Grad pocisków spadał na Kijów i inne ukraińskie miasta w czasie, gdy w Bawarii rozpoczynał się szczyt przywódców najbogatszych demokracji. Trwający od godzin nocnych ostrzał przyszedł m.in. z kierunku białoruskiego. Dziś swoje przesłanie do G7 ma wygłosić prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Wczoraj o zaostrzenie restrykcji wobec Moskwy, które jego zdaniem powinny objąć unijne embargo gazowe, apelował szef biura prezydenta Andrij Jermak.
Jak utrzymać i poszerzyć jednolity i trwały front we wspieraniu Ukrainy, ale uniknąć takich kroków wobec Rosji, które mogłyby doprowadzić do zwiększenia inflacji i globalnego kryzysu gospodarczego? To główne pytanie, które stoi przed uczestnikami rozpoczętego w niedzielę trzydniowego szczytu G7 w Bawarii. Jak podkreślał przed rozpoczęciem rozmów Boris Johnson, Zachód musi zachować jedność wobec rosyjskiej agresji. Żeby jednak tak się stało - mówił - „trzeba naprawdę szczerze rozmawiać o konsekwencjach tego, co się dzieje, o presji, jaką odczuwają poszczególni przyjaciele i partnerzy”. Brytyjski premier dodał jednocześnie, że cena sukcesu Putina będzie znacznie wyższa. Amerykanie, których na obradach w malowniczym zamku w Elmau reprezentuje prezydent Joe Biden, zapowiadają ponadto, że przywódcy podejmą konkretne decyzje wymierzone w Kreml.
Pierwszą z nich jest ogłoszony w niedzielę plan embarga na rosyjskie złoto. To dla Moskwy może być bolesne, bo złoto to po energii największe źródło eksportowych dochodów Rosji, na kraj ten przypada 10 proc. światowego wydobycia tego metalu. W zeszłym roku za granicę sprzedano kruszec wart ponad 15 mld dol. A wojna zwiększyła jego atrakcyjność m.in. z punktu widzenia starających się ominąć zachodnie sankcje oligarchów.
Reklama
- Te rozwiązania będą bezpośrednim uderzeniem w rosyjskich oligarchów i ciosem w samo serce machiny wojennej Putina - powiedział Johnson, który wraz z Kanadą, Japonią i USA zaprezentował wczoraj propozycję. Decyzja całego G7 o kruszcowych sankcjach ma oficjalnie zostać ogłoszona jutro.
Kolejnym punktem na agendzie szczytu ma być rozwinięcie i przekształcenie przyjętych już obostrzeń dla stanowiącej największe źródło budżetowych dochodów Kremla ropy naftowej. Jeszcze w marcu rosyjską ropę i produkty naftowe (a także skroplony gaz ziemny LNG) całkowicie wyeliminowały ze swoich dostaw Stany Zjednoczone. Do końca roku z paliw ze Wschodu ma zrezygnować większość Europy.

Reklama
Rosja znajduje jednak alternatywne rynki zbytu, m.in. w Chinach i Indiach, które korzystają na upustach cenowych na rosyjski surowiec. Równocześnie, ograniczając dostęp do rynków światowych, przyjęte sankcje przyczyniają się do windowania notowań ropy, napędzając inflację. Z szacunków fińskiego Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem wynika, że tylko w ciągu pierwszych 100 dni inwazji Rosja zarobiła na eksporcie ok. 93 mld euro, z czego za ponad 60 proc. transferów odpowiadały kraje UE. Według analityków agencji Bloomberga przychody naftowe Rosji w całym roku mogą sięgnąć 285 mld dol. (270 mld euro). Oznaczałoby to, że za sprawą dynamiki cen Rosja - mimo sankcji - zarobi na ropie o ok. 20 proc. więcej niż w zeszłym roku.
Dlatego trwają poszukiwania uzupełniających rozwiązań, które z jednej strony skutecznie ograniczą dochody Kremla, a z drugiej - złagodzą skutki uboczne sankcji. W grę wchodzi m.in. dopuszczenie większych wolumenów rosyjskich paliw na rynek w zamian za narzucenie limitów cen. Według „Der Spiegel” ten maksymalny pułap mógłby zostać ustalony na poziomie 50 dol. za baryłkę lub połowy wartości ropy brent, jeśli ta będzie niższa niż 100 dol. Zgodnie z propozycją USA (popieraną także przez Kanadę) odbiorcy rosyjskiego surowca, którzy zgodzą się na uzgodniony sufit cenowy, mogliby liczyć na uchylenie ograniczeń dotyczących ubezpieczeń dla rosyjskich dostaw wprowadzanych przez UE i Wielką Brytanię.
Flagowym postulatem gospodarzy na szczycie miało być wzmocnienie klimatycznego wymiaru G7. W obliczu kryzysu gazowego, z jakim zmaga się Berlin, ekipa Olafa Scholza łagodzi jednak swoje podejście do inwestycji związanych z paliwami kopalnymi. W konkluzjach szczytu grupa miała się zobowiązać do wycofania z nowych projektów tego typu do końca roku. Teraz, jak podaje agencja Bloomberga, Niemcy chcą czasowo dopuścić inwestycje gazowe pod warunkiem zapewnienia ich zgodności z innymi celami klimatycznymi. Korektom w polityce sankcyjnej i energetycznej ma towarzyszyć poszerzenie strumienia pomocy dla Ukrainy, o co mocno apelują do swoich sojuszników Stany Zjednoczone. - Skala zniszczeń jest ogromna. Będziemy potrzebować znacznie więcej miliardów euro i dolarów na odbudowę, a to zajmie lata. Można to zrobić tylko połączonymi siłami - przyznał przed szczytem jego gospodarz kanclerz Niemiec Olaf Scholz.
Poprzednim razem do szczytu G7 na niemieckiej ziemi doszło siedem lat temu, w rok po aneksji Krymu przez Rosję. Ten nielegalny ruch skłonił grupę zrzeszającą obecnie USA, Niemcy, Francję, Włochy, Japonię, Wielką Brytanię i Kanadę do wykluczenia Rosji, członka jeszcze wtedy G8 od 1997 r. Wtedy spotkanie w podalpejskim sielskim Elmau (przy udziale jeszcze Baracka Obamy i Angeli Merkel) nie przyniosło zdecydowanych kroków przeciwko Władimirowi Putinowi. Tym razem nastroje są znacznie bardziej bojowe. By „połączonych sił” było jak najwięcej, rząd RFN zaprosił na szczyt w formie krajów partnerskich przewodniczący obecnie Unii Afrykańskiej Senegal, Argentynę, która stoi na czele Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), Indonezję, Indie oraz RPA. - Szczyt musi wysłać sygnał, że nie tylko NATO i G7 są bardziej zjednoczone niż kiedykolwiek, lecz także że ogólnie światowe demokracje stoją razem przeciwko imperializmowi Władimira Putina, tak jak robią to w walce z głodem i biedą - mówił Scholz, zapowiadając szczyt w niemieckim parlamencie.
Ten ostatni temat w trakcie wojny w Ukrainie ma szczególne znaczenie dla gospodarek rozwijających się z Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej. W rozmowach w Bawarii z krajami spoza Europy to właśnie globalne bezpieczeństwo żywnościowe, a w szczególności dostawa ziarna z Ukrainy, będą tematem numer jeden. A sam szczyt rusza, gdy Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) próbuje negocjować z Rosją, Ukrainą i Turcją w sprawie zgody na dostawy ukraińskiego zboża z portów Morza Czarnego, które od tygodni znajdują się pod rosyjską blokadą.
Równocześnie oczy obserwatorów będą zwrócone też na sprawę Chin i ewentualne pęknięcia na linii USA-Europa. W zeszłym roku, w trakcie szczytu G7 w Kornwalii Amerykanie naciskali, by w końcowym komunikacje znalazło się ostre potępienie stanu praw człowieka w ChRL. Waszyngton zamierza powrócić do tematu, a to, jak spekuluje niemiecka prasa, prawdopodobnie wywoła napięcia. ©℗

Tak Europa szykuje się na nowy kryzys

Z czterech głównych szlaków gazowych łączących Rosję z Europą działają obecnie tylko dwa, zaś przepływy na dwóch pozostałych - w systemie ukraińskim i Nord Stream 1 - są ograniczone o ok. 60 proc. Według Ośrodka Studiów Wschodnich redukcje lub wstrzymanie dostaw ze Wschodu dotknęły już 19 państw UE. Sytuacja ta przyczynia się do wzrostu cen gazu, które na giełdzie w Rotterdamie po raz pierwszy od marca przebiły pułap 130 euro za 1 MWh.
Rosyjskie manipulacje dostawami i wahania notowań surowców sprawiają, że kolejne kraje wdrażają plany awaryjne i intensyfikują przygotowania na ewentualność scenariusza niedoboru gazu w systemie. Stan wczesnego ostrzeżenia obowiązuje w siedmiu krajach UE, m.in. we Włoszech, w Austrii, Holandii i Szwecji, a Niemcy jako pierwsze wdrożyły w zeszłym tygodniu kolejny, drugi stopień alertu, który daje możliwość ograniczania dostaw dla części odbiorców.
Unijne państwa wdrażają też działania służące oszczędzaniu surowca, czemu mają sprzyjać m.in. zastępowanie gazowych źródeł wytwarzania w energetyce czy dopłaty dla przemysłu w zamian za redukowanie zużycia. Głównym odwodem staje się węgiel, co wiąże się z koniecznością poluzowywania regulacji klimatycznych bądź - jak w Austrii - reaktywacji wygaszonych już jednostek opalanych tym paliwem. ©℗
Marceli Sommer