Jak odnotowuje Lokshin, manewry spotkały się z krytyką ministra obrony Łotwy Raimondsa Bergmanisa, który uznał je za "demonstrację siły". Zaniepokojenie wyraziła też Szwecja, która wydała ostrzeżenie dla statków cywilnych.

Po aneksji Krymu Rosja "zwiększyła swoją obecność w przestrzeni powietrznej oraz morskiej Bałtyku", próbując "testować NATO" - czytamy w "Die Welt". Wśród krajów, które w ostatnich latach narzekały na naruszenia swojej integralności terytorialnej, w artykule wymieniono Szwecję, Finlandię oraz państwa bałtyckie.

Zagrożenie ze strony rosyjskiej Floty Bałtyckiej jest jednak "relatywnie małe", a państwa NATO wraz z Finlandią i Szwecją dysponują silniejszą flotą od Rosji na tym akwenie - ocenia autor artykułu. Wskazuje m.in., że "Niemcy i Duńczycy mają razem na Bałtyku 10 niszczycieli, a Rosjanie jedynie dwa".

Flota Bałtycka nie odgrywa dla Moskwy "priorytetowej roli" - zauważa Lokshin. Przypomina, że w podpisanej w ubiegłym roku przez prezydenta Rosji Władimira Putina strategii dla marynarki wojskowej Morze Bałtyckie nie jest "wymienione wprost".

W ocenie Lokshina najważniejsza dla Moskwy jest Flota Północna. Jak odnotowuje, w bazie w Siewieromorsku, niedaleko granicy z Norwegią, stacjonują liczne okręty podwodne oraz jedyny rosyjski lotniskowiec Admirał Kuzniecow. "Kreml zdaje się bardziej przejmować bezpieczeństwem łączącej Europę z Azją trasy północnej", która z powodu zmian klimatycznych "stopniowo staje się komercyjnie użyteczna" - czytamy w "Die Welt".

Lokshin wskazuje jednak, że za rządów Władimira Putina Rosja wzmacnia swój potencjał wojskowy w obwodzie kaliningradzkim. Znajdują się tam pociski kierowane ziemia-powietrze S-400 oraz zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych rakiety Iskander, co w opinii autora artykułu "jest problemem dla NATO". Jak zaznacza Lokshin, "kraje bałtyckie widzą w rosyjskiej ideologii zagrożenie oraz boją się rosyjskiej inwazji".

"Na Krymie i wschodzie Ukrainy Moskwa pokazała, że jest gotowa do niekonwencjonalnych operacji militarnych" - stwierdza Lokshin.

"Takie operacje możliwe będą również w regionie Morza Bałtyckiego" - konstatuje autor, precyzując, że chodzi o "mające na celu podzielenie NATO ataki na porty, rurociągi i okręty podwodne". Odnotowuje jednak, że zwiększona amerykańska obecność w regionie oraz miliardowe niemieckie i polskie wydatki na okręty wojenne "powinny powstrzymać Rosję od takich działań".

Jak czytamy w "Die Welt", po zjednoczeniu Niemiec i wejściu do NATO Polski minęły czasy, gdy Morze Bałtyckie było rosyjskim "Mare Nostrum", a obecnie na dominację na tym akwenie Rosja "nie ma środków". "Wiele wskazuje jednak na to, że Moskwa na Bałtyku również w przyszłości pozostanie groźnym mąciwodą" - konkluduje Lokshin.