- Geopolityczna rywalizacja o wpływy daje położonym na kontynencie państwom wyjątkową okazję do zwiększenia swojej siły przetargowej - uważa Tighisti Amare, wicedyrektorka ds. Afryki w think tanku Chatham House.

Szczyt w Petersburgu miał być dla Władimira Putina okazją do udowodnienia światu, że wciąż jest silnym graczem na arenie międzynarodowej. Ale udział wzięło w nim tylko 17 przywódców państw afrykańskich. Dlaczego?

Tamtejsi politycy lubią współpracować z różnymi partnerami. O poziomie znaczenia, jakie przywiązują do każdego z nich, decydują na podstawie własnych interesów. Jeszcze do niedawna to Chiny były postrzegane jako główny konkurent Zachodu w Afryce. Sytuacja zmieniła się po wybuchu wojny w Ukrainie. Teraz więcej uwagi poświęca się zaangażowaniu Rosji.

Ta geopolityczna rywalizacja o wpływy daje położonym na kontynencie państwom wyjątkową okazję do zwiększenia swojej siły przetargowej. I zdobycia pożądanych towarów. Dlatego – choć Kreml o niską frekwencję na szczycie oskarża Zachód – w rzeczywistości chodzi o to, że rosyjska oferta dla Afryki jest dziś niezwykle skromna.

Darmowe zboże nie wystarcza?

Kiedy Chiny zaczęły na poważnie myśleć o wzmocnieniu swojej pozycji na kontynencie, przyjechały do Afryki z inwestycjami o wartości 150 mld dol. Uwzględniały one różnorodne projekty, pożyczki i dotacje. Podczas pierwszego szczytu Rosja-Afryka w 2019 r. wymiana handlowa z kontynentem afrykańskim – według Putina – warta była tylko 20 mld dol.

Obiecywał wówczas, że wkrótce ta liczba się podwoi. Tylko że już w 2020 r. wybuchła pandemia koronawirusa, a potem wojna w Ukrainie. Nigdy nie doszło do realizacji tych planów.

Tighisti Amare, wicedyrektorka ds. Afryki w think tanku Chatham House / Materiały prasowe / fot. mat. prasowe
Co właściwie w takiej sytuacji ma do zaoferowania Moskwa?

Najczęściej mówimy o współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Grupa Wagnera jest aktywna w czterech państwach afrykańskich. Ciężko jednak przewidzieć, jaka jest jej przyszłość. W Afryce mówi się już zresztą o poszukiwaniu lokalnie alternatywnych dla wagnerowców rozwiązań. Tak, by prywatne firmy wojskowe nie były nikomu potrzebne.

To może być poważny cios dla Rosji. Tym bardziej że zboże też jest problematyczną kwestią. Kreml obiecywał, że zapewni Afryce dostawy pszenicy. Tak, by uzupełnić niedobory, które mogą się pojawić w związku z decyzją Moskwy o wycofaniu z porozumień zbożowych. To jednak wyłącznie puste słowa, bo na szczycie ogłoszono, że zboże otrzyma tylko kilka państw. W tym takie, do których już tego typu transporty z Rosji docierają. To, że Kreml zaoferował wsparcie zbożowe tylko sześciu krajom, oznacza, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa żywnościowego całemu kontynentowi. Krótko mówiąc, Rosja robi dużo hałasu i jest dobra w przedstawianiu siebie jako dużego gracza. Ma jednak ograniczony wpływ na sytuację, zarówno w zakresie handlu, jak i bezpieczeństwa. Nie jest też w stanie zapewnić Afryce takiego finansowania, jakiego oczekują tamtejsze rządy. Nawet w krajach, z którymi Stany Zjednoczone mają złe stosunki, jak np. Zimbabwe, Amerykanie wciąż są daleko przed Rosją w zakresie wsparcia finansowego.

Dlatego – mimo że rosyjska propaganda jest szkodliwa – afrykańscy przywódcy będą bardzo ostrożnie nawigować relacjami i kierować się tym, gdzie ich interesy są najlepiej realizowane. Kraje te coraz częściej dostrzegają zresztą, że istnieją inne – być może tańsze – rozwiązania. Jak Turcja, gdzie mogą kupować np. broń.

To znaczy, że Rosja traci w Afryce grunt pod nogami?

Sytuacja nie jest jednoznaczna. Ciężko przewidzieć, jak trwałe mogą być zmiany, które obserwujemy. Moskwa odniosła sukces przede wszystkim w państwach, które przechodzą złożone przemiany, gdzie doszło do zamachów stanu, a relacje z Zachodem są napięte. One najprawdopodobniej utrzymają dobre stosunki z Kremlem. Szczególnie że Rosja jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. A te państwa, które mierzą się z sankcjami i nie dogadują z Zachodem, są przecież często przedmiotem jej obrad. Wsparcie Kremla jest im więc potrzebne.

Co z resztą?

To, że większość krajów afrykańskich zdecydowała się zachować neutralność w głosowaniach ONZ w sprawie Ukrainy, było często postrzegane jako wsparcie dla Rosji. Ale w rzeczywistości państwa afrykańskie na wojnę w Ukrainie patrzą z perspektywy konfrontacji między Rosją a Zachodem. I być może coś, co nie ma z nimi wiele wspólnego. Z wyjątkiem sytuacji, gdy wpływa to na ich interesy gospodarcze. W rzeczywistości tylko nieliczni okazali bezpośrednie wsparcie dla Rosji.

Większość państw zdecydowała się wstrzymać od głosu. Nie wspierają w ten sposób po cichu Kremla. Chodzi jedynie o to, że nie chcą obudzić się któregoś dnia w zimnowojennej rzeczywistości. Wolą uniknąć konfrontacji, dlatego starają się pozostać neutralni wobec tego, co uważają za niezwykle skomplikowaną sytuację. ©℗

Rozmawiała Karolina Wójcicka