Debata przedwyborcza kandydatów na szefa Komisji Europejskiej przyniosła znane już podziały i stanowiska. Jeśli ich deklaracje przełożą się na późniejszą działalność frakcji w Parlamencie Europejskim, wówczas w dużej mierze będzie oznaczało to utrzymanie status quo.

Kadencja Ursuli von der Leyen

Dwugodzinna debata tzw. kandydatów wiodących może być odczytywana jako sygnał, że tym razem ta procedura zostanie potraktowana poważnie. W teorii bowiem obsada najważniejszych stanowisk w UE, w tym przewodniczącego Komisji powinna uwzględniać wynik wyborczy i rozkład sił w Parlamencie Europejskim. W praktyce ani razu jeszcze ta procedura nie doprowadziła w pełni do wyłonienia szefów kluczowych unijnych instytucji, czego przykładem jest miniona kadencja Ursuli von der Leyen. Niemka dziś, w przeciwieństwie do sytuacji sprzed 5 lat, jest kandydatką wiodącą największej europejskiej frakcji – Europejskiej Partii Ludowej. Choć kilkukrotnie w trakcie debaty była poddana krytyce zarówno przez członka swojej Komisji – kandydata socjalistów Nicolasa Schmita, jak i przedstawicieli: Zielonych – Terry Reintke, liberałów z Renew Europe – Sandro Goziego oraz Lewicy – Waltera Baiera.

Widmo skrajnej prawicy

W debacie nie wzięli udział przedstawiciele dwóch prawicowych frakcji – Tożsamości i Demokracji oraz Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), gdyż – jak twierdzą organizatorzy – nie wyznaczyli swoich kandydatów wiodących. I to właśnie prawica stała się przysłowiowym chłopcem do bicia podczas debaty. Socjaliści, Zieloni, liberałowie i Lewica jednym chórem oskarżali von der Leyen o deklarację możliwej współpracy z prawicą i skrajną prawicą, w tym kierowanymi przez premier Włoch Giorgię Meloni Braćmi Włochami. Szefowa KE przyparta do muru przez kontrkandydatów przedstawiła warunki możliwej współpracy z wszystkimi frakcjami w PE: muszą być proeuropejskie, proukraińskie i przestrzegać zasad praworządności. Nie wymieniła wprost jakichkolwiek krajowych partii, ale zarówno Alternatywę dla Niemiec, jak i polską Konfederację określiła jako partie „prorosyjskie”.

Zarówno ID, jak i ECR zostali przez wszystkich z wyjątkiem von der Leyen wymienieni jako środowiska, z którymi unijny mainstream nie chce mieć do czynienia. Reintke czy Baier wymieniali wręcz europejską prawicę jako największe zagrożenie dla Unii Europejskiej. Choć kandydat socjalistów pytany o to, dlaczego unijna prawica jest zagrożeniem, odparł, że „ma inną wizję Europy”, a uwagę dziennikarza, że demokrację cechuje pluralizm poglądów, postanowił przemilczeć. Dla von der Leyen europejska układanka jest nieco bardziej skomplikowana, bo zanim europosłowie zagłosują nad jej kandydaturą i składem jej Komisji, najpierw musi zyskać zaufanie szefów państw i rządów, a wśród nich prawicowa Giorgia Meloni jest jedną z kluczowych postaci.

Kurs na obronność

Kandydaci odpowiadali na pytania z poszczególnych sekcji zadawane przez dziennikarzy, jak i na pytania młodych wyborców z całej UE, którzy po raz pierwszy wezmą udział w wyborach europejskich. I właściwie żaden z kandydatów niczym nie zaskoczył. Prezentowane poglądy w kolejnych dziedzinach właściwie odzwierciedlały postawy i głosowania frakcji w dopiero co zakończonej kadencji Parlamentu Europejskiego. Na plan pierwszy jednak wybiły się kwestie związane z obronnością oraz wojną w Ukrainie.

Jedynie Schmit wystąpił podczas debaty z wpiętymi w klapę flagami UE oraz Ukrainy i najsilniej akcentował potrzebę wspierania Kijowa, w tym przede wszystkim militarnie. Do jego apelu przyłączał się liberał Sandro Gozi, który atakował von der Leyen za niespełnienie swojej obietnicy powołania Europejskiego Funduszu Suwerenności, który miał finansować przywracanie na Stary Kontynent przemysłu zbrojeniowego nie tylko na potrzeby wsparcia Ukrainy, ale przede wszystkim zapewnienia dostaw broni i sprzętu na potrzeby państw UE. Z zapowiedzi wpompowania w europejską zbrojeniówkę 100 mld euro na razie zrealizowana została pojedyncza transza wsparcia przedsiębiorstw z tego sektora na kwotę… 1 mld euro. Jedynym kandydatem, który stwierdził, że Europa powinna raczej „rozbrajać się”, niż uczestniczyć w wyścigu zbrojeń był Baier z marginalnej, skrajnej Lewicy, która według wszystkich sondaży będzie dysponować najmniejszą reprezentacją w kolejnym PE.

Wszyscy kandydaci też wsparli rozszerzenie UE o Ukrainę, a także Bałkany Zachodnie, choć – podobnie jak w przypadku finansowania zbrojeniówki – różnice tkwią w szczegółach. I tu zarówno identyfikujący się jako komunista Baier, jak i klasyczny liberał Gozi stwierdzili, że w wyniku procesu rozszerzenia powinni zyskać wszyscy i nie można doprowadzić do sytuacji, w której przyjęcie nowego państwa członkowskiego będzie rzutować na pogorszenie sytuacji określonych grup zawodowych jak np. rolników.

Klimat na zieloną transformację

Ci ostatni mieli z resztą zdominować obecną kampanię wyborczą, ale przez przyznanie wielu odstępstw od przepisów Zielonego Ładu przez KE dynamika ich protestów znacznie osłabła. Co nie oznacza, że potencjał rolniczych strajków został wyczerpany zwłaszcza w obliczu podtrzymania przez właściwie wszystkie frakcje obecne podczas debaty kursu na nieprzerwaną realizację zielonej transformacji. Kandydatka Zielonych Terry Reintke mocno akcentowała konieczność zrekompensowania kosztów dla najbardziej dotkniętych zieloną transformacją grup społecznych, ale jednocześnie zapowiedziała, że jej frakcja będzie wywierać presję na unijnych instytucjach, żeby realizować zieloną agendę zgodnie z przyjętymi harmonogramami i bez opóźnień. Właściwie wszyscy uczestniczący w debacie zgodzili się, że w ciągu najbliższych pięciu lat zielona transformacja nie tylko powinna być kontynuowana, ale ma stać się kołem zamachowym nowoczesnej europejskiej, bezemisyjnej gospodarki.

Nieco inaczej prezentował się polityczny krajobraz podczas dyskusji o migracji. O ile reprezentujący bardziej liberalne środowiska jak Reintke, Gozi czy Schmit opowiadali się za zmianą dopiero co przyjętych regulacji z Paktu o migracji i azylu i złagodzenia restrykcyjnych przepisów, które będą obowiązywać za dwa lat, o tyle von der Leyen przyjęła w tej kwestii bardzo zasadniczą postawę. – To my w Europie decydujemy, kogo chcemy przyjąć i na jakich zasadach – mówiła obecna szefowa KE. I zapowiedziała też dalsze prace nad podpisywaniem umów dwustronnych z państwami afrykańskimi, które mają powstrzymywać ruchy migracyjne na kontynencie oraz uszczelnianie granic zewnętrznych i walkę z przemytnikami ludzi.

Choć kandydaci nie szczędzili sobie czasami krytycznych słów, to debata przebiegła w spokojnej atmosferze. Być może także z uwagi na fakt, że właściwie żaden z kontrkandydatów von der Leyen w tej debacie właściwie nie ma większych szans na objęcie stanowiska przewodniczącego KE. W gronie potencjalnych rywali dla Niemki wymienia się choćby byłego premiera Włoch Mario Draghiego, jednak takie postacie jak Schmit, Reintke czy nawet Gozi są postrzegani raczej jako partnerzy do rozmów z Europejską Partią Ludową, a nie rywale. Von der Leyen z pewnością zdawała sobie z tego sprawę, a jej wystąpienia były w większości przypadków stonowane.

Mimo wzrostu poparcia dla prawicy i skrajnej prawicy ugrupowania te według sondaży niekoniecznie oznacza to współudział w rządzeniu lub możliwość wpływania na decyzję najważniejszych graczy w UE przez ID czy ECR. Wręcz przeciwnie – wiele wskazuje na to, że mimo spadków poparcia dla socjalistów wciąż ich tradycyjny sojusz z chadekami z EPL wydaje się niezagrożony. Mimo różnic w detalach między przedstawicielami mainstreamowych frakcji w PE, które decydowały de facto o działaniach legislacyjnych minionej kadencji, kierunki i pomysły rozwoju UE są wśród nich bardzo podobne. A to może zwiastować przede wszystkim politykę kontynuacji działań kończącej się kadencji von der Leyen.