statystyki

Clapham: Największa porażka Europy

autor: Tłum. IC24.03.2017, 08:07; Aktualizacja: 24.03.2017, 08:16
Timothy Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski

Timothy Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawskiźródło: Dziennik Gazeta Prawna

W centrum uwagi technokratycznej polityki forsowanej przez Komisję Europejską są wąsko pojęte kwestie gospodarcze, a nie sprawy dotyczące obywateli. A dla zaistnienia poczucia tożsamości wspólnota – w tym przypadku Unia Europejska – musi mieć znaczenie na poziomie osobistym, tworzyć emocjonalne przywiązanie i wywoływać uczucie dumy

W sobotę UE będzie obchodzić 60. rocznicę podpisania traktatów rzymskich, ale na Zachodzie nie dzieje się dobrze. Antyimigracyjna retoryka prezydenta Donalda Trumpa i jego europejskich akolitów, brexit oraz niezdolność Unii do rozwiązania problemu uchodźców mocno świadczą o tym, że system wartości w zachodnich demokracjach jest mocno nadwerężony.

To, że stosunkowo łatwe zadanie – rozmieszczenie w państwach Unii kilkuset tysięcy uchodźców uciekających przed następstwami katastrofalnej polityki Zachodu na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce – może tak bardzo zatruć dyskurs polityczny, źle świadczy o naszych elitach politycznych i biznesowych. Proszę pamiętać, czytelniku, że Unia Europejska liczy 500 mln mieszkańców i jest najbogatszym kontynentem. Jesteśmy też starzejącym się kontynentem, potrzebujemy migrantów, a dane świadczą o tym, że w dłuższej perspektywie imigracja przynosi pozytywne skutki ekonomiczne.

Jak to się stało, że 60 lat europejskiej jedności i związane z nią korzyści – pokój, ekonomiczny dobrobyt oraz zjednoczenie kontynentu – okazują się zagrożone przez to, że polscy hydraulicy pracują na Wyspach, a bułgarskie pielęgniarki we Francji? Jeśli nawet najbardziej optymistycznie nastawieni euroentuzjaści, jak Timothy Garton Ash, są przygnębieni, oznacza to naprawdę poważny kryzys. W opublikowanym niedawno artykule dla „The New York Review of Books” Ash napisał, że w styczniu 2005 r., po dołączeniu do UE państw bloku wschodniego i otwarciu granic, został zahibernowany jako szczęśliwy Europejczyk, a po przebudzeniu w styczniu 2017 r. doznał szoku. Bo czeka na niego brexit, widzi rozpadającą się strefę Schengen, złamaną Grecję, rosnące nierówności i niedopuszczalny poziom bezrobocia w całej Europie.

Jednak brexit i problem migracyjny to symptomy, nie powody kryzysu Unii Europejskiej. Głębokie przyczyny strukturalne są po części ekonomiczne, ale też społeczne, kulturowe, instytucjonalne i moralne. Eksperci i wielu europejskich polityków dobrze je znają. To: struktura polityczna, która rozdziela narodowe i europejskie struktury demokratyczne; obsesja Komisji Europejskiej na punkcie neoliberalizmu gospodarczego faworyzującego korporacje (jestem zszokowany uporem, z którym KE forsowała umowę o Transatlantyckim Partnerstwie w dziedzinie Handlu i Inwestycji – TTIP, która miała ustanowić neoliberalizm jako normę społeczną i gospodarczą mimo potężnego sprzeciwu społecznego); wzrost nierówności i skoncentrowanie ogromnego bogactwa i władzy w rękach wąskiej elity; destrukcyjny wpływ globalizacji na europejskie społeczeństwa przy bardzo niewielkich korzyściach (chyba że uważa się za sprawiedliwą rekompensatę wszechobecny i wywołujący otyłość McDonald’s i podobne mu sieci); narzucona przez Niemcy polityka oszczędności i Pakt Stabilności (jestem pewien, że greckie i francuskie oddziały prewencyjne policji nazwałyby go raczej Paktem Destabilizacji); katastrofa architektoniczna znana jako strefa euro, która nie jest w stanie wykorzystać nadwyżek tam, gdzie są potrzebne, za to przekazująca ogromne sumy już bogatym.

Fakt, że Unia trwa – i będzie trwała – mimo wad strukturalnych, świadczy o geopolitycznej konieczności jej istnienia dla państw członkowskich, w tym Polski. Jak podkreślił przewodniczący KE Jean-Claude Juncker, na początku dwudziestego stulecia w Europie mieszkało 20 proc. światowej populacji, na początku XXI w. już 7 proc., a pod koniec stulecia będzie to tylko 4 proc. Na dodatek żadne z europejskich państw do 2050 r. nie będzie zaliczało się do grona wiodących gospodarek świata (ale Unia jako całość ma taką szansę). Przy okazji, bo nie chcę być posądzany o lekceważenie ważnych spraw, uważam, że pantomima z udziałem Donalda Tuska i rządu PiS wydaje mi się raczej niezręcznością niż poważnym zagrożeniem dla jedności europejskiej. Jeśli już, to reelekcja Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej wzmacnia UE, pokazując, że Wspólnota potrafi poradzić sobie z jednym drażliwym państwem i przy tym się nie rozpaść.


Pozostało jeszcze 52% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (3)

  • czytelnik(2017-03-24 09:18) Zgłoś naruszenie 60

    nie UE nie potrzebuje imigrantów, wystarczy że nie będzie popierać aborcji i głupich poglądów feministek, a wtedy społeczeństwo Unii się nie będzie starzało, imigranci nigdy nie zastapią prawdziwych Europejczyków, tylko tym dziadkom z UE trudno to zrozumieć, widać jak się imigranci rwą do roboty, im chodzi o zasiłki

    Odpowiedz
  • Dlatego musi zastapic nas Islam.Gratuluję UE 60ki(2017-03-24 09:04) Zgłoś naruszenie 40

    "" Jak podkreślił przewodniczący KE Jean-Claude Juncker, na początku dwudziestego stulecia w Europie mieszkało 20 proc. światowej populacji, na początku XXI w. już 7 proc., a pod koniec stulecia będzie to tylko 4 proc ""

    Odpowiedz
  • zbyszek(2017-03-24 09:02) Zgłoś naruszenie 30

    Zacząłem to czytać, ale spojrzenie tego pana, to tragedia.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie