9 maja żołnierze prezydenta mieli maszerować kijowskim Chreszczatykiem. Zamiast tego świat ogląda cymesy rosyjskiej techniki wojskowej takie jak niezniszczalny rzekomo T90M spalony pod Starym Sałtiwem czy uszkodzoną fregatę Admirał Makarow. Nie ma nawet sensu liczyć zabitych generałów i pułkowników czy zdjęć wziętych do niewoli szeregowych żołnierzy w cywilnych butach i o dwa numery za dużych kurtkach wojskowych. W skali porażki rosyjskiego wojska to zupełna drobnica. Tegoroczna parada na Dzień Zwycięstwa, bez udziału gości z szeroko rozumianego Zachodu - będzie przede wszystkim dekonstrukcją mitu.
Władimir Putin kupił wersję Rosji przedstawianą mu przez oficerów służb specjalnych i generałów wojska posłusznie trzaskających obcasami. Czym innym jest jednak koncert z okazji dnia czekisty, podczas którego łzy wzruszenia wymusza piosenka „Oficery” śpiewana przez „narodowego artystę” Olega Gazmanowa, a czym innym realna wojna prowadzona przeciwko zupełnie nieźle przećwiczonej armii. Na długo przed 9 maja 2022 r. Rosja dawała sygnały, które kazały ze sceptycyzmem przyjmować jej projektowaną potęgę. Zamach stanu w Czarnogórze w 2016 r. organizowany przez GRU zakończył się porażką, bo komuś w rosyjskiej wytwórni papierów wartościowych - wystawiającej dokumenty legalizacyjne dla oficerów wywiadu - nie chciało się stworzyć wiarygodnego paszportu dla dowódcy spisku Eduarda Szyszmakowa. Ten były zastępca attaché wojskowego w Warszawie wydalony za szpiegostwo z Polski w 2014 r. na Bałkanach funkcjonował na cywilnym paszporcie na nazwisko Szyrokow. Zdjęcie jednak miał to samo, podobnie jak miejsce i datę urodzenia. Analogicznie było ze spiskowcami, którzy mieli zabić Siergieja Skripala. Rosyjskie PWPW wystawiło im paszporty z numerami jeden po drugim. Tak by nikt nie zorientował się, że coś tu nie gra. Truciciele Aleksieja Nawalnego z FSB dali się z kolei nagrać swojej ofierze podczas rozmowy telefonicznej. Wszystkie te „drobne” wpadki są logiczną serią, która każe zadać pytanie o to, czy Rosja jest zdolna podbić 42-milionowe państwo?
Reklama
Jeśli potęgę Kremla mierzyć decybelami okrzyków żołnierzy na placu Czerwonym, można powiedzieć, że Federacja Rosyjska jest w stanie wygrać wszystko. Jeśli jednak miarą zdolności państwa do wojny jest jakość apteczek żołnierzy czy umiejętność dostarczenia żywności i paliwa, ta sama Federacja Rosyjska jawi się jako fikcja.
Aby tej fikcji dotknąć, nie trzeba zresztą długo szukać. W mediach społecznościowych krążą od kilku dni dwa nagrania. Jedno pochodzi spod Archangielska. Żołnierze w strojach galowych grają na próbę przed 9 maja. Wszystko dzieje się na zaniedbanym blokowisku. W błocie. I tuż przed kilkumetrową kałużą powstałą w wyniku awarii rury kanalizacyjnej. W tle grającej muzyki słychać starszą panią, która komentuje: „To horror (…) w takim gównie im święto zrobili”. Sytuacja nie do pomyślenia w położonym na podobnej szerokości geograficznej fińskim Oulu, w którym ludzie nad wizerunek „mużyka” przedkładają meble z Ikei.
Drugie nagranie opowiada o Nikołaju Iwanowiczu, odznaczonym weteranie II wojny światowej. Pod oknem jego bloku grają żołnierze Gwardii Narodowej. On sam nie może zejść na dół po schodach z powodu stanu zdrowia, a na klatce schodowej… nie działa winda.
Tego kartonu nie przykryje ani wojownicze przemówienie Władimira Putina na placu Czerwonym, ani ogłoszenie powszechnej mobilizacji. Żałośnie niskiej jakości państwa nie poprawi też ściągnięcie na Ukrainę 90 tys. rosyjskich żołnierzy z Syrii. Nawet jeśli Władimir Putin zamęczy Ukrainę atakami rakietowymi, odcięciem od Morza Czarnego i Azowskiego czy okupacją południa oraz Donbasu - Rosja pozostanie tylko projekcją siły i botoksem z twarzy prezydenta. ©℗