Wielu z nas było opuszczonych przez rodziców, którzy spędzali całe dnie w korporacji lub prowadząc własny biznes, aby zapewnić rodzinie jak najlepszy byt. Po ostatnich doświadczeniach pandemii i wojny na Wschodzie mamy świadomość, że nic tu nie jest pewne.
Nie chcemy wydawać na świat przyszłych pokoleń, przypuszczamy, że za niedługo normą będą duszący smog, zniszczony klimat, resztki zasobów naturalnych, brak wody, żywności, a do tego anomalie pogodowe. Na własne oczy widzimy, jak mozolnie są wprowadzane działania, które mają ratować środowisko, i nie wierzymy, że w przyszłości będzie lepiej. Po co zatem sprowadzać na umierającą planetę kolejne dzieci, które będą cierpieć, ponieważ ich rodzice i dziadkowie wszystko zrujnowali? Nie myślimy tylko o sobie, jak twierdzą niektórzy, ale o środowisku i konsekwencjach rodzenia. Ale to nie tylko to.
Ja i moi znajomi z generacji Z nie planujemy w przyszłości zmieniać pieluch, odwozić córki lub syna do przedszkola, bo kompletnie nie czujemy potrzeby budowania tradycyjnej rodziny. Ważniejsze dla nas są miłość i przyjaźń. Ale nie ta, o której mówiono nam w szkole. Wielokrotnie byliśmy przekonywani podczas zajęć z WDŻ, WOS, a w szczególności religii, że podstawą społeczeństwa jest rodzina. Słyszeliśmy i czytaliśmy w podręcznikach, że chodzi o związek małżeński kobiety i mężczyzny, który ma co najmniej jedno dziecko. W takim modelu głównym źródłem szczęścia miała być miłość rodziców do potomstwa, a wszelkie przeciwności losu miał zwalczać mężczyzna jako głowa rodziny.
Reklama
A potem patrzyliśmy na nasze życie – w praktyce było inaczej. Model z podręczników nie uwzględniał tego, że wiele dzieci jest wychowywanych przez jednego rodzica czy dziadków, ani tego, że nie wszyscy rodzice kochają swoje dzieci, że szczęśliwe rodziny widać co najwyżej na zdjęciach, ani tego, że ojciec pracuje w Wielkiej Brytanii. To rodzi i rodziło bunt. Poczucie sprzeciwu wobec teoretycznych wartości wpajanych podczas edukacji. Widzimy, że lepiej liczyć na siebie, a do miłości nie potrzeba dziecka. Dla nas rodzina nie składa się z biologicznych rodziców i ich dzieci. Częściej to dla nas przyjaciele i osoby, które wybieramy, a z którymi nie jesteśmy spokrewnieni.
Bardziej otwarcie niż pokolenia naszych rodziców przyznajemy się do trudnego dzieciństwa, patologii i przemocy w domu, rodziców alkoholików i innych komplikacji życia rodzinnego. Nie chcemy powielać toksycznych i szkodliwych wzorców, dlatego decyzję o założeniu tradycyjnej rodziny odkładamy na wieczne nigdy.
Na pewno nie pomaga nam też państwo – znamy swoje ograniczenia i własne możliwości, dlatego nie będziemy się decydować na potomstwo w kraju, w którym samotna matka może liczyć na 193 zł miesięcznie od państwa. Nie chcemy rodzić w państwie, które zmusza nas do sprowadzenia na świat dziecka z niepełnosprawnością lub donoszenia ciąży z martwym płodem. Wśród moich 20-letnich znajomych bardzo popularną metodą antykoncepcji jest wazektomia lub spirala, które minimalizują ryzyko zajścia w ciążę. Mówi się, że młodzi są nieodpowiedzialni i żyją chwilą, ale jak widać, ja i moi znajomi częściej myślimy o przyszłości niż inne pokolenia i bardziej świadomie decydujemy o tym, czy chcemy mieć dzieci. ©℗