Kluczowe stanowiska w nowej amerykańskiej administracji zajmą zwolennicy premiera Binjamina Netanjahu.
Amerykanie wciąż liczą na to, że uda im się przekonać Izraelczyków i Libańczyków do zawieszenia broni przed końcem kadencji prezydenta Joego Bidena. Dzisiaj z kolejną wizytą w Bejrucie przebywa specjalny wysłannik Białego Domu Amos Hochstein. Forsowana przez niego propozycja opiera się na rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1701, która zakończyła wojnę między Izraelem a Hezbollahem w 2006 r., ale nigdy nie została w pełni wdrożona. Nowy plan zakłada 60-dniową przerwę w walkach oraz rozbrojenie wspieranego przez Iran ruchu bojowników na obszarach na południe od rzeki Litani, która biegnie ok. 30 km od granicy libańsko-izraelskiej, a także wycofanie wojsk izraelskich z tego kraju. Co jednak ważniejsze, plan nie obejmuje przyznania Siłom Obronnym Izraela (IDF) prawa do prowadzenia ograniczonych operacji przeciwko Hezbollahowi na terytorium Libanu po zakończeniu wojny. Choć izraelskie media utrzymują, że jest odwrotnie. „Izrael zachowa prawo do samoobrony” – czytamy w „Times of Israel”.
Nie czują presji
Pominięcie żądania Izraela oznaczałoby, że Liban może być bardziej skłonny do podpisania się pod dokumentem o zawieszeniu broni, ale zmniejszyłoby szansę na podobny ruch ze strony Izraela. Wskazują na to wypowiedzi tamtejszych polityków. Nowo mianowany minister obrony Jisra’el Kac (wcześniej pełniący funkcję szefa dyplomacji) utrzymuje, że jego kraj nie przystanie na „żadne zawieszenie broni”. – Nie zdejmiemy nogi z gazu – powiedział w ubiegłym tygodniu, dodając, że Izrael „nie zgodzi się na żadne porozumienie, które nie zagwarantuje wojsku prawa do działania przeciwko organizacjom terrorystycznym”.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.