosyjską imigrantkę. O problemie gwałtów piszą największe serwisy internetowe, mówią o nim statystyki policyjne, a sam tylko fakt gwałtów podczas świętowania nowego roku ma swoją stronę na Wikipedii. Jest tam mowa o 1200 kobietach. Kiedy trzeba atakować PiS, to kobiety są ok, ale jak trzeba bronić imigrantów, to kobiety są same sobie winne? To wy robicie z kobiet narzędzia propagandy! https://en.wikipedia.org/wiki/New_Year%27s_Eve_sexual_assaults_in_Germany

    Odpowiedz
  • TiZ(2017-05-03 21:57) Zgłoś naruszenie 71

    Po co zdjęcie z Syrii przecież wystarczyłoby zdjęcie z Odessy z 2 maja 2014

    Odpowiedz
  • Volkoff(2017-05-04 07:42) Zgłoś naruszenie 11

    Czytając o wyczynach "dezinformacyjnych" Misiaczka można by rzec, że :..ręce opadają w raz z majtkami i pampersami". W gruncie rzeczy działalność dezinformacyjna, to dziedzina o wielowiekowej tradycji, udoskonalana na Dalekim Wschodzie (Chiny, Japonia itd). Metody tej działalności przejął m.in ZSRR i jego służby specjalne i są stosowane dość powszechnie w Europie - niekoniecznie przez "spadkobierców" tego systemu, a dość często przez jego oponentów lub przeciwników. Czy tak trudno odczytać w praktyce jedną z wielu dewiz dezinformacji stosowanej? Nie jest nią: "Kłamcie, kłamcie - zawsze coś z tego zostanie" lecz: "Perorujcie, perorujcie i w końcu odpowiednio do tego postępujcie". Aby to było skuteczne - uparte kłamstwo jest zbyt mało przydatne. Natomiasy "perorowanie" umożliwia przekaz treści pomieszanych - w tym tzw podprogowych, często paraliżujących tzw zdrowy rozsądek, sterujących wolą odbiorców. W "pobliżu" tuż-tuż psychologia tłumów itp zjawiska na wiecach, stadionach i różnych manifestacjach. Dzieje się tak dlatego, że "dezinformacją ze swej natury jest sama informacja". Wystarczy do łańcucha przekazu informacji wprowadzić głupca lub spryciarza, żeby elementy dezinformacji wrecz sie mnożyły. Trudno oprzeć się wrażeniu, że "nowa zmiana" w Polsce posługuje się takimi metodami na codzień...

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie